środa, 4 lutego 2009

LotR Fanfick cz.1



Rozdział Pierwszy
Bree i samotna droga do Rivendell



Dzień był bardzo niepogodny. Ciężkie chmury zbierały się na niebie, a noc zapadła bardzo szybko. Przy ognisku siedziała dziewczyna, w palcach obracała mały kamyk, pokryty runami. Gdzieś w oddali zagrzmiało i na ziemię spadł deszcz, gasząc ogień. Ale ona siedziała ciągle w tym samym miejscu, tylko nałożyła sobie na głowę kaptur. Wpatrywała się w ciemności i nasłuchiwała.
Długo ciszy nie przerywało nic poza szemraniem wody. Aż w końcu na ganku można było usłyszeń tentem kopyt. Powstała z miejsca i przytkała sobie dłonie do ust. Wydała z siebie dźwięk podobny do pohukiwania sowy. Z drzew zeskoczyło może z dwudziestu rosłych mężczyzn. Trzech miało w dłoniach łuki, reszta miała u pasa miecze. Machnęła ręką na znak żeby poszli za nią.
Na drodze pojawił się jeździec na czarnym i wielkim koniu, wyglądał jak zmora w swoim płaszczu i rozsiewał naokoło zapach zgnilizny. Obracał głowę w prawo i lewo jakby węszył.
Katherin, bo tak nazywała się dziewczyna o której mowa, zapaliła łuczywo pstryknięciem palców. Wszyscy mieli na głowach kaptury, bo deszcz siekł mocno. Gwizdnęła i strzały posypały się w stronę jeźdźca. Jego koń stanął dęba, ale jakby nic sobie z tego nie zrobił. Szarżował prosto na łuczników, który w ostatniej chwili odskoczyli na bok. Reszta ludzi rzuciła się na niego z mieczami. Walczyli krótką chwilę, nawet udało im się go zrzucić z wierzchowca. Ale ten jednym zamachem ściął dwóch walczących.
-Odwrót, odwrót!- krzyknęła, a jej głos załamał się wśród kropel deszczu.
Uciekali we wszystkie strony. Wtedy Katherin sama stanęła do walki. W lewej ręce dzierżyła łuczywo płonące ciepłym płomieniem, a w prawej miecz.
-Odejdź stąd posłańcu Mordoru! Nie masz czego szukać w tych spokojnych stornach! Wracaj skąd cie wiatr przywiał!
Odpowiedział jej śmiechem. Uniosła wysoko lewą rękę, a płomień mino opadów nie zgasł. Wykrzyczała w języku elfów kilka słów, które przetłumaczone na wspólną mowę, brzmiały mniej więcej tak:
-Odejdź, nie znajdziesz tego, czego szukasz wśród prostych ludzi z północy! W imię króla Isildura, odejdź!
Zdziwił się na te słowa i nieco zląkł, ale odpowiedział:
-Twoje słowa nie mają nic nad potęgę Mordoru!
Wsiadł na konia i odjechał w ciemność.
Katherin opuściła łuczywo i podeszła do umarłych przyjaciół broni. Przeciągnęła ich dalej w głąb lasu, gdzie reszta ludzi zgromadziła się i czekała. Ułożyła obydwóch mężczyzn koło siebie i powiedziała:
-Tak właśnie w obronie pokoju zginęli Karminr i Teodor synowie Dosmira. Wykopcie im groby i pochowajcie należycie, składając broń na ich piersiach.
Kiedy tylko skończyła mówić, reszta ruszyła się i własnymi rękami zaczęli kopać dół, bo akurat nie mieli przy sobie łopat. Przywołała do siebie jednego z nich i powiedziała:
-Słuchaj, jadę do Bree. Jak skończycie tutaj, to też tam się udajcie.
Przytaknął.
Katherin przyłożyła dwa palce do ust i zagwizdała. Przez chwilkę czekała, aż w końcu podbiegł do niej koń. Był biały, w wielkie brązowe plamy. Głowę miał dużą, nogi masywne, świetnie nadawał się do długich biegów. Wskoczyła na jego siodło i do ucha w języku elfów wyszeptała:
-Nieś mnie Ezamel, do Bree. Do gospody “ Pod rozbrykanym kucykiem”.
