środa, 5 września 2012

"Dzieci bogów" 2



Rozdział drugi




Podróż była spokojna, chociaż atmosfera była często napięta. Ludzie jednak cieszyli się że w końcu zobaczą swoje rodziny, więc większych sprzeczek nie było. Nie napotkali też nikogo na drodze, poza miejscowymi, więc nie było okazji do wyciągnięcia mieczy. Dotarli do Nanea, ósmego dnia w samo południe. Wjechali przez wschodnią bramę, zaraz za nią Katherin wydała ostatni rozkaz. Aby się rozeszli do domów i odpoczęli, a raporty chce mieć jutro rano na biurku. Wszyscy się oddalili, kilku żołnierzy właśnie zmuszało muły do dalszej drogi.
                Katherin pojechała do stajni i oddała konia stajennemu, a później poszła do domu. Wzięła gorącą kąpiel, przebrała się w długą suknię z zielonego materiału i pomaszerowała do cytadeli.
                Miasto zbudowane zostało na planie idealnego kwadratu. W samym środku znajdował się rynek, a w ścisłym jego centrum stała okrągła cytadela. W środku kamiennego muru, mieściły się archiwa, skarbce, składy, warsztaty, a na samej górze, gabinet marszałka. Ulice w mieście były rozmieszczone na planie siatki, doprowadzając do czterech głównych traktów. Te zaczynały się w bramach, po jednej, na każdą stronę świata. W każdym narożniku wybudowano wysokie wierze. Mury były patrolowane, ludzi wpuszczano do środka, tylko po okazaniu specjalnego znaku. Inny był dla handlarzy, inny dla rodzin żołnierzy, inny dla kurierów.
                Katherin chciała odwiedzić Nolana, co oznaczało, że czeka ją półgodzinny spacer przez miasto. Było ono podzielone na cztery ćwiartki: północnozachodnią, północnowschodnią, południowozachodnią i południowowschodnią, a ich granice wyznaczały główne trakty. Aby dostać się do cytadeli, trzeba było wyjść z ulic bocznych na jedną z głównych ulic i mijając liczne wozy, podróżników, biegających kurierów i ludzi jadących konno dostać się na ogromny rynek, na którym tłoczno było nawet nocą. 
                Katherin w końcu wydostała się z północnego traktu i powoli zbliżała się do rynku. Na wprost niej górowała nad wszystkim ogromna wieża, przytłaczając wszystko inne dookoła. Po prawej widziała kopulasty, miedziany dach świątyni, który odbijał promienie słońca, rzucając na pobliskie budynki krwawą łunę. Sama świątynia zbudowana była z czerwonej cegły, miała wysokie okna, ozdobione różnobarwnymi szkiełkami, przez co w środku na ściany padało światło, we wszystkich kolorach tęczy. Przed wejściem przycupnęły dwa basiory wykute z brązu, a nad drewnianą bramą, wzlatywał miedziany łabędź ze srebrnymi oczyma.
                Po lewej znajdowało się ogromne targowisko. Kupić można było na nim wszystko, od jedzenia, ubrań, maści, ziół, garnków po zbroje, miedze i kolczugi z elfickiego metalu. Reszta placu była wyłożona czarnym, brukowym kamieniem i odbywały się tutaj wiece, przemówienia, pogrzeby, sztuki teatralne, lub można było zgromadzić całe wojsko, aby dokonać jego przeglądu.          
                W końcu przybliżyła się do wieży. Ta wznosiła się nad nią jak góra, wybudowana z równo ciosanego, szarego kamienia. Do środka prowadziły tylko jedne drzwi, skierowane na północ, skąd prowadził główny szlak ze stolicy. Odrzwia były zrobione z twardego drewna, okutego w żelazo. Nie posiadały żadnych ozdób. Koło nich stało dwóch strażników, w rękach trzymali włócznie, o mur oparli duże tarcze, na głowach mieli hełmy, które częściowo zakrywały też twarz, na czubku głowy przyczepione mieli mewie pióra. Na kolczugę naciągnęli kamizelki przedstawiające czarnego konia na błękitnym tle. Katherin zawiesiła na nich wzrok. Jednym ze strażników była kobieta, spod hełmu spływały jej na ramiona rude loki. Stała wyprostowana i dumna niczym elf, swoje szare oczy zawiesiła na wysokości muru i nie poruszałaby się w ogóle, gdyby nie musiała oddychać. Więc tylko jej klatka piersiowa unosiła się miarowo przy każdym wdechu.
Mężczyzna spojrzał na Katherin zmęczonym wzrokiem i otworzył jej wejście. Drzwi zazgrzytały cicho i otworzyły się do środka. W wierzy było chłodniej, niż na zewnątrz, toteż dziewczynie przeszedł dreszcz po plecach. Kiedy zrobiła kilka kroków w głąb wieży, usłyszała cichy stukot- to drzwi zostały zamknięte. Korytarz oświetlały tylko pochodnie, gdyż na tym poziomie nie było jeszcze żadnych okien. Tutaj w cieniu chowało się pięciu następnych strażników, który cicho stali pod ścianami, poza zasięgiem światła. Jednak Katherin widziała ich dokładnie, jakby hol zalany był księżycową poświatą. Czuła na sobie ich spojrzenia, ostre jak brzytwy, śledzące każdy jej krok. Ale nie zatrzymali jej, znali ją aż za dobrze. W spokoju doszła do schodów, które spiralą obejmowały cały budynek.  Co dwa okrążenia było piętro, a na każdym z nich było pięć pokoi.
                Droga w górę zajmowała około dziesięciu minut, powolnym krokiem. Najlepsi gońcy umieli te schody pokonać w dwie minuty, ale później musieli długo odpoczywać zanim mogli równie szybko zbiec na dół. Katherin nie śpieszyła się, miała wiele czasu. Mijała małe okienka i czasem spoglądała przez nie, na niknące w dole miasto. Na ostatnie, dziesiąte piętro wdrapała się akurat kiedy dzwony wybijały godzinę osiemnastą. Zapukała do drzwi Nolana i po chwili ujrzała w nich przysadzistą kobietę, której nie znała.
-Pan właśnie odpoczywa! Nie ma teraz czasu na odwiedziny.- powiedziała szybko.
-Myślę, że dla mnie znajdzie troszkę czasu.  
-Pan marszałek, teraz odpoczywa! 
-Stara Żabo, czemu krzyczysz na mojego gościa? Wpuść, a sam powiem, czy chce z tą osobą rozmawiać. czy nie. – dało się usłyszeć ze środka słaby głos.
-Niech panienka wejdzie.- powiedziała z przekąsem i wpuściła ją do środka.
                Pokój był ogromny, zajmował prawie cały obwód wieży, na ziemi leżały czerwone, puszyste dywany, w kominku strzelał ogień, na licznych stołach walały się papiery. Pod okrągłymi ścianami stały rzędem biblioteczki, zapełnione książkami, mapami i innymi papierami. Po lewej stało łóżko, koło niego dwa głębokie fotele, obite barwionym na czerwono zamszem. Nolan siedział w jednym z tych foteli i popijał herbatę. Katherin zbliżyła się do niego.
 Przez otwarte drzwi balkonowe wpadały do środka ostatnie promienie słońca i lekki powiew wiatru. Starzec miał na głowie długie, białe już zupełnie włosy. Jego twarz poznaczona była wieloma zmarszczkami, ale nadal wyczytać można było z niej, dawną piękność. Jedyne co nie zmieniło się w tym mężczyźnie z wiekiem, to bijąca od niego aura pewności siebie i dostojności. Jego oczy nadal spoglądały ostro jak lodowe sople, ale te szybko potrafiły stopnieć, jeśli spoglądał na Katherin.
