niedziela, 26 października 2008
Kate Tood i Biały Kruk cz.5
Rozdział piąty
Rodzice żyją w tobie
-Może chcesz usiąść Ben?-zapytał uprzejmie Dumbledore.
-Nie, dzięki.
Oparł się ręką o biurko i spojrzał znacząco na Kate. Ta wpatrywała się w misę w której wirowały nici wspomnień. Musiała przez chwilkę pomyśleć, ułożyć to wszystko w logiczną całość.
-Co się później stało z Melindą?-zapytała w końcu.
-Oczywiście wyszła za twojego dziadka. Ale kiedy urodził się twój ojciec, zmarła przy porodzie. Właściwie nic nie wiadomo, skoro żyła w tak magicznej rodzinie ktoś powinien ją uratować. Ale jednak tak się nie stało. Niestety żadnego wspomnienia z tego okresu nie mogę ci pokazać, bo żadne się nie zachowało. Kiedy umierała, ja byłem zajęty pracą w biurze aurorów, była tylko przy niej nasza matka. Ale od niej, nigdy prawdy się nie dowiedziałem. -opowiadał Ben.
-A co z moim ojcem?
-Żył normalnie. Ku uciesze mojej matki, twój dziadek Alexis Taylor zgodził się, aby jego syn miał nazwisko po matce. Nazwał go Neil Alexis Tood. Jakoś pogodził się z tym, że jego syn jest czarodziejem. Często zabierał go do mojej matki, a ta od najmłodszych lat opowiadała mu o magii. Pewnego dnia Alex poprosił mnie żebym został ojcem chrzestnym Neila. Bardzo się ucieszyłem i oczywiście od razu zgodziłem. Od tego czasu, byłem gościem w jego domu prawie codziennie. Pomagałem mu z synem, którego moce zaczęły się wymykać spod kontroli. W końcu skończył 11 lat i otrzymał list z Hogwartu. Moja matka była taka dumna. Zabrała go osobiście na zakupy i kazała informować o wszystkim co w Hogwarcie się dzieje. Chcesz zobaczyć jedyny list twojego ojca, jaki napisał do swojej babci?
Kate przytaknęła i patrzała jak Ben szuka czegoś w kieszeni. W końcu wyciągnął zwitek pergaminu, zapisany ściśniętym pismem.
-Ledwo udało mi się go uratować przed moją matką. Trzymaj.- powiedział i podał jej list.
Kate otworzyła do i ujrzała na środku wielką brązową plamę, po herbacie lub kawie. Była to zapewne pamiątka po reakcji Cecylii na przeczytany list. Atrament jednak się nie rozpuścił. Jej ojciec musiał używać atramentu odpornego na rozmazywanie, tak jak ona.
"Droga babuniu. Sądzę że to co opowiadałaś o tej szkole, to same kłamstwa. Jest tu mi o wiele lepiej, niż ty sądziłaś. Zresztą nic ci do tego co tu będę robił. Powiem ci tylko że trafiłem do Gryffindoru. Mam nadzieję że czytając to nie dostaniesz zawału, ze szczęścia oczywiście.
Twój kochany Neil"
Kate zaśmiała się.
-Twój ojciec to był buntownik. Nigdy nie powiedział niczego złego mojej matce w twarz, ale kiedy nie było jej przy nim... To robił wszystko, tylko nie to co ona mu kazała. Mimo to uczył się świetnie. Kiedy był w 7 klasie, poznał o rok młodsze od niego bliźniaczki. Tinę i Glorię Perry. Obie były w nim zakochane po uszy. Jak dobrze wiesz, twój ojciec zakochał się w Glorii, ożenił się z nią i w ten sposób urodziłaś się ty. I w ten sposób dochodzimy do faceta, który cię ostatnio odwiedził, że to tak nazwę.
Kate spojrzała na niego. To była ta rzecz na którą czekała najbardziej. Ben ciągnął dalej:
-W szkole, był pewien Ślizgon, imieniem Kingley West. Skorzystamy z wspomnień dyrektora. Nie masz nic przeciwko temu?
-Nie, przeciwnie jestem rad ze mnie o to prosisz.
Dumbledore zajrzał do myślodsiewni, jakby szukał jakiegoś wspomnienia. Kiedy skończył chwycił Kate za ramiona i wepchnął do środka. Znów wszystko poczerniało. Wylądowała w znajomym jej miejscu. Był to korytarz, przy sali do zajęć Obrony przed Czarną Magią. Korytarzem przechodziło kilku roześmianych uczniów. I wtedy go zobaczyła. Jej ojciec stał oparty o ścianę, nie wiele starszy od niej samej. Uśmiechał się do stojącej przed nią dziewczyny, miała jasne blond włosy i bystre, brązowe oczy. Była to jej matka. Pomyśleć że 5 lat później urodziła się Kate, a już 9 lat później oboje nie żyli... Podeszła bliżej, aby usłyszeć co mówią. Jednak nie mówili nic. Patrzeli na siebie, w ciszy jakby rozumieli się bez słów. Nagle do jej ojca podszedł jakiś chłopak, za nim jeszcze trójka. Gloria odeszła troszkę dalej, widocznie nie chciała im przeszkadzać.
-James, świetnie zagrałeś ostatnio. Wybacz, ale jakoś nie miałem jak ci tego wcześniej powiedzieć.- powiedział Neil, bardzo podekscytowanym głosem.
-Gdyby nie ty, jako ścigający, to na pewno nie wygralibyśmy.- odpowiedział mu.
Miał czarne włosy i okulary. "Więc to jest ojciec Harry'ego?"-pomyślała Kate. Rzeczywiście był bardzo podobny, tylko oczy miał inne, a na czole nie miał blizny. Kate przez chwilkę patrzała na nich, w ogóle nie wsłuchując się w słowa. Przyjrzała się każdemu z osobna. Najpierw jeszcze dokładniej ojcu. Nie miał jeszcze blizn, włosy miał jakieś takie błyszczące. Był przystojny, ale nie mógł równać się z Syriuszem który stał koło niego. Nigdy by nie powiedziała że to on, gdyby ojciec Harry'ego nie wypowiedział jego imienia. Za nimi stał chłopak, o lekko zmęczonej twarzy i podkrążonymi oczami, oparty ramieniem o niskiego i troszkę krępego kolegę.
-Lunatyku nie opieraj się tak o Glizdogona, bo go przewrócisz.- powiedział Syriusz, przerywając rozmowę o Quidditchu.
Więc to był młody Lupin? Podeszła troszkę bliżej i przyjrzała się mu dokładnie. Rzeczywiście był bardzo podobny. Przez chwilkę pomyślała o czymś o czym nie myślała już od dawna. O tym że ten sam, tylko troszkę starszy Remus stara się ją zaadoptować. Ale w tej chwili uśmiechał się, bo Neil uderzył go lekko z pięści w rękę i wszyscy zaczęli się śmiać(Kate przypomniało się jak ona, tak samo rozśmieszyła Chrisa w pociągu). Śmiech ten przerwała wielka postać Dumbledora, który pojawił się nie wiadomo skąd za nimi.
-Dzień dobry, panie dyrektorze. Jak się pan dziś miewa?- zagadną go beztrosko Lupin.
-Dobrze, dziękuje ci Remusie. Taki piękny dzień, a piątka gryfonów siedzi w zamku?
-Panie profesorze, właśnie mieliśmy wychodzić, kiedy zatrzymał nas Neil.- James spojrzał znacząco na ojca Kate.
-Ja was?- zdziwił się.
Zaśmiali się znowu, a Dumbledore uśmiechnął się serdecznie. Bez słowa odszedł, ale zatrzymał się za rogiem. Minął do jakiś blondyn, o zielonych oczach i wściekłej minie. Spojrzał na niego karcąco, ale Ślizgon jakby go nie widział. Podszedł do ojca Kate i wyciągnął różdżkę. Neil spojrzał na niego, jak na jakiegoś dziwoląga.
-Masz jakiś problem, Kingley?- zapytał James.
-Nie twoja sprawa, Potter! Ty i twoi koledzy, w ogóle mnie nie obchodzicie. Chodzi mi tylko o tego mieszańca tutaj.-pokazał na Neila.- Wy możecie sobie pójść.
-Tak się składa, że on też jest naszym kumplem.- stwierdził głośno Syriusz.
Neil wyciągną różdżkę i obracał ją nerwowo w palcach. Cokolwiek by się teraz stało, był na to gotowy. Reszta stanęła na plecami ojca Kate, też wyciągając różdżki, poza Glizdogonem, który odszedł parę kroków dalej, tak że nie było go widać. Nagle za nimi pojawiła się Gloria. Chodziła dokładnie tak samo jak Kate. Jej szata szeleściła pod wpływem szybkiego chodu. Odrzuciła wdzięcznie włosy i stanęła przed Neilem.
-Nic mu nie zrobisz, Kingley.- powiedziała stanowczo.
-Myślisz, że mnie pokonasz, Glorio? Mnie? Mnie pokona jakiś głupi Gryfon?
-Jakoś nie dawno nie byłam jakimś tam głupim Gryfonem.
Wzburzył się na te słowa... Poczerwieniał na twarzy i krzyknął:
-Gdybym chciał, to bym was wszystkich pokonał!
Kate spojrzała na niego z przerażeniem. Później spojrzała w kąt w którym stał Dumbledore. "Dlaczego on nic nie robi?!"- myślała.
-Wszyscy i tak wiedzą kim jesteś...-powiedział Lupin.
-No i co z tego? Przynajmniej wszyscy boją się mnie... W domu Slytherinu to jest bardzo dobrze przyjmowane.