Koń zarżał i pogalopował.
Do Bree było z tego miejsca około dwie stajnie drogi. Deszcz powoli ustawał, ale za to zmógł się wiatr. Ale koń galopował nieustannie, ciągle posuwając się naprzód. Chmury rozgoniły się i na niebie zawitał księżyc, w otoczeniu miliona gwiazd. Podróż nie trwała długo, bo Ezamel biegł bardzo szybko. W końcu stanęła przed bramą i zastukała.
-Kogo tam niesie?- zapytał ktoś za drzwiami.
-Katherin, otwieraj stary przyjacielu.
Otwarł i z uśmiechem na twarzy zapytał:
-Co tym razem cie przynosi w nasze skromne progi?
-Muszę się spotkać z Obieżyświatem. Widziałeś go może?
-Zdaje mi się że jest w “Rozbrykanym kucyku”.
Nic nie odpowiedziała tylko odjechała w stronę gospody.
Zadzwoniła i w drzwiach pojawił się sam pan Butterbur, gospodarz.
-Nob, chodź no tu zaprowadzisz konia do stajni!- zawołał i dodał- A pani niech sobie wejdzie. Pokój?
-Tak i dobrą kolację i wodę jeśli można.
-Dobrze już przygotowuję.
Weszła do środka, w salonie było dużo ludzi i niektórzy spojrzeli na nią ukradkiem. Usiadła przy jednym z wolnych stołów, oparła plecy o ścianę, a nogi ułożyła wygodnie na ławie. Gospodarz przyniósł jej najpierw szklankę wody, później koszyk z ciemnym chlebem, a na końcu w ceramicznej misie, dymiącą zupę. Katherin najpierw wypiła całą wodę, później powoli zabierała się za zupę. Do tego usiadła już normalnie. Rozglądała się przy przeżuwaniu, czy gdzieś nie widać Obieżyświata, ale ku swojemu niezadowoleniu stwierdziła że go tu nie ma. A ona tak się spieszyła, żeby tu przyjechać. Kilku ludzi siedziało już nieźle podpitych, śpiewali piosenki, których słów nie sposób było rozróżnić. W rogu, przy ogromnym stole, siedziała starz z bramy, popijając ciepły posiłek winem. Ogólnie większość tutejszych gości, to byli mężczyźni. Niektórzy spuszczali na dół głowy, usypiając, inni byli zajęci rozmową. Jednak wszyscy uważnie śledzili co się dzieje w około.
W sali z kominkiem Aragorn siedział i grzał ręce przy ogniu. Podszedł do niego Nob i powiedział:
-Kazał pan powiedzieć jak ona się zjawi. Więc informuję uprzejmie, że siedzi w głównej sali i je kolację.
-Dobrze, dziękuję.-odpowiedział nie odrywając wzroku od płomieni.
Podniósł się z fotela i skierował w stronę stolika Katherin. Usiadł po drugiej stronie stołu i powiedział:
-Proszę, proszę. Królowa złodziei we własnej osobie.
-Cóż za miłe powitanie Aragornie. Sądzę że ty także tutaj za gwiazdę nie robisz.
-Ludzie tutaj są podejrzliwi jak nigdy. To przez tych czarnych jeźdźców.
-Jeden z nich zabił dzisiaj dwóch moich ludzi.- powiedziała spuszczając głowę.
-Nie martw się.-położył jej rękę na ramieniu.
Uśmiechnęła się do niego delikatnie.
Nachyliła głowę na talerzem i wzięła kolejną łyżkę zupy do ust. W około było słychać wiele szeptów. A kiedy odwracała głowę w stronę ludzi, którzy coś mówili, ci nagle milkli. „Tak traktowani są potomkowie królów? Strażnicy północy, którzy pilnują ich bezpieczeństwa?”- pomyślała. Wydawało jej się to dziwne, ale oni chyba nie wiedzieli, kim są. Ludziom z Bree, wydawało się ze są to zwykli złodzieje, którzy zatrzymali się na posiłek. Widywali tu ich oboje, ale na pewno nigdy razem. Więc musieli być bardzo zdziwieni. Szeptali między sobą, że dwaj zbóje łączą siły. Oczywiście nie wszyscy uważali ich za zagrożenie, wielu z obecnych tutaj, nie raz Katherin ratowała skórę. Sięgnęła po kawałek chleba i połamała go na pół. Znów zadzwonił dzwonek. Było słychać otwierające się drzwi, bieganie, głośną rozmowę, a na końcu podekscytowany głos gospodarza.