Nie mogła uwierzyć że tak zmarniał, od ostatniego razu kiedy go widziała. Był lekko zgarbiony, u boku trzymał bukową laskę, której wcześniej nie używał. Jego miecz leżał porzucony na jednym ze stołów. Ubrany był też w miękkie szaty, nie było ani śladu kolczugi, ani jego obitych metalem butów. Za to na nogach miał delikatne elfie buty.  Kiedy stanęła przed nim, ukłoniła się głęboko, mówiąc:
-Panie, czy zechcesz poświęcić mi chwilkę?
                Oczy mu się ożywiły i wyprostował się na chwilę, ale zaraz znowu zgarbił plecy i sięgnął ku jej głowie drżącą ręką. Pogładził ją po gładkich włosach.
-Katherin, Katherin. Pod wieloma mianami znają cię ludzie, ale dla mnie zawsze będziesz Othiendel, Promień Radości. Usiądź, zaraz będzie kolacja. Stara Ropucha przyniesie nam kolacje.
-Nie wiem, czy możesz mówić do kogoś młodszego od siebie, że jest stary, panie.
-Oh, starość to nie tylko stan ciała, ale też stan umysłu. A ta Wiedźma, zachowuje się jakby przeżyła nie sto, a dwieście lat i ciągle narzeka. Ja sam duchem mam nadal trzydzieści lat, ale ciało moje… Coż, to już inna sprawa.
                Nie rozmawiali już więcej, bo przyniesiono jedzenie. Na dostawionym chwilę temu stole, pojawił się dzban wina, trochę pieczonego mięsa, biały chleb, masło i duży kosz owoców. Katherin jadła niewiele, jako że nie była głodna. Nolan za to jadł sam chleb i owoce, smętnie popatrując w stronę mięsa, którego jednak nie ruszył. Kiedy zjedli, popili winem, a później wyszli przewietrzyć się na balkon, który okrążał całą wieżę, a podpierały go wyrzeźbione w kamieniu końskie głowy.
                Nolan ciężko opadł na balustradę i spojrzał w dal. Na pierwszym planie, jak na dłoni widać było miasto i przewijających się ulicami ludzi. Dalej, za murami miasta wyrastał ogromny las iglasty- Bór Cedrowy.  Na tym kończył się widok dla starca, ale Katherin miała o wiele lepszy wzrok i daleko na wprost i po prawej stronie widziała kamieniste plaże, a zaraz za nimi falujące morze. Tuż koło ich głów latały jaskółki, które już niedługo miały odlecieć, ponieważ kończyło się już powoli lato.
                Starzec zakaszlał, tak mocno chwytając się barierki, że zbielały mu kostki na dłoniach. Później oddychał chwilę ciężko. Katherin już chciała zaprowadzić go do pokoju, kiedy się odezwał:
-Wiesz, będzie mi brakować tego wszystkiego. Będzie mi ciebie brakować. Tak rzadko mnie odwiedzasz.
-Byłam na misji. Sam mnie wysłałeś.
-Po co miałaś cierpieć razem ze mną? Starczy mi już, że Nor siedzi mi tutaj i narzeka, że się nie oszczędzam.
-Więc, dlaczego go nie posłuchasz?
-Sęk w tym, że nie chcę. Rozumiesz? Nie chce zakończyć życia, zamknięty w wieży jak w więzieniu. I jeszcze do tego ta zielarka. Niczego mi nie wolno.
                Zakaszlał i ochrypłym głosem mówił dalej:
-Katherin, nie jest tajemnicą, że umieram.
                Podeszła do niego nieśmiało i położyła mu dłoń na ramieniu.
-To wszystko, to twoje dzieło. Spójrz na to. Nie trzeba umierać na polu bitwy, żeby być wielkim.
- Myślę o tym z dumą. Ale raduje mnie także twój widok, Othiendel. Jestem już stary. Ty też, ale nic się nie zmieniłaś. Czuję, że dotyczyć będą ciebie wielkie rzeczy, ale ja już ich nie zobaczę. Wychowałem cię jak umiałem, oddałem elfom, a oni mam nadzieję poprawili moje błędy. Trudno mówić sześćdziesięciolatce, o tym że się ją wychowywało.  Mógłbym do ciebie mówić staruszko.
-Nie mówmy o tym teraz. Samo się rozwiąże.
-Może masz rację. Ale teraz, pójdziemy do świątyni dobrze? Skorzystajmy z ostatnich promieni słońca.
-Jesteś pewien, że pokonasz Nieskończone Schody?
-Najwyżej mnie poniesiesz!- odpowiedział z uśmiechem i wspierając się na lasce, skierował do drzwi.
                Zaraz znaleźli się na schodach. Mężczyzna powoli pokonywał stopnie, często musieli stawać, żeby przeczekać ataki kaszlu. W końcu po długiej wędrówce, skończyły się schody. Katherin użyczyła Nolanowi swojego ramienia i razem wyszli na rynek.
                Wokoło kręciło się wielu ludzi, kłaniali się oni, mijając marszałka i odchodzili śpiesznie. Słońce wisiało już nisko nad Borem Świerkowym. Katherin spoglądała w stronę rdzawego dachu, który teraz w ostatnich promieniach słońca, wydał się płonąć.  W końcu stanęli przed skrzydłowymi drzwiami, po obu stronach czuwały wilki, a nad głowami niewzruszony wzlatywał łabędź. Drzwi pokryte były napisami. Każdy, kto miał jakąś prośbę do bogini, mógł napisać to na drewnie. Jedne napisy były wyryte, inne pociągnięte były tuszem, lub kredą. Kilka z nich zdążyło już zblaknąć.
-Na co czekamy? Wchodzimy?- zniecierpliwił się starzec, kiedy Karherin przyglądała się słowom.
- Tak, wejdźmy. – odpowiedziała po chwili ciszy i popchnęła ciężkie drzwi.  
                Zawiasy zaskrzypiały w cichym proteście, ale ustąpiły i mogli wejść do środka. Wnętrze zalane było tęczowym światłem. Ściany były głównie białe, tylko w kilku miejscach pojawiały się na niej jakieś malunki, czy obrazy. Podłoga wyłożona była mozaiką, która przedstawiała niebo. Po prawej stronie, było to niebo dzienne, ze słońcem i chmurami. Po lewej rozlewał się nocny granat, a wokoło księżyca w pełni tańczyły gwiazdy. A na wprost wejścia, na samym środku okrągłej budowli, przycupnął wysoki posąg z marmuru. Matka Ziemia o wilczej głowie, pochylała się z przyjaźnie wyciągniętymi rękami, a u jej stop wyrastały kłosy zboża, wykonane ze szczerego złota.
                W całokształcie bogini, Katherin zawsze widziała sprzeczność między delikatnymi kobiecymi dłońmi, a głową wilka, który jej kojarzył się z gwałtownością i okrucieństwem. Odwróciła wzrok od złowieszczej rzeźby w spojrzała na sklepienie świątyni. W górze, na żelaznych łańcuchach huśtały się lampy, otoczone szkłem we wszystkich kolorach, aby również w nocy, w świątyni zachował się magiczny klimat. Sama kopuła od środka wydawała się być lustrem, które obijało i zwielokrotniało mnogość świetlistych plam.
                Nolan stał w milczeniu przed posągiem i milczał. Katherin zbliżyła się do niego powoli, a kiedy już się z nim zrównała, zapytała:
-O co byś ją poprosił?
                Starzec chwilę myślał, po czym odpowiedział:
-A ty o co byś prosiła?
-Ja? Ja nie wierzę w tego boga, więc niczego nie mogę od niego wymagać.
-Ale gdybyś mogła, to o co byś prosiła?
-Ciężko mi stwierdzić, bo nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie wiem co ta bogini mogłaby dla mnie zrobić, co byłoby dla niej możliwe.
- Po co to analizujesz? Po prostu zażycz sobie czegoś.
                Dziewczyna milczała chwilę, po czym powiedziała:
- Gdybym mogła ją o coś prosić, to o mądrość w sprawach, których obecnie nie umiem ogarnąć umysłem.
- Oh, jak dumna stałaś się Katherin Othiendel, twarda jak stal, ale uginasz się jak cięciwa. Masz w sobie coś z elfa, moje dziecko.