-Ciekawe co by na to powiedział, twój opiekun, profesor Slughorn?- powiedziała Gloria.
-Na pewno nie był by zadowolony.- stwierdził z uśmiechem James.
West już nic nie powiedział, tylko uniósł różdżkę do góry, machnął i Gloria upadła na podłogę. "Zaklęcia niewerbalne" -pomyślała Kate. I zanim zza rogu wybiegł Dumbledore, na ziemie runął też Lupin, zwijając się z bólu, Jamesowi poleciała krew z nosa, bo Syriusz zrobił unik przed zaklęciem i uderzył do z łokcia, a ich przeciwnik wisiał powieszony za jedną nogę w powietrzu. Neil stał z różdżką wycelowaną prosto w niego. Ale on nie bał się wcale, za to uśmiechał się.
-Tak zrób to, a wylecisz z tej szkoły...- powiedział głośno West.
-Ty już wyleciałeś, z tego co myślę.- powiedział z taką złością Dumbledore, jakiej jeszcze nigdy nie słyszała Kate z głosie dyrektora.
Stał za nimi z zatroskaną twarzą. Ślizgon zaśmiał się na cały głos.
-Ta szkoła już nic dla mnie nie znaczy.
Uwolnił się i skoczył przez okno. Neil i Dumbledore, zaraz doskoczyli do parapetu i wychylili się. Jednak on jakby rozpłyną się w powietrzu. Neil podbiegł do Glorii i kucnął przy niej. Na całe szczęście, to była tylko Drętwota. Rzucił jedno zaklęcie, a Gloria zaraz usiadła i rzuciła mu się na szyję. Dumbledore naprawił Potter'owi nos. Syriusz przepraszał go, a Lupin właśnie próbował usiąść opierając się o ścianę.
-Użył zaklęcia niewybaczalnego?- zapytała Kate na głos.
-Tak, na Lupinie.- odpowiedział ktoś za nią.
Przestraszyła się, ale kiedy odwróciła głowę ujrzała Bena, więc odetchnęła z ulgą.
-Sądzę że tyle nam wystarczy.- powiedział Dumbledore i chwycił ją za ramiona.
Znów znalazła się w gabinecie. Spojrzała wściekle na dyrektora.
-Dlaczego pan nic nie zrobił!? Dlaczego?!-krzyknęła.
Dyrektor nadal był tak samo spokojny, jak przedtem.
-O to samo zapytała mnie twoja matka, nawet tym samym tonem. To był mój błąd. wybacz mi, ale nie przeszło mi nawet przez myśl, że on użyje jakiegoś zaklęcia niewybaczalnego. - tłumaczył się.
-Chciał zabić twojego ojca, ale nie zdążył. Szybko zareagował.-powiedział Ben.
-Ale, dlaczego oni się tak nie lubili?- zapytała Kate, kiedy ochłonęła troszkę.
-Po pierwsze, twój ojciec zawsze był lepszy od niego. Po drugie chodziło o Glorię. Od 5 klasy zaczęli sobie skakać do gardeł. A on został śmierciożercą. W końcu udało mu się zabić ich oboje. Teraz chce się pozbyć też ciebie. Ale najpierw chce dostać książkę, o magii o jakiej mu się nawet nie śniło. A jest ona twoją własnością.
-Moją?- zapytała, jakby chciała się upewnić.
-Tak. Ta książka zawiera zaklęcia, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Są one związane z wodą. Twój ojciec dostał ją ode mnie, a ty powinnaś ją dostać od niego. Ale niestety nie zdążył ci jej dać. Schował ja gdzieś i nie wiem nawet gdzie. Przeszukałem już nawet cały twój dom.
-Mój dom?
-Tak ,twój dostałaś go w spadku. Zresztą jesteś strażnikiem tajemnicy. Jeśli ty komuś nie zdradzisz gdzie on jest, nikt go nie znajdzie. Nawet nie będzie widoczny. Stoi na rogu ulicy, więc wszyscy myślą że ten poprzedni jest ostatnim.
-Tak naprawdę wiem jak wygląda bycie strażnikiem tajemnicy...- powiedziała.
Ben znów pogrzebał w kieszeni i wyciągnął bransoletkę. Było na niej kilka przeźroczystych kryształków. Kate wzięła ją od niego i nałożyła na palce prawej ręki. na początku nie chciała przejść, ale później sama dostosowała wielkość do ręki Kate. Kryształki nagle zmieniły kolor na fioletowy.
-O jesteś zaciekawiona albo niezdecydowana. Robota goblinów. Nigdy nie zardzewieje, a kryształki zmieniają kolor zależnie od twojego nastroju. Należała do twojej matki. Istnieją chyba tylko dwie takie, drugą ma albo miała Tina. Właściwie nie wiadomo co się z nią stało, zniknęła kiedy przyprowadziła cię do ministerstwa. -odpowiedział na nie zadane jeszcze pytanie Kate.
-Słuchajcie kończy nam się czas, mieliśmy wszystko załatwić do obiadu.- powiedział Dumbledore.
-Tak, wiem. Posłuchaj teraz okaże ci naprawdę krótkie wspomnienie.
Znów wyciągnął jedno wspomnienie i strzepnął je do misy. Kate znowu zanurzyła się i spadała w ciemności. Znalazła się w jakiś pomieszczeniu. Blade światło na postacie dawały tylko świecie. Ujrzała zamazaną postać matki, która leżała na piersi jej ojca i szlochała cicho. Ben ściskał jej ramiona i szeptał do ucha słowa pocieszenia.
-Pogryzł go wilkołak. Jesteśmy w szpitalu świętego Munga.- powiedział Ben spokojnie.
Nagle sytuacja się zmieniła. Wszystko jakby zniknęło i pojawił się salon, z kominkiem i kilkoma fotelami. Na jednym z nich siedziała jej matka. Była na pewno w ciąży, a Kate zaraz zrozumiała że to ona, jako nienarodzone jeszcze dziecko. Z kominka wyszedł Ben, bardzo podobny do tego który stał obok niej, tylko że nie miał jeszcze tylu białych włosów.
-I co?- zapytała Gloria.
-Dumbledore mówi, że zaraz powinien wrócić. Nic mu sie będzie nie martw się.
Kate spojrzała na prawą rękę matki. Miała na niej tą samą bransoletkę, co ona teraz. Kryształki były koloru brązowego... Nie wiedziała co to znaczy, ale pewnie nic dobrego. Jej matka, trzymała z ręce różdżkę i obracała ją w palcach. Nagle na placu coś huknęło raz, drugi, trzeci... Ktoś deportował się przed domem. Gloria wstała i pobiegła do drzwi, wybiegła na zewnątrz i trzasnęła nimi przeraźliwie. Ben aportował się z salonu. Znowu coś huknęło i był już na podwórzu. Kate podbiegła do drzwi, ale zauważyła że nie może chwycić klamki. Przebiegła przez drzwi jak duch i zdążyła zobaczyć jak jej matka ratuje Neilowi życie, unieruchamiając dwóch śmiercożerców, zanim ktoś inny zdążył nawet mrugnąć. Rzuciła mu się w ramiona i oparta na nim wróciła do domu. Wszystko poczerniało i Kate wróciła do rzeczywistości.
-Pomyślałem, ze nie ma potrzeby czekania i tłumaczenia tego co stało się w szpitalu, więc od razu przeszliśmy dalej. -powiedział Ben.
-Moja mama, był wspaniała.-stwierdziła cicho.
-Tak była bardzo do ciebie podobna. Macie takie same charaktery i umiejętności. Niestety to już wszystko co mam ci do pokazania.
-A co z Cecylią?
-Została zabita tydzień później razem z moim ojcem. Oczywiście przez ludzi Sama-Wiesz-Kogo. Ale i tak sądzę że maczał w tym palce West.
Zapadła cisza, a Kate myślała nad pytaniami jakie by jeszcze zadać. Aż w końcu wymyśliła.
-Po czym mam tą bliznę na lewej ręce?
-To od różdżki Westa. Nie jeden raz chciał was wszystkich załatwić. Kiedy miałaś może z rok, dostał się do twojej sypialni, a koniec jego różdżki był ciepły od rzucanych zaklęć na twoich rodziców. Zamachnął się i uderzył o twoją rękę i kawałek trzonu został w twoim ciele i zrosną się z nim. Nie będę się dziwić, jakbyś czuła że on rzuca nią jakieś zaklęcia. Ale wracając do tego dnia, kiedy ci to zrobił... Niestety miał pecha, bo akurat byłem w pobliżu. Ale znowu uciekł.- opowiedział jej Ben.
Jakie ona miała szczęście, że wtedy akurat poszła z ciotką na spacer... Bo i jej by teraz nie było. Nie wiedziała już co mówić, się spojrzała za okno. Dumbledore schował myślodsiewnię i usiadł za biurkiem.
-Wróć już na lekcje kochana.- powiedział dyrektor.