Do pokoju wpadł jakiś starzec, na głowie miał śmieszną czapkę, a na sobie szary płaszcz.
-Przepraszam za spóźnienie.- powiedział podchodząc do stołu przy którym siedzieli dwaj Strażnicy.
-Nie no Gandalf, tylko tego mi brakowało. Czy ja w spokoju nie mogę zjeść nawet posiłku?
-Ah..Jedz, moja droga, a ja będę mówił. Aragornie rozmówię się z nią, a później mam sprawę także dla ciebie. Ale to potem. Posłuchaj Katherin, mam dla ciebie coś.
Położył na stole pochwę, pokrytą runami mieniącymi się złotymi nitkami, za czerwonym tle. Rękojeść miecza była ozdobiona czerwonymi rubinami i szczerym złotem oraz srebrem.
-Wybacz, ale wolę swój stary miecz.
-Ależ, ty nic nie rozumiesz. Ale spokojnie wszystko ci wyjaśnię. Nie wiem skąd zacząć, może od początku. To prezent od twojego ojca.
-Ojca? A było go stać na tak pięknie zdobiony miecz?
-Głupia, ja nie mówię o tym ojcu. Tylko o tym rodzonym, który cie szuka po całym świecie.
-A ty znowu z tym wyskakujesz... Mówiłam ci już, że nie jestem córką Kreońskiego władcy.
-Tak, ale teraz mam na to dowody. Niezbite. Byłem na jego dworze, a on dokładnie opisał te znamiona, które nosić na lewej ręce. Jesteś córką Talana II, znanego Starym. I stąd jej twoja umiejętność panowania nad ogniem.
-Jakie tam panowanie nad ogniem. To że umiem rozpalić ognisko, to wcale nie znaczy że...
-Samymi rękami?- przerwał jej.- Nie to wcale nie znaczy że masz jakieś moce.
Aragorn się zaśmiał. Była jedyną kobietą, jaką znał, która by umiała tak walczyć, tak mówić i którą by dopuszczono w krąg Strażników. Miała piękne, zielone oczy i ciemne brązowe włosy. Kłóciła się z Gandalfem, jakby był jej bratem, albo co najmniej jednym z jej żołnierzy. Nie można było zaprzeczyć, że go intrygowała.
W końcu zrezygnowała i sięgnęła ręką po miecz. Gandalf zatrzymał ją w połowie drogi i powiedział:
-Obiecałem że własnoręcznie ci go wręczę.
Spojrzała na niego zdziwiona, ale nic nie powiedziała. Wstała i klęknęła przed Gandalfem, ledwie mieszcząc się pomiędzy stołem, a siedzeniem. Ludzie w gospodzie przestali zajmować się tym, co dotychczas robili. Wszyscy spojrzeli na tę dziwną scenę, W pokoju nastała cisza. Gandalf wstał i uniósł miecz, mówiąc:
-Katherin, córko Talana, księżniczko Kreonu. Wręczam ci ten oto miecz, który jest spuścizną twoich przodków. Z nazywa się Lignismè, co w języku elfów oznacza „Żywy ogień”.
Uniosła ręce, a on podał jej ten miecz.
Kilka osób, zaklaskało, kilka wybuchło śmiechem, a inni nie zrobili nic, po prostu wracając do jedzenia i picia. Ludzie dalej szeptali między sobą, a od czasu do czasu ktoś krzyknął głośno: „Naprawdę” albo „Nie wierzę”. Czasem można też było wśród szeptów rozpoznać imiona strażników, albo czarodzieja. Było wiadome ze wzbudzili wielką sensację.
Kiedy Katherin dotknęła miecz, poczuła dziwne uczucie, jakby ciepło które z niego emanuje. Po całym ciele przeszedł ją dreszcz. Usiadła, i wyjęła go z pochwy. Był piękny, twarda stal błyszczała w blasku świec. Środek ostrza był ozdobiony, runami takimi jak na pochwie, oraz różnymi ornamentami roślinnymi. Delikatnie musnęła palcami powierzchnię i ostrze. Było ostre jak brzytwa. Schowała go i położyła z powrotem na stół.