                Katherin nic nie odpowiedziała, tylko utkwiła wzrok w posągu. Chwilę trwała cisza, nic się nie poruszało, a w powietrzu unosił się tylko odgłos oddechów.
-Zawstydziłem cię? Może to i dobrze, może dobrze.
-Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Czego ja bym sobie życzył? Tylko tego, żeby moim dzieciom się dobrze wiodło. Bo ciebie bogowie mają już w opiece, zresztą sama radzisz sobie doskonale. Obiecaj tylko, że rozwiążesz zagadkę swego życia. Za wszelką cenę. Jako że jestem na granicy życia i śmierci, to wiele widzę. Czeka cie daleka podróż, ale nie wiem, jak ona się dla ciebie zakończy. Nie próbuj zaprzeczać! Tylko przemyśl sobie to gadanie starucha. No, dosyć tego, wracam do wieży, Ropuszka już na mnie czeka. Odwiedzisz Nora? Stęsknił się za tobą.
-Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy mi się oświadczył.
                Nolan chwycił się ramienia Katherin i powoli wyszli ze świątyni.
-Ja też nie. Ile lat temu to było, co?
-Trzydzieści.
-Tak, tak. Oh, jaki ja jestem stary! Kto by pomyślał, że dożyję wieku osiemdziesięciu trzech lat. Wiesz, mogłaś się wtedy nie zaśmiać, to było dosyć niemiłe.
-Wybacz staruszku, ale wtedy nie zastanawiałam się tak, nad tym co robię.
-O tak, wydoroślałaś od tamtego czasu. Kiedy tego samego próbował mój wnuczek, zachowałaś się tylko troszkę lepiej. Jednak chłopak musiał być zbity z tropu, kiedy powiedziałaś mu, że jego ojciec próbował tego samego kilkadziesiąt lat temu.
-Oh, Natan ci się poskarżył?
-O tak, musiałem mu wyjawić twoją małą tajemnicę. Ale to z mojej krwi, oni tacy są jak ja. Jaki ojciec, taki syn i taki także wnuk. Nic ci nie grozi.
-Nic nie szkodzi.
- Ciekawe, co za ziółka zaparzy mi Ropuszka. Nie musiałaś przy niej, zwracać się do mnie tak oficjalnie Promyczku, nie, nie, nie potrzebne to było.  
-Wybacz Nolanie.
-Już nie ważne. Idziemy.
                Wyszli na rynek i powoli kierowali się w stronę wieży. Nolan oddychał ciężko z każdym następnym krokiem, więc Katherin wymusiła na nim wniesienie go po schodach do góry.
-Żebym musiał tak plamić swój honor na starość… Ale dobrze, byle nikt się o tym nie dowiedział!
                Kiedy zeszli z oczu strażnikom, dziewczyna wzięła Nolana delikatnie na barana. Był niezwykle lekki, Katherin przeszło przez myśl, że waży mniej niż jego zbroja. Wejście zajęło jej piętnaście minut, które przebyli w zupełnej ciszy, bo Nolan się dąsał. Kiedy postawiła go przed drzwiami do jego kwatery, spojrzał na nią smutno.
-Dziecko, odwiedź mnie jutro, dobrze?
-Jak sobie życzysz. – ukłoniła się.
-Daruj sobie te dworskie dyrdymały. Obiecaj mi tylko, że rozwiążesz tą zagadkę.
- Myślę, że…
-Tu nie ma nic do myślenia! Jeśli mnie chociaż troszkę szanujesz, to zrobisz to o co cię proszę.
-Dobrze, już dobrze.- odparła zrezygnowana.
-Obiecaj!             
-Obiecuję.- a po chwili zastanowienia dodała w języku elfów, trzymając rękę na sercu.- Jako przyrzekam teraz, w języku moich bogów, tego obiecuję dotrzymać, chyba że śmierć mnie od tego powstrzyma. Tak przyrzekam przed tobą i bogami w niebie, aby mnie ukarali, gdybym od przysięgi się uchylić chciała.
                Nolan uśmiechnął się i w tym samym języku odpowiedział:
-Przyjmuję te słowa z radością. Niechaj bogowie cię rozsądzą. – dotknął jej czoła.
-Dobranoc ojcze. – powiedziała bez zastanowienia.
-Dawno to słowo nie padło z twoich słów.         
-Czułam, że teraz jest właściwe.
                Z wielkim wysiłkiem uniósł głowę i pocałował ją w czoło.
-Idź, Nor na ciebie czeka. Dobranoc.- powiedział i zniknął w czeluściach swojego pokoju.
                Katherin obserwowała chwilę drzwi. Poczuła, że do oczu napływają jej łzy, ale wyprostowała się i nie pozwoliła im popłynąć. Zeszła na dół, na dworze panował półmrok. Wszędzie widziała palące się pochodnie, ludzie odchodzili już do swoich domów. Udała się w stronę północnego traktu. Nor mieszkał na samym skraju północno-wschodniej ćwiartki, więc szybko znalazła się pod jego drzwiami. Jego dom był niezwykle duży, miał aż trzy piętra. Katherin zapukała i zaraz otworzył jej drzwi odźwierny, starszy i łysy mężczyzna, ubrany w czarną szatę.
-Pani Katherin?- zapytał.
-Owszem.  
-Pan Nor oczekuje panienki. Zapraszam do środka.
                Parter był tak naprawdę wielkim pokojem. Sufit podpierały gdzieniegdzie drewniane słupy, po prawej stał długi stół, zastawiony pustymi talerzami. Jasnowłosa służąca właśnie układała koło nich sztućce, kufle i kieliszki na wino. Po lewej stał kominek, w którym wesoło płonął ogień. Przed nim, na niedźwiedziej skórze, siedziała trójka dzieci Nora, dwuletnia dziewczynka o blond lokach, Katherin nie mogła przypomnieć sobie jej imienia, i jej dwaj starsi bracia sześcioletni Kal i ośmioletni Pat. Starszy z nich miał miodowe włosy i niebieskie oczy, młodszy miał gęste, czarne loki i brązowe oczy. Dziewczyna podeszła do nich i przywitała się z nimi. Kal przytulił się do jej nogi, a Pat wykrzyczał:
-A ja już się trenuje na rycerza! Natan mnie uczy, a jak nie może to ćwiczę z innymi chłopcami.
-Cieszę się, na pewno będziesz dobrym rycerzem.
                Dziewczynka tylko z daleka obserwowała ją dużymi lodowatymi oczami- takimi jakie miał Nolan. Chłopcy przekrzykiwali się, chwaląc nowymi zabawkami, siniakami i ranami. W tym momencie podeszła do nich Atana, drugie dziecko Nora, dziewczyna miała brązowe oczy swojej matki i rude włosy babki. Miała już piętnaście lat, ubrana była w długą pomarańczową suknię, na którą naszyto żółte słońce- był to herb rodziny Nolana, chociaż on sam go nie używał.
                Atana dygnęła lekko i z wdziękiem.
-Witaj pani, mój ojciec zaraz zejdzie do nas i zjemy kolację.
                Katherin skinęła tylko głową. Chwilę wpatrywała się w płomienie. Gdzieś koło niej chłopcy gonili się na około jednego ze słupów. Atana wzięła na ręce swoją młodszą siostrę i oddaliła się od ognia. Została sama. Ale nagle z zamyślenia wyrwały ją ciężkie kroki. Ledwie zdążyła się odwrócić, została uwięziona w silnych ramionach Nora. Mężczyzna miał już ponad czterdzieści lat, czarne włosy i brodę, gdzieniegdzie przyprószyła siwizna. Kiedy w końcu ją puścił i mogła na niego spojrzeć, zobaczyła jak się uśmiecha. Za nim stał Natan, jego najstarszy syn, prawie dwudziestolatek, rozpromieniony. Bardziej przypominał Nolana, niż jego ojciec, który miał szare oczy swojej matki. On za to odziedziczył, wszystko co miał jego dziadek. Lodowe oczy, wzrost, szerokie barki, kruczoczarne włosy, z tą różnicą, że jego zwisały w delikatnych lokach. Kiedy Katherin patrzała na niego, czuła że czas się cofnął.