Kate przytaknęła, przy drzwiach rzuciła krótkie: "dowiedzenia" i wyszła. Stwierdziła że zdąży jeszcze na lekcje Obrony przed Czarną Magią. W ogóle nie mogła się skupić, na tym co mówi do niej Umbridge... Ana, cały czas wypytywała ją o to, co robiła u dyrektora. Jednak dopiero po lekcjach, opowiedziała jej i Chrisowi wszystko. Na kolacji nie odzywała się prawie wcale. Nie przespała prawie całej nocy, rozmyślając nad tym wszystkim. Usnęła grubo po północy, a wstała zaraz po świcie. Była tak zmęczona, że po zakończonych lekcjach, poszła się troszkę przespać. Wstała dopiero na kolację, a po niej zaczęła pisać wypracowania i notatki. Skończyła późno w nocy. Nawet nie miała szansy pomyśleć o tym wszystkim co się poprzedniego dnia stało. Ani o tym całym West'cie. Nadal nie miała pomysłu w jakie zwierze on się zmienia.
sobota, 25 października 2008
Kate Tood i Biały Kruk cz.4
Rozdział trzeci
Kara i konsekwencje
Następnego ranka Kate wstała wcześnie. Kiedy spojrzała przez okno, przywitał ją piękny i ciepły wrześniowy poranek. Ubrała się i zeszła do Pokoju Wspólnego. Kilku Gryfonów wstało już i rozmawiało wesoło. Nad tłumem młodszych uczniów, zauważyła dwie rude czupryny. Podeszła do tłumu i zmieszała się z nim. Przecisnęła się do przodu i już chciała coś powiedzieć, kiedy koło niej przecisnęła się Hermiona.
-Rozejść się! Ale to już.- krzyknęła.
Przerażeni drugo i trzecioklasiści rozeszli się pośpiesznie. Kate stała koło Hermiony, chociaż ogólnie rzecz biorąc wolała stać gdzieś dalej.
-Przestańcie testować to świństwo na uczniach!- wrzasnęła.
-O co ci chodzi Hermiono?- powiedział jeden.
-Przecież my im za to płacimy.- dodał drugi.
-Jeśli chcecie, to testujcie to na sobie. Młodszych uczniów się nie tykajcie.
-A co dasz im szlaban?- wymknęło się Kate.
-Jak będę musiała, to dam! Nie rozumiem dlaczego ich bronisz, Kate?
-Bo ona, jest po prostu normalna.- powiedział Geroge, obejmując ją jedną ręką.
Kate zrzuciła jego rękę i uśmiechnęła się.
-To nie jest do końca tak. Ale Hermiona ma rację, testujcie to na sobie.- powiedziała, po czym odwróciła się, zarzucając włosami.
Weszła do dormitorium dziewczyn. Parvatil i Lavender były zajęte rozmową, a Ana właśnie kończyła się ubierać. Kate poczekała chwilkę i razem z Aną zeszły po schodach. Kiedy wychodziły, Kate spojrzała na George'a i uśmiechnęła się do niego, a ten odwzajemnił uśmiech.
-I co? Nie boczy się już na ciebie?- zapytała Ana.
-Widocznie nie.
-Właściwie to o co poszło?
Kate przeszła przez obraz i po drugiej stronie powiedziała:
-Nie wiem... Faceci są dziwni.
-Ah, a kobiety to nie?- odezwał się głos za nimi.
Odwróciły się i ujrzały Prawie Bezgłowego Nicka.
-Widzę że masz inne poglądy na ten temat, sir Nicolasie?- zagadała go brunetka.
-Tak, widzę że ty Kate miałaś złe przeżycia z mężczyznami.
Zaczęli się kierować w stronę Wielkiej Sali. Duch "płynął" w powietrzu między nimi.
-A z tego co ty mówisz, to ty z kobietami?
-Och, tak pewna dworka całkowicie nie zwracała na mnie uwagi... Cóż z tego że była już zamężna? -Ah, sir Nicolasie chyba już wiemy dlaczego prawie straciłeś głowę...- zażartowała Ana.
-Nie sądzę, żeby to było śmieszne.- powiedział ostentacyjnie, kiedy Kate i Ana, powstrzymały się od śmiechu.
Weszli do Wielkiej Sali, gdzie wielu uczniów już zajadało się śniadaniem. Prawie Bezgłowy Nick odleciał w inne miejsce, a one usiały przy stole. Kate zaczęła:
-Słuchaj myślałam wczoraj w nocy o tym facecie...
-Nie masz co robić w nocy? Radzę ci spać, od czasu do czasu.- przerwała jej Ana
-Tak, śpię wyobraź sobie. A do tego mam te dziwne sny.
-I znowu zaczynasz. Nie przesadzasz troszkę?
-A to niby dlaczego?
-Ciągle gadasz albo o tym facecie, albo o jakieś książce. A teraz jeszcze dodatkowo wyskakujesz z tymi snami.
Kate przez chwilkę była cicho. Miała minę jakby ktoś ją zdzielił czymś bardzo ciężkim po głowie. Pozbierała myśli i powiedziała;
-Czyli w ogóle cię nie obchodzi, to co ja czuje i co się ze mną dzieje?
-Obchodzi... Ale jak się słyszy, po raz setny jedno i to samo, to staje się to nudne.
-Wcale nie opowiadam ci tego po raz setny... Może dwudziesty, ale nie więcej.
-Opowiedz mi, jak wymyślisz coś nowego.
-Właściwie do tego zmierzałam.
Chciała ciągnąć dalej, ale przerwała, bo podszedł do nich Chris. Poczekała, aż nałoży sobie jedzenia. Kiedy ponownie chciała zacząć podszedł do niej Gegorge.
-Cześć... Dzięki za rano. Hermiona odczepiła się od nas na chwilkę, to zdążyliśmy uciec.
-Nie ma za co...
-A... Masz to od dyrektora.
Wręczył jej zwitek pergaminu i odszedł powoli. Kate odwinęła go powoli i przeczytała tekst zapisany pochyłym pismem:
"Po śniadaniu, mam nadzieję że zobaczymy się w gabinecie Dyrektora. Ps. Gargulce lubią musy-świstusy.... "
Ana i Chris patrzeli jej przez ramię.
-Co? Gargulce lubią musy-świstusy?- powiedział Chris.
-To hasło, tępaku.- burknęła Ana.
Kate miała nadzieję że się nie pozabijają. Wstała i wzięła do ręki jedną grzankę i wyszła z Wielkiej Sali. Zjadła ją po drodze, a kiedy skończyła zastanawiała się czego może chcieć dyrektor. Stanęła przed wielkim gargulcem i powiedziała:
-Musy-świstusy.
Gargulec odsunął się, wpuszczając ją do środka. Przestraszyła się kiedy schody zaczęły się ruszać, same zanosząc ją na górę. Właściwie jeszcze nigdy tam nie była. Stanęła przed drzwiami i zapukała. Usłyszała głos zza drzwi:
-Proszę, wejdź.
Otwarła je i weszła do środka. Ściany pokrywały portrety byłych dyrektorów, którzy spoglądali ciekawie na Kate. Na szafkach było pełno srebrnych urządzeń, które wydawały dziwne dźwięki, trzęsły się albo podskakiwały. Nie bardzo wiedziała do czego one służą. Na przeciw drzwi stało biurko, za którym siedział Dumberdore, obok na złotej żerdzi siedział feniks Fawkes. Po drugiej stronie biurka stał średniego wzrostu mężczyzna, o włosach prawie identycznego koloru jak te u Kate. Miał małe, zielone i troszkę nie przytomne oczy, ale uśmiechał się serdecznie. To co jeszcze było podobne do Kate, to ta blada cera. Wszystko to wydawało się bardzo dziwne. Podeszła niepewnie w stronę biurka i przywitała się:
-Dzień dobry...
Dyrektor spojrzał na nią przez swoje okulary połówki, błękitne oczy wypełniał spokój, który zresztą prezentował sobą całym. Nie odpowiedział na powitanie, tylko zapytał:
-Podoba ci się mój gabinet?
Zdziwiło ją to pytanie. Odpowiedziała:
-No...tak ,panie dyrektorze.
-A mnie widzisz nie bardzo, za dużo mam tu rupieci.-powiedział i spojrzał na owe srebrne urządzenia, które zaciekawiły Kate.-Ale nie zaprosiłem tutaj ciebie, abyś oceniała mój gabinet.
-Bynajmniej...-odezwał się czarodziej.
Kate spojrzała na niego. Był dziwnie znajomy. Kiedy teraz przyjrzała mu się dokładniej, ujrzała że jego włosy, nie są całkiem takie jak jej. Wszystko przez to, że niektóre włosy były już siwe. Z bliska, jego oczy wydały jej się zmęczone, jak by ich właściciel wiele przeżył i wypłakał wiele łez. Twarz też tak wyglądała, miał wiele zmarszczek i lekko zapadnięte policzki.
-Wybacz Kate, pewnie mnie nie poznajesz, ale uwierz że ja znam ciebie bardzo dobrze. Nazywam się Ben Teodor Tood.- powiedział i podał jej rękę.
Ta uchwyciła ją nie pewnie i powiedziała:
-Tood? Na prawdę? Byłam pewna że ja nie mam żadnej rodziny.
-Musisz wybaczyć, ale to jest wina dorosłych. Wszystko co wiesz, zostało ci źle wyjaśnione. Twój wuj, przybył tutaj, żebyś mogła wszystko zrozumieć.- powiedział Dumbledore.
-Tak, postaram się wytłumaczyć ci wszystko od nowa. Po kolei. A zaczniemy bardzo daleko, bo od twojej babki, a mojej kochanej siostry. Była ona matką twojego ojca. I tutaj się wszystko zaczyna.
Kate wyglądała na zdezorientowaną i jakby troszkę zbitą z tropu. Dlatego dyrektor zapytał:
-Kochana, jeśli czegoś nie rozumiesz, to zapytaj od razu. Nie chcemy, aby w twojej głowie powstały jakieś niejasności.
-Dlaczego teraz? Dlaczego...teraz dopiero mi to wszystko mówicie?
-Chodzi o ten atak na ciebie. Martwimy się o to, że on wróci. Chcemy żebyś była gotowa.- odpowiedział Ben.