Zajęła się kończeniem swojej zupy. Gandalf właśnie wygłaszał do niej swój monolog, którego w ogóle nie słuchała.
-...No czy ty mnie słuchasz w ogóle?
-Yhy....
-No, to mam nadzieję że zrozumiałaś, że masz go nikomu nie dawać.
-A to dlaczego?- powiedziała przełykając.
-Gdybyś słuchała, to byś wiedziała. Tylko członkowie twojej rodziny, mogą go dotykać. Mnie strasznie parzył, a trzymałem go tylko przez pokrowiec. No mam nadzieję że tym razem dotarło! No i mam dla Ciebie zadanie. Nie zadawaj pytań, bo na to teraz nie mam czasu. Pojedziesz do Rivendell i tam ci wszystko wyjaśnię, kiedy przybędę. Jedź najkrótszą drogą i uważaj na siebie.
-Tak, dobra... Idę spać. Dobranoc Aragornie.
-Dobranoc Katherin. Miłych snów.
Wyszła z sali, a kiedy wchodziła po schodach spotkała na nich Nob’a .
-Pierwszy pokój po lewej jest już przygotowany. Zaraz przyniosę ciepłej wody.
-Dobrze dziękuję.
Otwarła drzwi i weszła do pokoju. Na ścianie paliły się dwie świeczki, które bladym płomień oświetlały niewielki pokój. Naprzeciw drzwi było otwarte okno, które wpuszczało do pokoju świeże powietrze. Pod nim stało jedno lóżko, pościelone białym prześcieradłem, zdobionym w maki. Po prawej ręce Katherin, stał kominek, w którym tańczyły płomienie. Po lewej stał podłużny stół, z ciemnego drewna, a koło niego niska komoda, na której stała kolejna zapalona świeca, a nad nią wisiało lustro, troszkę okurzone, widocznie dawno nie używane. Cały pokój zdawał się już dawno nieużywany, ani nie wietrzony. Mimo otwartego okna, dalej było tu duszno, a kurz unosił się w powietrzu.
Katehrin usiadła na łóżku i spojrzała za okno. Wychodziło one na zachód, więc w stronę ogrodów, ale noc była ciemna, więc i tak nic nie było widać. Zamknęła je i zasłoniła ciężkimi zasłonami. Uniósł się z nich duszący kurz. Odruchowo wstała i zasłoniła twarz rękami, kaszląc. Wtedy właśnie wszedł do stancji Nob, odstawił misę na komodę i drżącym głosem powiedział:
-Ja bardzo panią przepraszam, ale nie miałem czasu posprzątać. Tyle ludzi dzisiaj, a szef gania mnie w te i we w te. A to jest ostatni jedno osoby pokój wolny… Nich pani mu nie mówi.-mówiąc ostatnie zdanie prawie się rozpłakał.
Katherin coś ścisnęło w sercu, więc powiedziała:
-Nie martw się, nawet cię pochwalę, tylko zostaw mnie już samą. No i tak jest najlepsze posłanie w jakim spałam od tygodni.
-Naprawdę?- pociągnął nosem- Tak się cieszę.
-Dobra idź już.-warknęła lekko zirytowana.
-Tak, tak już idę.-wyskoczył za drzwi i zamknął je cichutko.
Katerin podeszła do misy, umyła sobie twarz i włosy. Zrzuciła z siebie kilka ubrań, po czym ułożyła je dbale na krześle które stało pod kominkiem. Jeszcze obmyła sobie ręce i nogi, a potem pogasiła wszystkie świecie, oprócz jednej, którą postawiła koło łóżka. Przez chwilkę wpatrywała się w dogasający w kominku płomień, myśląc o wszystkim o czym jej opowiedział dzisiaj Gandalf. Wtedy otwarły się drzwi jej pokoju. Usiadła na łóżku. Z sieni przez szparę wpadało światło, a na ścianie pojawił się cień.
-Czego?- zapytała.
Ktoś wszedł do pokoju zamknął drzwi. Podszedł do niej i kucnął, tak że zobaczyła jego twarz w świetle świecy. Był to Aragorn.
-Mogę ci zająć chwilkę?