                Koło syna stała też matka, blond włosy miała spięte w kok, spoglądała dosyć gniewnie na Katherin swoimi brązowymi oczami. Ta postanowiła ją troszkę udobruchać, minęła Nora i dygając przed nią, powiedziała:
-Witaj pani Esen. Miło mi, że mogę być gościem w twoim domu.
-Daruj sobie te miłe słówka, Katherin.- prychnęła i wróciła do stołu.
                Esen do teraz nie mogła wybaczyć dziewczynie, że to jej pierwszej oświadczył się Nor. Czuła się od niej gorsza, jakby była tylko zastępstwem, chociaż Nor kochał ją całym sercem.
-Wybacz mojej matce, jest ostatnio nerwowa.-powiedział Natan i podszedł do niej niepewnie.
-Nie musisz mnie podchodzić jak zwierzyny, Natanie.- odpowiedziała i uśmiechnęła się.
                Z tyłu usłyszała jak zaśmiał się Nor.
-No synu, witaj się i siadaj do stołu.
                Chłopak zaczerwienił się i spojrzał w bok.
-Natanie?- Katherin ledwo powstrzymywała śmiech.
-Wybacz… To przez te moje oświadczyny i to wszystko… Ty jesteś taka…
-Stara?- dokończyła Katherin i zaśmiała się.
-Nie to chciałem powiedzieć. – spojrzał na nią niepewnie. – Rozumiem, czemu się nie zgodziłaś, chciałem przeprosić.
-Nigdy nie przepraszaj za uczucia.- zganiła go.- Znajdziesz sobie odpowiednią pannę, a tobie proponuje to co wcześniej twojemu ojcu.
-Przyjaźń?
-Nic lepszego ci nie dam.
                Spojrzał jej w oczy i teraz widziała w nim swojego dziadka, kiedy stał taki wyprostowany. Wróciła jego pewność siebie.
-Chociaż moje serce przepełnia żal, obiecuję być najlepszym przyjacielem, jakiego miałaś!
-Przyjmuję obietnicę, teraz chodźmy coś zjeść.
                Katherin usiadła po lewej stronie Nora, po prawej siedziała jego żona. Obok niej obie córki i Kal. Natan usiał koło dziewczyny i uśmiechał się promieniście, a obok niego, roześmiany Pat wymachiwał widelcem. Odmówiono modlitwy, później wszyscy jedli, opowiadając różne historie. Nor chwalił swoich synów za osiągnięcia, wychwalał też narzeczonego Atany, ślub miał się odbyć za dwa miesiące.
-Oczywiście, jesteś zaproszona.- powiedział i napił się piwa.
-To dla mnie zaszczyt.- skłoniła lekko głowę.
                Esen nie odzywała się cały czas, chyba że dawała jakieś rozkazy swojej służbie. W pewnym momencie, wstała, oznajmiła że źle się czuje i odeszła na górę. Zebrani odprowadzili ją wzrokiem. Zaraz też Atana zabrała swoją siostrę, żeby ułożyć ją do snu. Grzecznie się pożegnała i podążyła za matką.
                Nor westchnął i powiedział:
-Katherin, wybacz proszę mojej żonie.
-Nie czuję się urażona.- powiedziała i upiła łyk wina.
-Dobrze wiem, że nie zachowała się właściwie. Jest ostatnio nerwowa, bo spodziewamy się następnego dziecka.
-Ależ to cudownie, gratuluję Norze. – odpowiedziała, całkowicie szczerze.
-Dziękuję. Też się cieszę, mamy nadzieję, że będzie to córka.- powiedział i po chwili pauzy dodał smutnym głosem.- Problem jest taki, że Esen nie jest już najmłodsza, ja też nie. Do tego, ostatnią ciążę bardzo źle znosiła, a poród ledwo przeżyła. Zielarze boją się, że może nie donosić ciąży, lub umrzeć przy porodzie.
-Esen to silna kobieta.
-Tak to racja, ale może się okazać, że to za mało. Ostatnio omdlała, bardzo schudła i ogólnie wygląda słabo. Martwię się.
-Pozwolisz, że ją zobaczę?
                Rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
-Nie sądzę, żeby się zgodziła. Katherin, ona…
-Mnie nie lubi, owszem wiem to.  Pójdę do niej.
                Wstała i zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, już była na schodach. Dobrze wiedziała, które drzwi prowadzą do sypialni Nora, podeszła do nich i zapukała. Otwarła jej sama Esen, przebrana już w nocną koszulę, pod którą było teraz widać jej lekko powiększony brzuch.
-Czego chcesz?- odpowiedziała zmęczonym głosem gospodyni.
-Pomóc. Wpuścisz mnie?
                Widać było że chwilę się zastanawia, później otworzyła szerzej drzwi i przepuściła Katherin. Okno było otwarte i wpuszczało do środka zimne, nocne powietrze. W pokoju poza ogromnym łożem i toaletką, nie było innych mebli. Na ziemi leżał pleciony dywan. Esen usiadła na łóżku i spojrzała na swojego gościa.
-Co chcesz zrobić? Zielarze nie mogą mi pomóc.
-Zielarze, nie znają magii elfów.- odparła spokojnie.
                Katherin położyła dłoń na jej łonie i wypowiedziała kilka słów w języku elfów. Dzieciątko poruszyło się delikatnie.
-Esen, twoja córka ma się dobrze. To silne dziecko. Urodzi się za około cztery księżyce.
-Córka… Skąd to wiesz?- spojrzała na nią. Katherin po raz pierwszy zobaczyła w jej oczach coś poza pogardą.      
-Ona nie ma jeszcze do końca ukształtowanego ciała, ale jej dusza jest już pełna. Mogłam się z nią porozumieć. Język elfów, to język bogów. Bogowie przemawiają do naszej duszy, nie do ciała. Dlatego ich nie słyszymy.
-Ale to twoi bogowie, nie moi. Czy oni skrzywdzą moje dziecko, przez twoje czary?- odpowiedziała ostro.
-Nigdy. Życie jest święte. Nic jej nie będzie. Twoja córka wie, że jesteś za słaba, żeby ją nosić. Ale nie chce ciebie skrzywdzić.
-To co mam zrobić?
-Przyśle do ciebie elfa-zielarza. On Ci pomoże. Będzie tu za tydzień. Do tego czasu, musisz jeść dużo mięsa. Potrzebujesz siły. Pomogę Ci donosić to dziecko, Esen.
-Wiem, że Nor wolałby, żeby to było twoje dziecko…- powiedziała, spuszczając głowę.
-Wątpisz w miłość swojego męża?- zganiła ją.
-Ja…- zająknęła się.
-Obie wiemy, że cie kocha. Mnie nigdy nie kochał, tylko chciał za mnie wyjść, to była jego młodzieńcza głupota. Przy tobie dojrzał i nauczył się kochać. Nie chcę, żebyś mnie nienawidziła za coś, co nie istnieje.
                Esen płakała, krople spadały na jej łono, plamiąc koszulę.
-Ja… Przepraszam Katherin. Moja córka. Ona… Ona będzie nosić twoje imię, obiecuję ci to.
                Dziewczyna położyła rękę na ramieniu ciężarnej. Ta podniosła głowę i ich spojrzenia się spotkały.
-To zaszczyt dla mnie, pani.
-Jak możesz do mnie tak mówić, kiedy jesteś starsza ode mnie?
-Tylko że u mnie tego nie widać.- powiedziała Katherin i puściła jej oczko.
                Esen uśmiechnęła się.
-Dziękuję.
-Idź już spać, musisz odpoczywać.- odpowiedziała i opuściła pokój.
                Kiedy zeszła do salonu, czekał tam na nią Nor. Jego dzieci był już w pokojach.
-I co?- zapytał.
-Katherin  ma się dobrze.- oznajmiła uśmiechają się.
-Katherin? O co chodzi?- wydawał się nie rozumieć.
-Zapytaj żony. Pójdę już, Norze. Miłej nocy.
                Kiedy szła w stronę drzwi, usłyszała jak Nor przeskakuje kilka stopni na raz i jak zamyka cicho drzwi do sypialni. Sama wyszła na ulicę i zanurzając się w mroku, wróciła do swojego mieszkania i położyła spać. Śniło jej się, że siedzi w płonącym budynku, a płomienie nie niszczą jej ciała i ubrań…                        