-Ale jak on się tutaj dostał? On jest animagiem, ale jak?!- prawie wykrzyczała ostatnie słowa.
-Jak matka... Dosłownie. Do tego dojdziemy potem. Po kolei, bo się pogubimy.- spokojnie powiedział Ben.
-Sądzę, że można ją wyciągnąć, a ty Ben?- zapytał beztrosko Dumbledore, wstając.
Wujek Kate tylko przytaknął. Dyrektor wstał i podszedł do wielkiej szafy i otwarł ją. Wyciągnął z niej naczynie, które wyglądało jak wielka, kamienna miska. Na jej bokach, było coś napisane, w nieznanym Kate języku. Kiedy zajrzała do środka, ujrzała że pływa w niej coś. Wyglądało jak srebrne nici, niby to gaz, niby ciecz.
-To myślodsiewnia. Można w niej przechowywać i odczytywać myśli. Przenosi nas ona do środka wspomnienia, ale nie mamy żadnego wpływu na jego przebieg. Stajemy się biernymi obserwatorami.- powiedział Dumbeldore.
Ben wyjął różdżkę i przyłożył sobie do skroni. Wyciągnął ze swojej głowy, srebrne nici, po czym strzepnął je do misy.
-Zaczniemy od mojego wspomnienia. Jest już bardzo stare, ale stosunkowo ważne. Poznasz soją siostrę, Melindę Tood i naszą matkę Cecylię. Jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz też mojego tatę, co prawda nie brał udziału w tych wydarzeniach tylko siedział z boku, ale jednak tam był. Nazywał się Persybal.
Kate nachyliła się na misą, ujrzała zamazany obraz jakiegoś pokoju, kiedy nagle poczuła że wspomnienie wciąga ją do środka. Wiedziała że spada, wszędzie było czarno, aż poczuła że uderza nogami o posadzkę. Była to dębowa podłoga. Znajdowała się w bogato umeblowanym pokoju. W jego centrum stał kominek, nad którym wisiał herb Gryffindora. Obok stało kilka starych, ale za razem ekstrawaganckich foteli, niski stolik, na którym stała srebrna zastawa do herbaty. Po drugiej stronie pokoju, stało kilka meblościanek. Na środkowej były ustawione różne pamiątki rodzinne, medale, puchary pośród których Kate rozpoznała jeden za zwycięstwo w Quidditchu.
W oknie wisiały czerwono-złote firany, a pod oknem stał samotnie jeden fotel, w którym siedział czarodziej, o płowej czuprynie, twarz miał lekko zarośniętą, ale nie wyglądało to wcale źle, przeciwnie dodawało mu uroku, na nosie miał okulary. Czytał właśnie jakąś książkę, co chwilkę nerwowo spoglądając to na zegarek, to na drzwi. Dokładnie o godzinie dwunastej, do pokoju wkroczyła jakaś kobieta. Była bardzo wysoka, miała chudą twarz, a policzki zapadnięte jak u Bena. Jej brązowe włosy, były związane w zgrabny kok, a ubrana była z zwiewną zieloną suknię, na którą miała założony biały fartuszek.
-Gdzie oni są? Mieli być na dwunastą na herbatę.- powiedziała nerwowo.
Mężczyzna spojrzał na nią, znad książki, zdjął okulary i powiedział uspakajającym głosem:
-Nie martw się, Cecylio kochanie. Może zatrzymało ich coś na Pokątnej.
Zamknął książkę, położył ja na parapecie, a na niej okulary. Żona spojrzała na niego, jakby nie mogła uwierzyć, że jest on taki spokojny, kiedy ich dzieci spóźniają się na umówioną godzinę. Chwyciła różdżkę i stuknęła nią w srebrny zestaw do herbaty, aż coś zagwizdało, zabulgotało, pokrywka z dzbanka, podskoczyła i cały pokój wypełnił się zapachem herbaty. Później, wyszła z pokoju, a Kate śledziła ją wzrokiem. Dopiero teraz zauważyła, że w kącie pokoju stoi jej wujek i dyrektor. Podeszła do nich troszkę bliżej.
-Podoba ci się pokój?- zapytał Ben.
Nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy powiedział:
-Uważaj, teraz będzie ważny moment.
I rzeczywiście. W kominku zahuczał zielony ogień, a z niego wyszła najpierw niska kobieta, niesamowicie podobna do Kate i młodszy Ben. Nie miał jeszcze zapadniętych policzków, włosy były bardziej wyrazistego koloru i jakieś takie gęstsze. Twarz miał rozpromienioną, chociaż dalej tak samo bladą. Gdyby nie to, że Melinda była kobietą, to można by ją z Benem pomylić. Ta sama blada twarz, ten sam kolor włosów i ten sam uśmiech. Tylko rysy twarzy miała troszkę łagodniejsze od brata. Ułożyli pakunki które przynieśli ze sobą, koło kominka i poszli przywitać się z ojcem. Za ten czas do pokoju wróciła ich matka z różdżką uniesioną jak batuta, a za nią w powietrzu unosiły się talerze, pełne ciastek i innych słodkości.
-Spóźniliście się.- stwierdziła oschle.
-Zatrzymał nas na pokątnej mój znajomy ze szkoły.- powiedział Ben.
-Tak, przepraszamy mamo.- dodała jego siostra.
Cecylia spojrzała na nią tak jakoś z ukosa, po czym usiadła w fotelu i rozlała herbatę do filiżanek. Melinda spojrzała na półkę z nagrodami i pamiątkami, jakby czegoś szukała. Widocznie tego nie znalazła, bo troszkę zmarkotniała i jakoś tak sztucznie się uśmiechała. Ben tylko na nią spojrzał, ale nic nie powiedział, tylko usiadł koło niej. Atmosfera zrobiła się jakaś dziwna, długo nikt się nie odzywał, aż w końcu odezwała się matka Bena:
-Melinda, czy ty dalej masz zamiar wyjść za tego mugola?
Persybal, aż podskoczył na swoim fotelu, młody Ben syknął, a Melinda przestała się uśmiechać. Widocznie nie był to zbyt lubiany temat.
-Mamo przecież przerabialiśmy to wiele razy...- zaczął Ben.
-Tak, ale nadal nie dostałam odpowiedzi. Więc słucham?
-A dlaczego nie?- Melinda mówiła wpatrując się w podłogę.
-Już ci to tłumaczyłam. Nie pozwolę ci, twoja czysta krew nie jest warta jakiegoś mugola.
-Tak się chwalisz tą swoją czystą krwią... Dziwne. Dla Gryffindora się ona wcale nie liczyła! Zachowujesz się jak jakiś Ślizgon....- wybuchnęła.
-Może dla niego nie, ale dla mnie się liczy. Ja jestem twoją matką, a on już dawno nie żyje...
-Dobrze wiemy, że Gryffindor jest przodkiem taty, a nie twoim. Więc co ci do tego?!
-Uważaj na swój ton, panienko...
Ben zasłonił usta ręką. Jego matka wyciągnęła różdżkę i celowała nią we własną córkę. Ta spojrzała na nią, bliska płaczu. Była przerażona. Kate pierwszy raz widziała, aby ktoś podnosił rękę na własne dziecko.
-Wyjdę za niego i nic już tego nie zmieni, mamo. Noszę już jego dziecko...
Cecylia wyglądała jakby dostała zawału. Opadła na fotel i opuściła różdżkę.
-Wyjdź stąd...Nie jesteś już moim dzieckiem....
Melinda wstała i podbiegła do kominka, znikając w zielonych płomieniach. Młody Ben wstał i pobiegła za nią. Persybal uniósł się lekko i powiedział:
-I co zrobiłaś głupia? Teraz straciłaś ich oboje już na zawsze.
Na tym wspomnienie musiało się zakończyć, bo wszystko poczerniało, a Kate poczuła że unosi się i jej nogi uderzają o podłogę gabinetu dyrektora.
piątek, 24 października 2008
Popularność?
Popularność? Eh... Dużo ostatnio o tym czytałam. Fajnie by było... Tylko chyba raczej w innym wcieleniu, albo jako sławny klaun... Nie wiem co ze mną jest nie tak. Ludzie chyba mnie nie lubią. Poza tymi kilkoma przyjaciółmi i gronem dobrych znajomych, to nikt. W klasie, lubią mnie tylko osoby, które wymieniłam wcześniej. Oczywiście to nie jest do końca tak, że reszta mnie nie lubi. Myślę raczej że mnie po prostu nie akceptują. Moja mama twierdzi że zazdroszczą mi nawet dobrych ocen. A ja sądzę ze że im się wydaje że jestem przemądrzała. Ale to wcale nie jest prawda. Może się tak tylko wydawać, ale ja po prostu, jak coś wiem, to muszę to powiedzieć. Nie mam takich jakiś zahamowań, jestem ogólnie osobą gadatliwą i jak coś pomyślę, to zazwyczaj to zaraz mówię. Lubię się udzielać i nie cierpię jak ktoś mi się wtrąca, a sama to robię(jestem po prostu wredna xP). Wkurzają mnie niektórzy ludzie, a zwłaszcza ci którzy myślą że wolno im wszystko. I ci co się ciepią o byle co albo błaznują, gadają głupoty i co najgorsze robią głupoty. Moja klasa jest po prostu niedojrzała, ale na szczęście to mój ostatni rok w gimnazjum, a z tego co wiem, nie wiele osób wybiera się do szkoły tam gdzie ja.