Katherin mimo iż była zmęczona i najlepiej by się teraz położyła, wstała z łóżka. Zabrała z krzesła ubrania i rzuciła ze na łóżko. W tym czasie Aragorn, dorzucał drewna do ognia. Płomienie zahuczały wesoło i od razu zrobiło się jaśniej w całym pokoju. Zapalił też inne świecie.
-Usiądź.- powiedziała dostawiając jedno krzesło pod kominek.
Spoczął, i przez chwilkę patrzał w płomienie, kiedy ona patrzała na jego twarz. W końcu oderwał wzrok od ognia i spojrzał Kattherin w oczy.
-Posłuchaj, musisz mi doradzić. Nie ty jedna dostałaś zadanie od Gandalfa. Musisz mi pomóc, bo nie wiem jaka droga będzie najlepsza.
-Zależy dokąd Aragonie.
-Do Rivendell.
-Dlaczego nie pojedziesz gościńcem?
-Bo będę miał pieszych przy sobie, a do tego ci jeźdźcy. Wykluczają tę drogę.
-Nie rozumiem czemu mnie o to pytasz. Sądziłam że ty najlepiej znasz drogę do Rivendell. Wychowałeś się tam. Po co tak naprawdę przyszedłeś?
Zawahał się chwilkę, po czym powiedział:
-Chciałem poznać twoją historię.
-Moją? O czym chcesz słuchać? O tym jak wychowywali mnie wieśniacy, czy o tym jak dorastałam wśród złodziei?
-O wszystkim.
Katherin była chwile cicho. Patrzała na kominek i na palące się w środku drewna. W końcu wzięła głęboki oddech i powiedziała:
-Nie wszystko pamiętam. To było bardzo dawno temu. Ludzie, których dotąd nazywałam rodzicami, nimi nie byli. Moja przybrana matka, znalazła mnie jako czteroletnie dziecko, w koszyku, który spływał rzeką. Nie mam pojęcia, skąd tam się wzięłam. Ale moja matka zawsze mi opowiadała ten moment. Nie umiałam jej nic powiedzieć. Byłam na skraju wyczerpania. Wiedziałam tylko że mam na imię Katherin. Wzięła mnie ze sobą do domu. I wychowała, mimo iż miała ósemkę własnych dzieci. Traktowały mnie jak siostrę.-zaśmiała się- Pamiętam, że inne dzieci śmiały się ze mnie kiedy mówiłam, że jestem księżniczką. Właśnie dlatego nie wierzę w to co mówił mi Gandalf. Wydawało mi się, że to mi się tylko przyśniło, że to było brednie małego dziecka. Aż pewnego dnia nasza wioska spłonęła. Nikt poza mną nie ocalał z pożaru. Miałam wtedy może dziewięć lat. Byłam sama na świecie. Nie było nikogo kto by o mnie pomyślał. Błąkałam się po świecie jak żebraczka. Aż w końcu odnalazł mnie przywódca paczki złodziei. Zaopiekował się mną, może z poczucia współczucia, może pchnęło go ku temu jakieś inne uczucie. Tego nie wiem. Zawsze powtarzał mi że mam bardzo dostojne rysy twarzy, jak księżniczka. Nauczył mnie jak władać mieczem, jak jeździć konno. Do tego, okazało się że nie był tym za kogo go ludzie uważali. Może i kradł, czasem się zdarzało. Ale rozdawał to biednym. Pomagał mu duży oddział ludzi, pilnowali bezpieczeństwa wokół wioski której pilnowali. A ja dorastałam i pięłam się coraz wyżej w zasługach. W pewnym czasie dostałam mały oddział ludzi i patrolowałam okoliczne pola. Aż w końcu Asteriusz, zmarł. Znów poczułam się zagubiona i samotna. Wiele wtedy podróżowałam, oglądałam różne miejsca, ale nigdzie nie było mi tak jak tu. Powróciłam tu po kilku latach i przejęłam przywództwo. Wtedy też zaprzyjaźniłam się ze Strażnikami i efekty tej przyjaźni widać do dzisiaj.
Umilkła. Zaschło jej w gardle. Dawno nikomu tego nie opowiadała. Kilka łez spadło na jej kolana.