"Dzieci bogów" 1



Rozdział pierwszy



Wstał jasny dzień, wiatr targał proporcami i gonił chmury po niebie. Ptaki śpiewały swoje poranne pieśni, wokoło budził się las. Na wyżynie Panae kończyło się już lato. Rośliny obdarowały cierpliwych swoimi owocami, zwierzęta wychowywały swoje potomstwo. Przyroda powoli przyjmowała jesienne barwy, gotując się do zimy.
Żołnierze z nocnej warty właśnie udali się na spoczynek, a drużyna dziesięciu konnych, którzy nocą patrolowali okolicę, właśnie wtoczyli się do obozu. Jeźdźcy sennie kołysali się w siodłach, o biodra opierali długie włócznie, przy boku mieli miecze. Dwóch z nich, miało na plecach łuki, a przy siodle kołczany , wypełnione strzałami o białych lotkach. Tej nocy nie były potrzebne, był to spokojny patrol. Mężczyźni puścili konie na łąkę, aby mogły odpocząć i się posilić, a sami udali się do namiotów na spoczynek.
Reszta obozu właśnie się budziła, żołnierze rozpalali ogniska i gotowali sobie śniadania. Z obozu wyjechał konny patrol, o takiej samej liczbie ludzi, co ten który właśnie przyjechał. Na trakcie zmieniono wartę, dwóch mężczyzn stało u wylotu z obozu, opierając o ramiona piki, a  nie daleko przy płocie stały dwie tarcze. Rozmawiali żywiołowo, spoglądając na mijające ich wierzchowce. Reszta obozu wydawała się senna, wszyscy ziewali, przecierając oczy i rozciągając zbolałe mięśnie.
Na skraju obozu stał jeden samotny namiot, jedyny w którym spała tylko jedna osoba. Był szkarłatny, koło niego wbito w ziemię wysoką tyczkę, na której powiewała flaga Masenei, przedstawiająca czarnego konia na tle morza. Płachta przykrywająca wejście podniosła się, przytrzymywana kobiecą dłonią.
Katherin, jedyna kobieta-oficer w wojsku króla, wyszła na zewnątrz i spojrzała na budzący się obóz. Kiedy upewniła się, że wszystko jest w najlepszym porządku, przyniosła sobie chleb, suszone mięso, trochę mięty i bukłak z wodą, rozpaliła ogień. Zanim herbata się zagotowała, zrobiła kilka ćwiczeń, rozciągając mięśnie.  Spanie na sienniku, do tego na ziemi, niezwykle ją męczyło. Chociaż cieszyła się, że ma jakieś zadanie, a nie siedzi bezczynnie w wartowni.
Takie obozy jak ten, były codziennością  w Masenei. Państwo było młode, a zagarniane tereny były atakowane przez koczownicze plemiona. Więc nowopowstałe wioski i miasta, trzeba było chronić, walczyć o traktaty pokojowe, a jeśli to nie skutkowało, ruszyć na wojnę i siłą zwalczać buntowników. Na szczęście, królestwu pomagały elfy, produkując broń, szkoląc żołnierzy, wspierając króla dobrą radą. Powoli rozwijano handel z innymi państwami, szczególnie z sąsiednim Elaes. Stolicę państwa Rivernę, przekształcono w wielki port, wypływały z niego statki, które zawoziły towary na północny-zachód i północny-wschód kontynentu, oraz na znajdującą się na wchodzie grupę wysp.
Za namową elfów, stworzono ogromne miasto-wartownię Noaneę. Tam stacjonowało wojsko, żołnierze mieli swoje domy, przetrzymywano wszystkie ważne dokumenty, wytwarzano broń i zbroje, tutaj można je było naprawić, sprzedać, stamtąd wychodziły wszystkie rozkazy.
Katherin była obecna przy budowaniu obu wielkich miast. Pomagała, jak tylko mogła, bo jej przybrany ojciec Nolan, odpowiadał za wszystkie umocnienia i sprawy wojska. W wieku trzydziestu pięciu lat został mianowany marszałkiem. Jako że łączyła go długa przyjaźń z elfami, załatwił państwu ich pomoc. Teraz Nolan miał już ponad osiemdziesiąt lat, a jego dzieło było już prawie skończone.
W garnku zabulgotało, więc Katherin przelała parujący płyn do kubka, kiedy zauważyła szybko zbliżającego się w jej stronę plutonowego. Był wysoki, miał szeroką pierś i niezwykle umięśnione ramiona. Na lnianą koszulkę, zarzucił kolczugę, na pasie chwiała się pusta pochwa na miecz, jego szare spodnie kończyły się za kolanem, odsłaniając skórzane buty, zrobione przez elfy. Zatrzymał się tuż przed nią, zasalutował i głębokim głosem powiedział:
-Pani! Cudowny poranek.
-Witaj. Na pewno nie chcesz ze mną rozmawiać o pogodzie, Tonisie.
- W rzeczy samej, sprawa ma inna.
-Porozmawiamy po śniadaniu. Usiądź.
                Westchnęła. Nie rozumiała dziwnych obrzędów tych ludzi, którzy  czcili przyrodę. Wychowana przez elfy, przyjęła ich wiarę, a obrzędy tych ludzi, znała i praktykowała tylko po to, aby nie podpadać. Podzieliła się posiłkiem. Przyniosła też drugi kubek. Kiedy skończyli jeść w ciszy, jak nakazywał rytuał, wymienili się kubkami, pijąc pozostawiony napój. Ten zwyczaj, podobno miał zacieśniać przyjaźnie i nie pozwalać na kłótnie, bo tak przykazała im żyć Matka Ziemia, w zgodzie między sobą. Katherin uważała, że przez to można się tylko czymś zarazić, a nie zacieśnić przyjaźnie, ale nic nie mówiła. Tonis wrzucił kawałek chleba do ognia i modlił się słowami:
-Cześć Matce Ziemi, która nas tak ukochała, iż wyłowiła nas z ciemności naszych umysłów, pokazując jak uprawiać ziemię i korzystać z jej dobrodziejscy, jak nam przykazała.
-Teraz i na wieki.- odpowiedziała Katherin.
                Samo wyobrażenie Matki Ziemi zawsze ją troszkę przerażało. Ludzie wyobrazili ją sobie, jako kobietę z wilczą głową, zazwyczaj uśmiechniętą. Kiedy widziała jej pomniki, zawsze przechodziły ją ciarki. Byli bracia Słońce i Księżyc, którzy gonili się po nieboskłonie. Był Pogoda i jego kochanka Woda, no i oczywiście reszta żywiołów. Był i Bóg Wiatr, któremu w stolicy wybudowano wielką świątynię, aby nie powodował sztormów. A jeśli się zdarzały, składano na ołtarzu cało palne ofiary z ryb. Co strasznie śmierdziało, ale chyba przeszkadzało tylko Katherin, która stolicę omijała, kiedy tylko mogła.