Ale ja zawsze miałam takiego pecha... W podstawówce, nie chodziłam do szkoły z kilku prostych powodów. Że mi dogadywano, obrażano mnie, a nawet popychano(no biciem to tego nie można było nazwać). Psychika mi siadała totalnie. Ale kiedy wyszłam z podstawówki, poczułam się silniejsza. Jak to się mówi, co cie nie zniszczy, to cie wzmocni.. U mnie się to sprawdziło. Teraz każdą głupią odzywkę albo olewam alo się odszczekuję. Podstawówka nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego, żeby się nie dawać. Teraz kiedy spotykam moich dawnych “gnębicieli” patrze im prosto w oczy i uśmiecham się... Jakby nigdy nic się nie stało. Jeszcze nigdy nie usłyszałam od nich nic... Dosłownie nic obraźliwego. A niektórzy(jak mi się zdaje) widząc tą moją odwagę, zagadują. Zdziwił mnie ostatnio kolega, z którym kiedyś miałam bardzo na pieńku, a on gadał ze mną jakbyśmy kiedyś byli najlepszymi kumplami. Czy tak samo będzie po gimnazjum? Nie wiem, a właściwie nawet mi na tym nie zależy. Ważne dla mnie są tylko kontakty z bliskimi mi osobami, a resztę zapewne zerwę albo ograniczę do cześć na ulicy, czy na gg.
Żeby być popularnym, chyba trzeba być odważnym. Czyli to ta cecha, której mi brakuje. Nie wiem czy popularność była by mi potrzebna. Przy obcych ludziach się peszę i nie wiem co powiedzieć, a do tego gadam głupoty. Czasem mam wrażenie, że ja w ogóle mam problem z każdym człowiekiem. Nie wiem jak się zachować i w ogóle. Ehhh.. Cała ja, jeden wielki problem.
Nie wiem co tam więcej napisać. Na razie ;*
Kate Tood i Biały Kruk cz.3
Rozdział trzeci
Kara i konsekwencje
Drugi dzień zaczął się normalnie. Aż do momentu w którym Kate miała iść na kare. Przeszła ze smutną miną po korytarzu, aż w końcu doszła już wejść do sali, kiedy zatrzymała ją ta cała Umbridge.
-Ty nie tutaj. Potter posiedzi sam. Ty co dziennie będziesz siedziała w bibliotece i pisała wypracowanie na temat tego że nie warto kłamać.
-Czyli mogę zwiać?-zapytała drwiąco.
-Nie bo będzie ci pilnował Malfoy. To dalej chłopcze choć już.
Wyszedł zza jej pleców, z tym dziwnym uśmiechem na twarzy.
-On? Świetnie...-wyszeptała, to miała być najgorsza kara w jej życiu.
-Aha, zapomniałam ci coś powiedzieć.-powiedziała jadowitym tonem.
-Ta...to znaczy słucham?
-Tego twojego królika masz zostawiać w dormitorium.
-A to niby dlaczego?!-wrzasnęła Lusia wystawiając łeb z kaptura Kate.
-Bo tak mi się podoba.-stwierdziła, po czym weszła i zatrzasnęła drzwi.
Kate zrezygnowana powlokła się do biblioteki. Usiadła i zaczęła coś pisać, po czym wstała, aby zabrać sobie jakaś książkę. Draco złapał ją za rękę i powiedział:
-A ty gdzie?
-Po książkę, jeszcze nigdzie nie uciekam.
Puścił ją a ta stanęła na chwilkę i zamyśliła się. Powiedziała:
-Nie rozumiem, czemu to robisz? Nie wolałbyś męczyć jakiś dzieciaków?
-Wole męczyć ciebie.-powiedział drwiącym głosem.
-Ale co ty z tego masz?
-Nic...Satysfakcję.- powiedział szczerząc zęby.
-Ja ci jej nie dam. Mnie najgorsza tortura nie ugnie, chociaż twoje śmierdzące towarzystwo może być jeszcze gorsze.- zakończyła.
Podeszła do półki i wzięła pierwszą lepszą książkę. Zaczytała się w niej udając że jest jej to potrzebne do wypracowania. Tak naprawdę czytała o transmutacji dla profesor McGonagall. W końcu kara dobiegła końca i Kate chciała wstać z krzesła, kiedy poczuła że ma związane nogi i upadła razem z nim z podłogę. Malfoy śmiał się, a jej wcale nie było do śmiechu. Pozbierała swoje rzeczy i zabrała książkę o transmutacji. Rzuciła pogardliwe spojrzenie blondynowi i wyszła z biblioteki. Napotkała brata Any.
-Hej Kate.-powiedział.
-Hej Peter.- spojrzała na niego.-Co ty taki uradowany?
-Słyszałem że masz karę. -powiedział.
-I to jest niby takie śmieszne?
-A kiedy ostatnio miałaś karę? Jak zjadłaś lizaka koleżanki?
-Zamknij się!- krzyknęła.
-No dobra przepraszam.-spojrzał na jej twarz, bliską płaczu i przypomniał sobie.-Ja...zapomniałem.Wybacz, wszystko przez te test, wiesz. Mieszają nam w głowie. Zresztą wiesz coś o tym ,prawda?
-O czym?-zdziwiła się i cała złość jej przeszła.
-Przecież macie SUM-y w tym roku. Nie wiesz?
-No teraz już wiem.
-W ogóle to dziwna rzecz. Trzeba zdecydować kim się chce być.- stwierdził.
-Tak? A ty co wybrałeś? Miałeś SUM-y dwa lata temu.
-Ja? Chcę zostać aurorem. To moje marzenie od dzieciństwa.
-Ta moje też. Moi rodzice nimi byli.- powiedziała, zachciało jej się płakać, ale nie chciała tego pokazać więc uśmiechnęła się.
W końcu doszli do pokoju wspólnego i Kate powiedziała:
-Mimbulus mimbletonia.
Gruba Dama wpuściła ich do środka. W pokoju wspólnym jak zawsze był dużo szumu, ale Ana od razu ją zauważyła i podbiegła do nich.
-Hej Kate, jak było?-powiedziała, a kiedy zobaczyła brata dodała-O Peter. Cześć.
-Widzę że nie bardzo się cieszysz ze mnie widzisz siostrzyczko. Czyżby to znowu zazdrość?- powiedział.
-O żesz ty!- chciała się na niego rzucić, ale zatrzymała ją Kate.
-Zostawcie sobie te czułości na potem.-powiedziała.
Weszła bez słowa do dormitorium dziewczyn, słysząc za sobą słowa kłótni Petera i Any. W końcu ucichły za zamkniętymi drzwiami. Usiadła na łóżku i spojrzała za okno. Dzisiaj nie miała na nic ochoty, poza jedną rzeczą. Postanowiła się wyrwać ze szkoły. Wiele razy to robiła, ale ta Umbridge mogła jej wszystko pokrzyżować. Kiedy przyszła Ana, Kate udała że śpi. Po krótkim czasie usłyszała ciche pochrapywanie. Wtedy ześlizgnęła się z łóżka i wyszła do pokoju wspólnego. Była pewne że nikogo tam nie zastanie, a jednak siedział tam Harry, Ron i Hermiona. Spojrzała na nich, ale ci nic nie powiedzieli. Podeszła do obrazu i chciała już wyjść, kiedy zawołał ją Harry:
-Czekaj!
-Co znowu?- zapytała.
-Gdzie idziesz?-zapytał Ron.
-To nie twój interes!- powiedziała Kate.
-Nie powinnaś wychodzić o tej porze, jakiś nauczyciel cię nakryje.- powiedziała z troską w głosie Hermiona.
-Jasne...Już i tak mam jedną kare druga mi nie zaszkodzi.
-Mogą cię wyrzucić ze szkoły!- próbowała ją dalej przekonać.
-Mnie to już nie obchodzi i tak bym wolała być gdzieś indziej.- wyrecytowała cała czerwona ze złości.
-Przy Lupinie?- zapytał Harry.
-Skąd...skąd ty to wiesz?
-Podsłuchałem...jak rozmawiał z Syriuszem.-powiedział cicho, bo nie był za bardzo z tego dumy, że podsłuchiwał.
-Taaa...Syriusz. Jak go ostatnio widziałam to mnie dziabną w ła...rękę tak że mam do teraz bliznę.
-To dziwne...-zająknęła się Hermiona.
-Chociaż mu się nie dziwię, rzucił się na mnie, bo mnie nie znał. Mało kto wie...że... ah nie ważne.- zakończył i wyszła za obraz.
Harry wybiegł za nią, ale jej nie zobaczył. Ujrzał tylko pobłyskującą w świetle księżyca sierść i ogon znikający w ciemności. Kate biegła teraz co sił w wilczych łapach. Czasem sobie myślała że fajnie być animagiem. Wiele razy ratowała Remusowi życie, lub osób w jego otoczeniu. W końcu wybiegła na błonie i wbiegła do zakazanego lasu. Z tej wysokości wyglądał całkowicie inaczej. W końcu odbiegła już spory kawałek i zatrzymała się. Przez korony drzew ujrzała wielki księżyc który rozjaśniał wszystko swoją poświatą. Zawyła długo i przeciągle, a w pokoju wspólnym Gryfonów, Ron'a aż ciarki przeszły. Harry był nachylony nad mapą Huncwotów, ale w końcu zmorzył go sen i powlókł się za Ron'em do dormitorium. Krótko po tym i Kate wróciła z zakazanego lasu i położyła się spać z widoczną ulgą na sercu.
Jej brat, właściwie nie był, jakimś chwali piętą. Przynajmniej Kate się tak wydawało. Kiedy razem rozmawiali, wydawał się całkiem normalny, za dużo nie mówił, co zrobił lepiej czy gorzej. Ale przy Anie... To już była inna sprawa. Co prawda, nie wypominał jej co robi źle, ale lubił mówić że jest o niego zazdrosna(co przeczytaliście wyżej). Kate nie mogła tego zrozumieć, bo nigdy rodzeństwa nie miała, ale to chyba było coś jak współzawodnictwo. Kogo mama częściej pochwali. Wydawało się to dosyć dziwne, szczególnie jej. Tym dziwniejsze, im więcej lat mieli oboje. Z każdym rokiem przenosiło się to na coraz to inne tory. Chris martwił się że za kilka lat, zaczną walczyć na śmierć i życie, a z biegiem ostatnich wydarzeń wydawało się to coraz bliższe.
Słońce wpadało przez okna, kiedy późnym popołudniem, w końcu Kate zakończył nadrabianie. Przeciągnęła się, aż stary fotel, na którym siedziała, przechylił się niebezpiecznie.
-Skończyliśmy, co?- zapytał Peter.
-Ja, na pewno. Już nic więcej mi nie zostało...
-Tak, ja też już kończę.- stwierdził i wrócił do pisania.
Przez chwilkę patrzała na pergamin Petera, ale później odwróciła się i popatrzała na Pokój Wspólny. Mało kto tu był. Właściwie to tylko oni i grupka drugoklasistów, grających w Szachy Czarodziejów. Pozbierała swoje rzeczy i rzucając krótkie: zaraz wracam, poszła do sypialni. Na łóżku siedziała Lusia. Kiedy tylko zobaczyła swoją panią, zaraz podskoczyła radośnie.
-Nudzi mi się, wiesz?- stwierdziła cicho króliczka.
-Tak, wiem.- powiedziała Kate, kładąc książki na stoliku nocnym.-Ale wiesz, że nie mogę zabierać ciebie z dormitorium.
Ta spuściła tylko głowę, po której Kate pogładziła ją lekko. Zostawiając swojego ukochanego królika samego, wyszła z dormitorium i zbiegła po schodach. Prawie wpadła na George'a , ale zdążyła odskoczyć.
-Gdzie się tak spieszysz?- zapytał beztrosko Wesley.
-Właściwie to nigdzie...- stwierdziła, robiąc obojętną minę.
Spojrzała gdzieś w bok, a później na Petera.
-Ach, tak. Rozumiem...- powiedział.
-Nie, to nie jest tak...-zaczęła się tłumaczyć, ale zrozumiała że wyszło jeszcze gorzej.-Tylko...
-Spokojnie. Przecież ja nic nie mówię.- powiedział i poszedł do dormitorium.
Kate zrobiło się jakoś głupio. Podeszła do Petera i smutnym głosem z domieszką goryczy powiedziała:
-Zobaczymy się później.
W jego odczuciu brzmiało to jak:"Już nigdy się nie zobaczymy...". Wyszła na korytarz. Jak on mógł sobie pomyśleć, że ona i Peter... Ona i Peter?! Właściwie sama nie widziała co o tym myśleć. Zeszła do biblioteki. Chociaż sama nie wiedziała, po co. Ale jednak weszła do środka i zaczęła krążyć między rzędami półek. Jak on się tu dostał?- myślała... Wróciła do rozmyślania na jej "gościem". Wiedziała że jest jakiś sposób, ale jaki. Ale jak? Jak to możliwe.... Eliksir wielosokowy? Właściwie, możliwe że wyglądał by jak uczeń, ale czy by się przedostał do szkoły? Więc jak? Dlaczego Gruba Dama go przepuściła? Znał hasło, to pewne, ale dlaczego?
Wyciągała losowe książki. Wiedziała że gdzieś już to czytała... Albo nie, nie czytała. Słyszała o tym, ale kto jej to mówił? Krążyła tak może ze 10 minut, aż nagle w oczy rzuciła jej się książka do transmutacji...
-Ale jestem głupia...- stwierdziła i wybiegła z biblioteki.
Pobiegła w stronę Wielkiej Sali. Wiedziała że zbliża się już pora kolacji, więc postanowiła poczekać tam na swoich przyjaciół. Długo nie czekała, bo po kilku minutach, zobaczyła Anę, która tłumaczyła coś Chrisowi.
-Słuchajcie, nie uwierzycie co wymyśliłam...- mówiła z przejęciem kiedy siadali przy stole.
-Ja tam tylko wiem, że jestem głodny.- powiedział Chris, łapiąc za talerz.
-Może troszkę kultury, co? Posłuchajmy, co ma do powiedzenia Kate.- Ana skarciła go, odkładając Proroka Wieczornego na stół.
-Piszą coś ciekawego?-zagadała Kate, pokazując na gazetę.
-Właściwie to nic...A ty nie miałaś nam czegoś do powiedzenia?
-Ah...tak! Słuchajcie, ja już wiem jak On się dostał do zamku.
Nachylili się nad nią, a ona z ciszyła głos, tak żeby tylko oni to słyszeli.
-Myślę, że On jest animagiem... Pamiętacie Syriusza? On też był animagiem i mógł swobodnie sobie chodzić po terenie szkoły. Sądzę że tutaj jest tak samo.
-I co przez tydzień to wymyślałaś?- powiedział, po czym dostał od Any w głowę i dodał-Ała, za co?
-Za żywota...- warknęła.
-Hej, hej spokojnie. To może zaczniemy już jeść? Jestem strasznie głodna.
Kate nałożyła sobie troszkę jakieś pieczeni, a kiedy skończyła ją jeść, znalazła jakieś warzywa itp. rzeczy dla Lusi. Kiedy wszyscy skoczyli jeść Ana zapytała o Petera. Nie bardzo było co opowiadać, więc kiedy Kate skończyła, blondynka powiedziała:
-A umiałaś oddychać przy tym jego wielkim ego?
-Wiesz, sądzę że przesadzasz.- powiedziała Kate.
-Tak, wieszasz na nim psy, tylko dlatego że jest chłopakiem i że jest troskę lepszy od ciebie.
-Wcale nie dlatego... Wy w ogóle nic nie rozumiecie. Nie słyszeliście tego, co ja. Peter to, a Peter tamto...
-Tak, ale to mówi twoja mama, a nie on. Co nie?
-Nie rozumiem dlaczego go bronisz, Kate. Może ty i on?
-Nie wiem o co ci chodzi? Ja i on? O czym ty w ogóle gadasz. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
-Tylko? Na pewno?
-Tak, na pewno. A jak nie wierzysz, to się go spytaj.
Wstała bardzo gwałtownie, ale kiedy stwierdziła że inni się na nią dziwnie patrzą, usiadła z powrotem. Spojrzała z oburzeniem na Anę i odwróciła się do Chrisa. Ujrzała braci Wesley'ów, więc się uśmiechnęła. Jeden odpowiedział jej także uśmiechem, a drugi udał że jej nie widzi. Teraz była już zbulwersowana. Znowu się podniosła, tym razem powoli i jakby nigdy nic, wyszła sobie. Chris pobiegł za nią, ale jej przyjaciółka dalej siedziała na swoim miejscu. W drodze do Pokoju Wspólnego zdążyła ochłonąć i zaczekała przy wejściu na Anę. Kiedy ta weszła, Kate podbiegła do niej i wszystko sobie wyjaśniły... Weszły do dormitorium, przebrały się i ułożyły w łóżkach. Blondynka jak zwykle szybko usnęła. Kate za to dużo myślała. Wszystko trzeba było przemyśleć. Postanowiła jak na razie nie spędzać czasu z Peterem. Ale czy ona lubi Geogrge'a? "Zdaje mi się tylko. To przyjaciel... Tylko."- wmawiała sobie. Kiedy w końcu usnęła, męczyły ją dziwne sny. Znów te o tym że biegnie i woła kogoś, ale nie może nic powiedzieć. Później śniło jej się że Lupin podaje jej śniadanie w różowym fartuszku.
Kate Tood i Biały Kruk cz.2
Rozdział Drugi
Oszukać przeznaczenie
Była już 10:20. Czyli już dawno po rozpoczęciu zajęć. Lusia właśnie wtrącała dziewczynę.
-Co ty robisz?! Wstawaj! Pierwszy dzień szkoły i ty się spóźnisz.
Kate ociężale, wygramoliła się z łóżka. Przeczesała brązowe włosy i ubrała się, po czym chwyciła książki i zbiegła na dól, do sali eliksirów. Zapukała i delikatnie popchnęła drzwi. Powiedziała:
-Dzień dobry...przepraszam za....
-Wyjdź!- przerwał jej Snape.
-Słucham?- zapytała uprzejmie.
-Odejmuje Gryfindor'owi 10 punktów. Wyjdź!
-Ale przecież ja nic nie zrobiłam...-zawstydziła się.
-Minus 15 punktów...- kontynuował.
Kate zdziwiła się i spojrzała na kolegów. Zdziwienie malowało się na twarzach Gryfonów. Za to podopieczni Snape byli zadowoleni i uśmiechali się lub śmiali. Dla dobra reszty wyszła z klasy i usiadła na schodach. Zalała się łzami.... Jeszcze nigdy tak nie zawiodła swoich przyjaciół. Nagle coś czarnego przemknęło przed nią i zniknęło za rogiem.
-Co to było?- zapytała.
-Nie wiem...- Lusia wygramoliła się na jej ramie.