-Jak twoi ludzie Tonisie?- zapytała po chwili ciszy.
-Znudzeni Pani. Ciągle przebywanie w jednym miejscu męczy ludzi.
-Ciągle czekam na kuriera, który przyniesie mi wiadomość. Bez rozkazu nie możemy się ruszyć nawet o staję.
-Wiem Pani. Jakie są twoje rozkazy?- spytał i spojrzał na nią z błyskiem w oku.
                Katherin zamyśliła się na chwilę, wstała i przyniosła z namiotu jakieś papiery i studiowała je dokładnie. Jej towarzysz siedział w bezruchu, spoglądając w płomienie. Było słychać głosy żołnierzy z obozu, śpiew ptaków i trzaskający ogień. W końcu Katherin przemówiła spokojnym głosem.
-Wybierzesz trzy drużyny, z żołnierzy, którzy już wypoczęli po patrolach i nie mają wyznaczonej warty. Jedną wyślesz do najbliższej wsi  po zapasy, daj im wypoczęte konie, a  ich drużynowy ma zgłosić się do mnie po pieniądze i listę. Dwie następne niech wezmą łuki i idą na polowanie. Tylko niech wrócą przez zmrokiem i nie oddalają się za bardzo.  Jeśli znajdziesz jeszcze kogoś wolnego, niech utworzą jeszcze jedną grupę i narąbią drewna, jak skończą, to mają wykopać drugi dół na odpadki, pierwszy zakopać. Narzędzia są na wozie, mogą sobie zabrać, tylko mają potem oddać. To wszystko, możesz odejść.
-Tak jest, pani!- odpowiedział i odmaszerował w stronę swojego namiotu.
                Katherin z radością odprowadziła go wzrokiem. Teraz potrzebowała troszkę samotności. Nalała sobie jeszcze jeden kubek herbaty i zaczęła spisywać raport, podliczać wydatki, wyliczyła szybko na ile czasu jeszcze zostanie im pieniędzy, na ile zapasów, czego brakuje, czego jest w nadmiarze. Z worka, który trzymała w namiocie, odsypała do małej szkatułki odpowiednią ilość pieniędzy, na małym kawałku papieru zapisała listę zakupów. Ułożyła o wszystko koło siebie, i rozciągnęła na kolanach dużą mapę wyżyny Panae i zaczęła dopisywać notatki i rysować oznaczenia, na elfią modłę, tak aby było to bardziej czytelne. Kiedy skończyła, odłożyła pergamin, aby tusz mógł wyschnąć.
                Właśnie zakręcała kałamarz, kiedy do jej ogniska zbliżył się młody mężczyzna, nerwowo spoglądając to na nią, to na namiot.
-Witam, Pani ja przyszedłem po rozkazy.- powiedział szybko, na jednym tchu, kiedy tylko podszedł.
                Katherin spojrzała na niego swoimi czekoladowymi oczami i uśmiechając się, zapytała:
-Umiesz czytać?
-Oczywiście, Pani!- wykrzyczał.
-Dobrze, tu masz listę, tu szkatułkę z pieniędzy. Jak będzie trzeba, to się targuj, rozumiesz? Nie pozwól im zawyżać cen.
-Tak jest!
                Praktycznie wyrwał jej z rąk szkatułkę i papier, po czym odbiegł na skraj obozu.
-Jaki nerwowy.- powiedziała Katherin sama do siebie, po czym zaśmiała się głośno i usiadła przy ognisku, dorzucając drewna.
                Chwilę obserwowała, jak konna drużyna wyjeżdża z obozu, a inni ludzie zanurzają się w lesie. Wśród nich, zauważyła również Tonisa, który chyba postanowił przewodzić jednej z grup. Koło wozu z zaopatrzeniem, zrobił się wielki gwar, luźno ubrani żołnierze rozmawiali głośno przed pracą. Kiedy wszyscy już się rozeszli, w obozie zapanowała względna cisza. Ludzie albo spali, po nocnej zmianie, albo odpoczywali, korzystając z resztek letniego ciepła. Katherin przeszła się po obozie, odpowiadając na powitania, czasem pytając o samopoczucie żołnierzy. Później udała się do miejsca w którym przywiązany był jej koń. Pogłaskała go po głowie, poczesała troszkę jego sierść, usiadła na jego grzbiecie na oklep, tuląc się do umięśnionej szyi zwierzęcia.  Zarżał cicho, kiedy Katherin gładziła jego jasną grzywę. 
                W końcu zeskoczyła z jego pleców i udała się powoli do swojego namiotu. Skoro miała trochę wolnego czasu, poćwiczyła szermierkę. W końcu słońce stanęło w zenicie i powoli przesuwało po niebie w stronę zachodu. Minęło senne południe, żołnierze zaczęli gotować sobie obiady. Katherin zrobiła to samo, i kiedy przybył kurier, siedziała właśnie wpatrując się w płomienie, na których gotowała się zupa.
-Pani Katherin?- zapytał zasapany brunet.
-Tak, siadaj. Masz rozkazy, mam nadzieję?
-Oczywiście. Już daję.
                Otwarł swoją skórzaną torbę i podał Katherin trzy karty papieru.
-Słuchaj, jak zupa się zagotuje, możesz ją zjeść, ale nie wolno ci przeszkodzić w mojej pracy, rozumiemy się?
-Oczywiście, proszę pani!
-No to świetnie.
                Schowała się w namiocie. W środku było nawet jasno, bo  światło przesiąkało przez czerwony materiał, nadając wnętrzu magicznego wyglądu. Poza siennikiem i porozrzucanymi wszędzie papierami, leżały tam też podróżne torby, siodło i ubrania. O środkową tyczkę namiotu oparta była kwadratowa tarcza.
                Usidła na posłaniu, studiując papiery. Dwie karty zawierały szczegółowe rozkazy. Miała wrócić do Noanea, nie spiesząc się za bardzo, spokojnym tempem. Mieli wyruszyć na drugi dzień z rana, zaraz po otrzymaniu rozkazu. Wytyczono jej też trasę powrotną, która w kilku miejscach zahaczała o miejsca w których mogli przebywać koczownicy.
                Na trzeciej kartce był napisany list. Do niej, od Nolana. Przeczytała go szybko , zmartwiła się stanem jego zdrowia. Od kilku tygodni ciężko chorował i nie było widać poprawy, czuł się tylko gorzej. Martwiła się, że straci przybranego ojca. Chociaż nikt jej nie wierzył, że jest jego córką, skoro wyglądem przypominała jego wnuki. Z niewiadomych przyczyn, w ogóle się nie starzała i miała już sześćdziesiąt lat. Elfy wykluczyły jakiekolwiek pokrewieństwo z ich rodem. Zagadką pozostała też lewa ręka dziewczyny, pokryta ”tatuażami”. Jeśli można było je tak nazwać.