Odruchowo wstała i popędziła za owym cieniem. Ze zdziwieniem stwierdziła że zmierza on do Pokoju Wspólnego Gryfindor'u. Po cichu podążała za nim. Wypowiedział hasło i wszedł do środka. Kate przyśpieszyła i zdążyła niezauważenie wślizgną się, zanim obraz zamknął przejście. Przykucnęła za fotelem i obserwowała czarną postać. Dużo wyższa od niej, w kapturze i czarnym długim, poszarpanym płaszczu. Kiedy Kate przyjrzała się dokładniej, stwierdziła że to prawdopodobnie mężczyzna....Można by pomyśleć, że był dobrze zbudowany i silny. Rozejrzał się po pokoju, po czym wszedł po schodach i wkroczył do pokoju dziewcząt. Dziewczyna poszła za nim. Ukradkiem spojrzała zza szafy i ujrzała że szuka czegoś w jej rzeczach. Wyciągnęła z kieszeni różdżkę. Trzymała ją kurczowo...Jej serce coraz szybciej biło. W końcu zdecydowała się, aby zaatakować. Wyszła na środek pokoju i kierują różdżkę w stronę nieznajomego powiedziała:
-Czego tutaj szukasz!?
Ten odwrócił się i spojrzał na nią. Przez kaptur nie mogła dostrzec jego twarzy. Zauważyła tylko blond włosy, które wychodziły zza materiału. Postać chwyciła jej miotłę, i wyleciała przez okno. Ta podbiegła do niego i wychylając się, krzyknęła pierwsze lepsze zaklęcie. Jednak to nic nie dało. Mężczyzna zniknął w obłokach.
-Kto to był?- zadała na głos pytanie.
-Nie wiem...-wystraszona Lusia, wystawiła puchaty łebek, z włosów Kate.
-Ale co gorsze, czego chciał?
-Szukał czegoś ważnego...bardzo! Skoro był tak odważny że przyszedł tu w czasie lekcji.
-To było przeznaczenie że się spóźniłam. Gdyby nie to, to bym o tym nie wiedziała....Ale ja nic takiego nie mam. Chyba że chodziło o coś co należało do moich rodziców....
-Myślisz?
-No, a co innego. Pamiętam taką jedną książkę, o której tata mówił, że dostane ją jak przyjdzie czas.
-Może o to chodziło?
-Zapewne....a teraz ważniejsza sprawa. Trzeba to zgłosić Dumbledor'owi.
Dziewczyna wyszła z dormitorium i pobiegła po schodach. W biegu postanowiła iść najpierw do najbardziej zaufanego nauczyciela. Podeszła pod klasę i spróbowała złapać oddech. Kiedy uspokoiła się, popchnęła lekko drzwi do klasy pani McGonagall.
-Dzień dobry i przepraszam że przerywam pani w lekcji, ale czy można panią na chwilkę poprosić...dłuższą.
Profesorka spojrzała na nią z przerażeniem. Wiedziała że Kate nie prosiła by o coś takiego, bez powodu i widziała jej niebywały wyraz twarzy.
-Dobrze...-odpowiedziała krótko.
Kiedy wychodziła powiedziała do klasy:
-Skończcie czytać rozdział 1, a jak skończycie to napiszcie z niego notatkę. Jeśli zadzwoni dzwonek wyjdźcie z klasy. A i jeszcze jedno...Ma tu być cisza. Na następnej lekcji przepytam was z tego materiału.- zakończyła po czym trzasnęła drzwiami.
-Co się stało?- zapytała z troską w głosie.
-Więc to się zaczęło od tego że spóźniłam na lekcje eliksirów. Odjęto mi punkty i wyproszono z klasy. Wtedy Go zobaczyłam. Najpierw wydawała mi się być duchem. ale tak na prawdę to był wysoki mężczyzna o blond włosach. Nie widziałam jego twarzy...Przeszukiwał moje rzeczy i zbiegł na mojej miotle.
Nauczycielka była zdezorientowana....
-Jakiś obcy mężczyzna? Tutaj?
-Tak, przeszukiwał moje rzeczy. Na prawdę!
-Dobrze...ale czego szukał.
-Książki, której nie mam.
Profesor McGonagall zamyśliła się na chwilkę, po czym powiedziała:
-Dobrze idę powiadomić dyrektora. Ty idź na lekcje...
Kate tylko kiwnęła głową na znak zgody. Powędrowała korytarzem pod salę obrony przed czarną magią. W końcu zadzwonił dzwonek i na korytarze wysypali się uczniowie. Do dziewczyny zaraz podbiegła Ana, aby zapytać co się właściwie stało. Kate opowiedziała jej wszystko, a kiedy skończyła przyleciał do nich Chris i też chciał wszystko wiedzieć. Kate nie miała już siły i jemu tego opowiadać, więc zrobiła to Ana. Później odeszli troszkę od tego tematu i Kate zrobiło się wyraźnie lżej, że już nie musi o tym gadać. Dzwonek oznajmił że zaczęła się właśnie lekcja. Wszyscy usiedli w ławkach. Do klasy weszła profesor Umbridge i zmierzyła wzrokiem klasę. Kate widocznie nie spodobała się jej ropusza twarz. Anie też, bo skrzywiła się znacząco, tak jak wtedy gdy jej brat-Peter, był oblany wymiocinami smoka w zeszłym roku. Później oznajmiła że nie będziemy na jej lekcjach nie będziemy używać czarów, co ożywiło bardzo klasę. Szczególnie Harry'ego, który zarobił minus dziesięć punktów i szlaban. Później dalej się rzucał, a profesor wręczyła mu jakiś rulonik i kazała komuś zanieść, ale Kate już nie słyszała komu. Kiedy Harry wyszedł poczuła że go rozumie, że wie jaki to ból. Tak jak on nie miała rodziców, mimo iż ona miała się gorzej, bo dobrze ich pamiętała. Pod napływem emocji powiedziała:
-Ale on nie kłamie!
-Gdzie ręka w górze panienko...
-Tood.- powiedziała z napływającą wściekłością.
-Więc, on kłamie i nikt z was nie może tego podważyć swoimi słowami. - powiedziała nadymając policzki jak żaba.
-Bo tylko pani zadanie się liczy?
-Gdzie ręka w górze panienko Tood?
-Musze trzymać ją pod krzesłem, żeby Pani nie przywalić!- krzyknęła, a emocje ją tak poniosły że wstała.
-Kate, nie....-jęknęła Ana.
-Co za zachowanie! Tydzień szlabanu panienko Tood. A teraz siadaj. Otwórzcie książkę i zacznijcie czytać pierwszy rozdział i żadnych rozmów!
Kate chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Ana chwyciła ją za rękaw patrząc na nią błagalnym wzrokiem. Kate usiadła i udawała że czyta, a tak naprawdę przyglądała się tej wielkiej żabie jak siedzi przy biurku i skrobie coś na pergaminie. Obok niej Ana, od razu robiła notatki z przeczytanego materiału, a za nią Chris szczelał czymś w Parvati Patil. Ta co chwilkę obracała się z obrażoną miną, szukając winnego, ale nie śmiała sie odezwać, no bała się szlabanu. Po dwóch godzinach męki w końcu wyszli na zewnątrz. To była ich ostatnia lekcja, więc powędrowali do pokoju wspólnego Griffindoru. Kate nachyliła się nad białym pergaminem i próbowała nadrobić zaległe lekcje z dzisiaj. Pisała wypracowanie dla Snape'a, a kiedy skończyła wzięła się za sennik dla Trelawney. Nie bardzo wiedziała co napisać, bo nie pamiętała żadnego ze snów. Więc zaczęła przepisywać notatki z historii magii. Kiedy skończyła, zauważyła że w pokoju prawie nikogo już nie ma. Zauważyła Harre'go. Prze chwileczkę chciała z nim pogadać, ale poczuła takie zmęczenie, że wierzyła że nawet na to nie mu już siły. Poszła do pokoju i położyła się w łóżku. Pomyślała:"Jeszcze kilka takich dni i umrę". Zasnęła szybciej niż mogła się tego spodziewać. Śniło jej się że biega po Hogwarcie i woła kogoś, ale nie wiedziała kogo, bo z jej ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Obudziła się w połowie snu i spojrzała przez okno. Księżyc był pięknie widoczny na niebie. Jutro miała być pełnia. "Tego nie można przegapić"- pomyślała. Stwierdziła że i tak już nie uśnie, więc zapisała w senniku swój sen. Później znów położyła się na łóżku i spuściła rękę i pogładziła nią podłogę. Myślała o Lupinie, miała nadzieję ze nie stanie się to co zawsze, bo nigdy nie pozwolą mu jej wziąć do siebie. Już od dwóch lat się o to stara. Ale wierzyła w niego. Miała wielką ochotę teraz do niego napisać. Miała tyle problemów. Ale wiedziała że nie może. Sam jej to powiedział, więc w końcu zrezygnowana, westchnęła i spojrzała w sufit. Zaczęła się zastanawiać, co to był za facet. Miał takie jasne włosy. Jak Malfoy. Może to był jego tata? Nie na pewno nie. Zatraciła się w tych myślach i znów ogarnęła ją fala zmęczenia, która przemieniła się w promieniujący ból na lewej ręce. Miała tam bliznę po zaklęciu, ale Bóg wiedział skąd ona się tam wzięła. Nigdy wcześniej nie bolała, a teraz miało jej rozerwać rękę. Kolejny powód by napisać do Lupina i znów nie było jak. W końcu usnęła. Następnego dnia rano, znaleziono jej miotłę na skraju zakazanego lasu. Było to niewątpliwie dziwne. Hogwart wydawał się już nie być bezpiecznym miejscem.