                Poukładała papiery w jednej z torb i zamknęła zatrzask. Posprzątała też walające się na podłodze inne drobne przedmioty, a później wyszła przed namiot. Kuriera już nie było, ale zostawił jej troszkę zupy, więc zjadła szybko i zgasiła ogień. Przyjechali właśnie ludzie z dostawą jedzenia, które wylądowało na wozie przeznaczonym do jego przechowywania. Podjechał do niej drużynowy i wręczył jej szkatułkę.
-Pani! Nie wydaliśmy wszystkiego. Udało nam się targować.
                Katherin zajrzała do środka i zobaczyła, że  zostało więcej pieniędzy, niż oczekiwała.
-Dobrze się spisałeś. Jak się nazywasz?
-Dorian, pani Katherin.
-Pierwszy raz jesteś drużynowym?- zapytała.
-Tak. Wszyscy inni byli zajęci, więc plutonowy Tonis pozwolił mi przewodzić drużynie.
-Więc pozostawiam ci ten stopień. Odprowadź konie na miejsce i dopilnuj żeby miały wodę, później odpocznij.
                Twarz miał rozpromienioną.
-Tak pani. – pochylił delikatnie głowę i się oddalił.
                Katherin pokręciła się jeszcze po obozie, a później poszła zobaczyć jak idzie robota w lesie. Najpierw zajrzała w miejsce, w którym żołnierze ścinali drzewa. Chwilę stała z daleka, jedynie obserwując ciężką pracę, później zrobiła kilka kroków do przodu, tak aby ją zauważono. Pierwszy zauważył ją niski mężczyzna, który rozcinał świeżo obalone drzewo na mniejsze pieńki i odcinał gałęzie, rzucając je na stos za swoimi plecami. Podbiegł do niej i zasalutował.
-Drużynowy Agran, jakiś problem pani?
-Nic się nie stało, oglądam tylko rezultaty. Chce żebyście zostawili kilka dłuższych gałęzi, nie rozcinajcie ich na mniejsze.
                Uśmiechnął się i powiedział:
-Robimy większe ognisko dzisiaj wieczorem?
                Katherin także się uśmiechnęła.
-Owszem. Wracamy do domu.
-Nareszcie! Rozumiem, że mam nikomu nie mówić, bo będzie przemówienie.
-Mądry z ciebie mężczyzna. Wracaj do pracy, tylko zadbaj o to ognisko.
-Się rozumie.
                I odszedł dalej pracować. Katherin poszła też, zmienić rozkazy dla ludzi kopiących dół na odpadki, żeby nie robili go za głębokiego, a jak skończą, to mają zrobić dużo miejsca po środku obozu.
                Przez resztę dnia, Katherin sprawdzała stan wszystkiego, co będzie im potrzebne do podróży. Obejrzała dokładnie cztery wozy, na których jutro pojedzie całe ich zaopatrzenie. Sprawdziła stan koni i dwóch wołów pociągowych, które ciągnęły najcięższy wóz, ten z jedzeniem. Chwilę później, obie drużyny jednocześnie wróciły z polowania. Dopilnowała, by to co upolowali, zostało odpowiednio potraktowane, aby można było wieczorem przyrządzić mięso nad ogniem. A przynieśli dwa dziki, jedną sarnę i kilka ptaków.  Godzinę później, ognisko już płonęło jasnym płomieniem. Patrol wrócił do obozu i już wszyscy żołnierze zakończyli prace. Dziczyzna skwierczała  nad paleniskiem, a ludzie rozmawiali głośno i śmiali się.
Katherin zadęła w róg. W obozie zapadła cisza. W krótkich słowach, opisała im plac jutrzejszej podróży, a także całą trasę. Obliczyła, że prawdopodobnie za osiem dni zobaczą swoje rodziny.
-Dzisiaj o nic się nie martwcie. Jedzcie, bawcie się, tylko bądźcie jutro rano gotowi do drogi. Dzisiaj ja tu jestem gospodarzem. – sięgnęła po przygotowany wcześniej bochenek chleba. – Niniejszym ogłaszam, że rozpoczynam biesiadę. Jedzcie do syta, bo to dary Matki naszej Ziemi, a ona przykazała korzystać z dobrodziejstw przyrody.
                Wrzuciła ukruszony kawałek chleba do ognia i powiedziała dalszy ciąg modlitwy:
-Bogini się nad nami zmiłowała, więc oddajmy jej cześć korzystając z jej dobroci. Chwalimy jej dobre serce.
-Teraz i na wieki.- odpowiedział chór złączonych głosów.
-Jedzcie bracia żołnierze.
                To był długi wieczór. Nie można zliczyć ile historii zostało opowiedzianych przy ognisku, ani dowieść, które były prawdziwe, a które to tylko bajki. Katherin zasiadła między plutonowymi i podoficerami, słuchając opowieści siwego już żołnierza, który wiele w życiu widział i słyszał. Opowiadał legendy o bogach, nie tylko tych tutejszych, ale tez o elfickich i krasnoludzkich. Katherin, nie wytykała mu kilku błędów, które popełnił, nie chciała urazić staruszka. Opowiadał też o krajach, położonych na drugiej stronie lądu. Twierdził, że był tam osobiście, że widział miejsca, w których nie ma zimy, są wiecznie zielone, ale też takie, gdzie nie ma nic poza piaskiem. Opowiadał o wysokich górach, o tym jak walczył w nich z dzikimi zwierzętami, o lasach, w których mieszkały duchy i tym podobne.
                W pewnym momencie opowiadał historię o księżniczce. Twierdził, że zawistna siostra, usadziła następczynię tronu w koszyku i spuściła ją do rzeki. A miało być to dziecko naznaczone przez bogów, do pokonania zła na świecie.
-Nie chcemy ci psuć zabawy, ale na tron zasiada raczej starsze dziecko, nie młodsze. – upomniał go jeden z podoficerów.
-Nie wierzysz, to nie wierz! Przepowiednia mówiła, że właśnie ta młodsza, zasiądzie kiedyś na tronie. I zobaczysz, że jeszcze usłyszymy o tym historie!
-Oczywiście, jeśli ją dla nas wymyślisz. – powiedział śmiejąc się Tonis.
                Grupa odpowiedziała śmiechami, ale staruszek nie dawał za wygraną.
-Zaśpiewam wam pieśń o niej. Wtedy mi uwierzycie.
-Śpiewaj, będzie ciekawiej. – powiedziała Katherin, uśmiechając się wesoło.
-Jak obiecałem, tak będzie droga Pani!
                Odkaszlał kilka razy i zaintonował, klaszcząc w dłonie:
Nasza pani ukochana, a zaginiona
Przed laty okrutnie zatopiona 
Z nienawiści ta zbrodnia zrodzona,
Niczym dziecię z matczynego łona.
Z tej samej gliny została ulepiona,
Lecz o wiele okrutniejsza jest niż ona. 