Kate Tood i Biały Kruk cz.1
Rozdział Pierwszy
Magii Świat
Brązowo włosa dziewczyna właśnie wychodziła z DDdCMM(Domu Dziecka dla Czarodziejów Ministerstwa Magii), gdy podleciała do niej sowa Ministerstwa Magii. Podała jej mały kawałek, zapisanego papieru, po czym odleciała. Dziewczyna spojrzała na drobne literki i zaczęła czytać.
"Droga Kate. Wybacz że nie zjawię się osobiście na wyjazd twojego pociągu, ale sądzę, że skoro jedziesz do Hogwartu już piąty raz, to poradzisz sobie. Jednak wiem że nie masz biletu. Nie martw się. Idź na ulicę pokątną, do księgarni. Tam sprzedawca da ci książki i bilet. Uważaj na siebie.
Stephen"
-Czy on musi się tak o mnie martwić?- powiedziała Kate, czytając list od swojego opiekuna.
Nie zwlekając, podążyła chodnikiem mijając zakręty i kałuże. Słońce delikatnie oświetlało jej blade policzki, a wiatr bawił się włosami. Dziewczyna szła rozpromieniona, uśmiechając się do przechodniów. Było się z czego cieszyć, mimo iż targała za sobą ciężkie walizki. W końcu miała wrócić do szkoły. Opuściła nareszcie mury budynku, w którym spędziła większość swojego beztroskiego dzieciństwa. Rodzina...jedyne co po nich pozostało to fotografie. Marzenia? Dziewczyna miała ich wiele, ale i tak większość z nich nie mogła się spełnić. W końcu Kate doszła do ulicy pokątnej. Przeciskając się między ludźmi, doszła do księgarni. Pierwszą osobę którą tam spotkała był Malfoy.
-Zejdź mi z drogi.- powiedział blondyn.
-Już wasza wysokość...
-No coś ty zgłupiałaś?- mały, biały królik, który siedział jej na ramieniu, zareagował tymi słowami.
-Aj...uspokój się Lusia.- powiedziała, po czym puściła do niej oczko.
Przesunęła się, pokazując ręką że może już przejść. Chłopak, parsknął i zaczął pewnie stawia kroki. Wtedy dziewczyna podstawiła mu haka, a Draco upadł na podłogę. Wybuchnęła śmiechem, podobnie jak reszta znajdujących się tam ludzi. On wstał, otrzepał się z kurzu i wyszedł bez słowa. Kate chwilkę stała, wpatrując się w jego plecy, po czym podeszła do starszego pana i drżącym głosem powiedziała:
-Jestem...
-Kate Tood?- przerwał jej.
-Tak i przyszłam...
-Po bilet i książki? Już daję.
Starszy mężczyzna uśmiechnął się, a dziewczyna odpłaciła mu tym samym. Poszedł na zaplecze, a chwilkę później Kate miała już w rękach paczkę z książkami, a w kieszeni bilet.
-A teraz pośpiesz się, bo się spóźnisz na pociąg.- powiedział, pokazując jej zegarek.
-Co?! Już tak późno?! Przepraszam...emm...to znaczy. Dowidzenia!- odpowiedziała i wybiegła.
-Tak, dowidzenia.- zaśmiał się starzec, po czym usiadł na masywnym starym krześle.
Kate pędziła co sił w nogach... Wpadła na peron i zważając na przechodzących ludzi biegła prosto do słupa, między peronem 3, a 4. Zdążyła w sam raz, bo ostanie osoby właśnie wsiadały do pociągu. Kate znalazła wolny przedział, weszła do niego i opadła na siedzenie, sapiąc. Lusia, wygramoliła się z jej kapucy, na jej ramie i powiedziała:
-Następnym razem, jak będziesz wyprawia takie rzeczy, to mnie uprzedź! Ubiorę sobie kask...
-Aj...przestań narzekać. Co ty dzisiaj taka pyskata?
-Kryzys wieku średniego...
-Co ty opowiadasz? Przecież jesteś młodsza ode mnie...
-No tak, ale normalne króliki, już by dawno nie żyły w tym wieku, w który ja mam.
-A czy ty jesteś normalnym królikiem?
-Nie...
-No to przestań narzekać. Mieć 9 lat, to nic strasznego.
Nagle drzwi do przedziału otworzyły się gwałtownie. Dwie znajome twarze spojrzały do środka. -Znów masz problemy z Lusią?- zapytała dziewczyna o blond włosach.
-Jak zawsze, Ana.- odpowiedziała Kate, śmiejąc się.
Królik zeskoczył z jej ramienia i usadowił się na jej kolanach. Kiedy Chris chciał usiąść koło jej właścicielki, ta zeskoczyła i powiedziała:
-To moje miejsce.
Chłopak momentalnie się cofną i spojrzał na nią zdziwiony. W końcu usiadł koło Any, a Kate mówiła coś Lusi na ucho. Kiedy skończyła zapytała:
-Jak tam wakacje?
-To samo co roku, całe wakacje siedziałem w domu.- stwierdził czarnowłosy, po czym oparł się o okno.
-Ja za to byłam na wakacjach, nad jeziorem. Było tam pełno facetów, świeciło słońce, była plaża i boisko do siatkówki i kosza....i jeszcze do nożnej. A jakie dobre obiady tam dawali...no mówię wam. Ale i tak mi się nudziło...A co u ciebie Kate?
-Nawet nie pytaj. Razem ze Stephen'em byłam w jakimś lesie...Było tam pełno komarów i innych pasożytów. Odgonić się od nic nie szło. Byliśmy tam, bo jakieś magiczne zwierze uciekło i trzeba było je znaleźć.... Całe dwa tygodnie w błocie...- Kate na same wspomnienie, sprawdzała czy gdzieś nie lata jakiś komar.
-I tak miałaś lepiej ode mnie...-powiedział zawiedziony Chris.
Dziewczyny spojrzały na Chrisa, którego smutna mina obijała się od szyby. Chciały go jakoś pocieszyć, ale same nie wiedziały jak. W końcu Kate też oparła się o szybę, zbliżając ich twarze. Prawie że stykały się nosami. Spojrzała w jego brązowe oczy.
-Wiesz...jeśli bym mogła to bym się z Tobą zamieniła. Ty przynajmniej masz rodziców. A jak to jest dla ciebie za mało, to przecież masz nas...masz mnie.
Chłopak zdziwił się, a jego źrenice się rozszerzyły. Spojrzał na przyjaciółkę i zaczerwienił się. Ta walnęła go lekko z pięści i powiedziała:
-I nie smuć się więcej, bo Cię walne mocniej.
Cała trójka zaczęła się śmiać, a raczej czwórka, bo Lusia też. Zaczęła zapadać noc i zbliżali się coraz bardziej do Hogwartu. Założyli czarne szaty...W końcu pociąg stanął, a serce Kate szybciej zabiło. Widok tej szkoły tak ją cieszył. W oddali zobaczyła Harrego, który rozmawiał z Ron'em. Postanowiła się przywitać, więc podeszła do nich.
-Cześć Harry. Hejka Ron.
-Cześć..- odpowiedzieli jednocześnie.
-Jak tam ten twój króliczek?- zapytał Ron.
-Czuję się dobrze.- odpowiedziała Lusia, obrażonym tonem, że to nie do niej się zwrócił.
-Widzę że jest marudna jak zawsze.- stwierdził Harry.
-Tak. Co u ciebie ciekawego?- zapytała Kate zwracając się do Harrego.
-Właściwie to...
-Właściwie to zaraz się spóźnimy. Chodźmy już. Porozmawiacie przy stole.- przerwał im Ron.
Z obrażonymi minami ruszyli w stronę powozów. Usiadła w jednym z nich i spojrzała na dziwne stworzenie które ciągnęło ten powóz. W końcu dostali się do Hogwartu. Kate chciała porozmawiać z Harrym, ale ten się gdzieś ulotnił. Usiadła przy stole Gryfonów i przez chwilkę patrzała, na nowych. Tacy mali i przestraszeni, prawie jak ona. W końcu podali kolację i wszyscy zajadali się specjałami. Odgłosy mlaskania, przerywały tylko głosy przyjaciół i jęczenie Lusi, typu: "A gdzie moja marchewka? Ja chce sałatkę!" Po kolacji, ten ciężki dzień w końcu się skończył. Kate opadła na miękkie łóżko i zamknęła na chwilkę swoje niebieskie oczy. Nagle ktoś stanął nad nią, więc ta automatycznie otworzyła oczy i usiadła na łóżku.
-Spałaś?- zapytała Ana.
-Nie, jeszcze nie.
-Co to za nowe stworzenie? To szczur?- zapytał pokazując na klatkę, która stała koło łóżka.
-Nie to koszatniczka. Dostałam ją od jakiegoś mugola, bo ten nie mógł się nią już zajmować.
Spojrzała na kręcące się w kołowrotu, małe stworzenie. Nagle za rękach zaczęła ją ciągnąć Lusia, która zapytała:
-Gdzie mój koszyk?
-Już go wyciągam.
Dziewczyna zeskoczyła z łóżka, i wyciągnęła z walizki, mały koszyk, który był wyłożony miękką, czerwoną poduszką. W środku była mała kołderka i poduszeczka. Kate ostawiła go na stoliku nocnym, po czym znów się położyła. Królik, wskoczył najpierw na łóżko, potem na stolik i wgramolił sie do koszyka.
-Ten królik sypia lepiej niż ty.- zaśmiała się blondynka.
-Racja, ale należy jej się...Nie obrazisz się jak pójdę już spać? Jestem zmęczona.
-Jasne.
Ana oddaliła się i wskoczyła do swojego łóżka. Kate zamknęła oczy i zasnęła...Przynajmniej w snach nie miała kłopotów.