Lud jej wierny, posłuszny, ukochany
Szuka swej pani aż po lasy Loany.
Kraje obiegła wieść niesłychana 
Zagubiona jest następczyni Talana.
Kto tron posiądzie, jeśli nie ona? 
Kraj jest zgubiony, a matka zrozpaczona. 

Kreonie wielki, w białej skale wykuty
Jesteś niczym, prochem marnym dopóty 
Księżniczki wielki blask nie przyjdzie
I cie na wieki nie posiądzie.
Jeśli oblicze jej jasne, zaćmione
Nie spojrzy na państwo strapione. 

Lata mijają, a pani nadal zagubiona
Wśród małych dzieci nie odnaleziona. 
Król juz stary, królowa osępiała 
Siostra pani się uradowała
Kiedy wieść tę dosłyszała,
Droga do korony wydaje się mała. 

Zła to pani, złe jej rządy,
Lud nigdy nie dowie się prawdy, 
Że ich dobrodziejka zaginiona 
Wśród wiejskich ludzi była wychowana.
A wśród bandytów dorastała 
I ich pomocniczką się stała. 

Nieśmiertelne na zawsze jej ciało 
Przekłute było mieczem razy nie mało. 
Lecz niczym feniks z szarawych popiołów 
Odrodziła sie wśród nocnych łowów. 
Gwiazdy na niebie święcą jasno 
Kiedy nasza pani raduje się mocno. 

Na dłoni znak ognia ma wyryty 
Po tym poznać feniksa możesz i ty
A gdy odnajdziesz naszą panią 
Za koniec świata biegnij za nią.
Powiadom, króla Kreonu, ojca strapionego 
Rozpromienieją się ostatnie dni jego.
                Katherin wzięła głębszy oddech i rozejrzała się wokoło czy nikt nie widział jej reakcji na ostatnią zwrotkę pieśni. Bo na wewnętrznej stronie jej lewej dłoni zaczynał się tatuaż okalający całą rękę. Początkiem był właśnie symbol ognia. W głowie pojawiło się jej nagle tysiąc myśli. Ale przecież nikt nie wiedział o tym tatuażu. Nagle jej rozważania przerwał donośny głos Tonisa, który mówił:
-Talan już dawno nie żyje i jakoś nie było słychać o powrocie jego córki. Teraz rządzi jakiś jego wnuk z tego co wiem, a słyszałem to u elfów. Więc księżniczka, jeśli istniała, albo zginęła w wodzie, albo już nie żyje. Bo o tron się nie upominała.
-Ale czy nie słuchałeś mnie uważnie. Przecież w pieśni była wzmianka o  tym że jest feniksem. Feniksy żyją wiecznie!
-Feniksy nie istnieją starcze! To bajka dla dzieci, nic więcej.
-A może wasza Matka Ziemia istnieje?
-Dosyć tego!- Katherin wolała przerwać ten spór już teraz, zanim dojdzie do rękoczynów.- Idziemy spać, jutro czeka nas daleka droga. Zasypać ognisko, resztki złożyć przy wozie, zmienić wartowników i wszyscy spać. Za pół godziny nie chce słyszeć w obozie żadnych głosów, to rozkaz. Przekazać dalej.
                Spojrzeli na siebie przeciągłymi spojrzeniami, ale wykonali rozkaz. Starzec, osobiście zagasił ognisko, ludzie używając pochodni udali się do namiotów. Katherin stała przy swoim namiocie i czekała, aż wszystkie światła pogasną. Później poszła sprawdzić jeszcze posterunek wartowników i sama udała się na spoczynek.
                Długo nie umiała usnąć. Zastanawiała się dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszała? Elfy, mówiły jej o Kreonie, znała przecież całą mapę na pamięć. Ale nikt nie mówił jej wcześniej tej historii, a na pewno była znana. „Zapytam Nolana”- postanowiła na krótko przed zaśnięciem. 

"Dzieci bogów"

Wstęp


I wtedy powiedziała do swojego tworu:
-Ty i twoje dzieci, będziecie rządzić na tym świecie, jako istoty zdolne do wielkich czynów i poświęceń. Dbajcie o pokój dla wszystkich istot żywych.
                Trestenii dała im swojego ognia, którego dla istot nie starczyło nawet na dziewięćdziesiąt lat życia. Zmęczona oddaliła się do boskiego pałacu, aby odpocząć po akcie stworzenia. Wtedy zjawił się Dremetheus, zasiał ziarno zła i niezgody wśród wszystkich dzieci Trestenii. Im krótsze było ich życie, tym zdawali się być bardziej podatni na mrok. Ciemność wlewała się w ich dusze, mącąc umysły.
                Zauważył to Danwery i łapiąc swego brata, oderwał mu skrzydła i kończyny, przez co ten stał się najgorszym z węży- bazyliszkiem. Jednak udało mu się zbiec w gwiazdy. Reszta bogów zasiadła w swych komnatach w Wiecznym Pałacu, gdzie obserwują życie wszystkich pięciu ras myślących, zwierząt i roślin, czasem biorąc czynny udział w wydarzeniach. Wypatrują powrotu Dremethusa, aby raz na zawsze unieszkodliwić go.