-Nie jesteś sama. Przecież masz rodziców. A jeśli oni naprawdę są twoimi rodzicami...-spojrzała na niego-…to ja także jestem twoją rodziną, co prawda dalszą, ale Kreończycy wywodzą się od krewnego Isildura. A dokładniej od jego siostry. Ożeniła się z zasłużonym wojownikiem o imieniu Kreon, stąd wasza nazwa.
Uśmiechnęła się i otarła łzy. Spojrzała w jego szare oczy i poczuła, że w końcu odnalazła coś co jeszcze ją cieszy na tym świecie.
-Dobrze wiedzieć, że mam kogoś, z kim wiążą mnie więzy krwi.
-Nie tylko. Ale i przyjaciela.- położył jej rękę na ramię- Mam nadzieję że się jeszcze spotkamy, a z tego co opowiadał mi Gandalf na pewno. Bywaj Katherin- wstał i wziął jedną świeczkę do ręki- miłych snów.
-Już odchodzisz?
-Wiedzę że jesteś zmęczona. Moją historię opowiem ci kiedy indziej, a będą ku temu okazje uwierz mi.- powiedział i wyszedł.
Katherin jeszcze przez chwilkę siedziała na swoim miejscu, ale w końcu wstała i zgasiła resztę świeczek. Położyła się i prawie natychmiast zasnęła. Była bardzo zmęczona, ale równocześnie podekscytowana. Kto by pomyślał, że ona i Aragorn mają jakieś powiązania. I do tego Isildur… Przewracała się całą noc na posłaniu, bo śniły jej się dawne dzieje, których tylko się domyślała z pieśni.
Rano wstała bardzo późno. Dzień był bardzo pogodny, a słońce było już bardzo wysoko. Ubrała się i zeszła na dół, aby zjeść porządne śniadanie i zabrać ze sobą zapasy na drogę. Kiedy jadła jajka sadzone, z bekonem, policzyła ile około dni będzie ją trwała podróż do Rivendell. „Jeśli nie będzie żadnych problemów, zdążę w niecały tydzień. Doliczę może ze dwa dni na opóźnienia. Osiem dni.”- liczyła w głowie. Popiła wszystko sowicie piwem, które było tu doskonałe i poszła złożyć zamówienie.
-Potrzebuję prowiant na osiem dni. Przyniosę zaraz panu torbę, w którą pan to zapakuje.
-Jak pani rozkaże.- powiedział Butterbur.
Udała się do stajni. Koń stał w zagrodzie, a kiedy ją zobaczył, zarżał i jakby chciał się wyrwać na zewnątrz.
-Spokojnie Ezamel.- powiedziała cicho.
Koń przestał wierzgać, a Katherin położyła mu rękę na łbie i przytuliła. Przed zagrodą leżało siodło i inne rzeczy, które nosił na sowim grzbiecie. Znalazła dużą skórzaną torbę i zaniosła ją do kuchni. Gospodarz zapakował jej troszkę chleba, ale nie mógł za wiele, bo i tak po kilku dniach by zbutwiał. Było też solone mięso, owoce, dużo wody i piwa oraz inne rzeczy. Kiedy skończył, podziękowała mu, zapięła pas na torbie i zapłaciła sowicie złotem.
Osiodłała swojego konia i wyprowadziła ze stajni. Pod drzwiami pożegnał ją Buttetbur i Nob, który nerwowo na nią spoglądał.
-Dziękuję bardzo za gościnę, jadło macie wspaniałe, a pokoje jeszcze lepsze.-spojrzała na Noba- Na pewno jeszcze kiedyś tutaj zawitam, w lepszych dniach.
-To będzie dla nas zaszczyt.
-Dowidzenia i oby wam interesy dobrze szły.
I rzeczywiście przez pewien czas ludzi było wiele w gospodzie.
Skierowała się powoli do bramy. Kiedy przez nią przejeżdżała, pomachała tylko ręką odźwiernemu i wyjechała na ganek. Puściła się pędem, szpecąc koniowi do ucha, słowa w języku elfów. Przez pierwsze cztery godziny galopowała, aby nadrobić stracony czas. Później zwolniła troszkę, jechała spokojnie. Po południu zatrzymała się na krótki popas, aby koń odpoczął. Ona sama tylko napiła się wody, i usiadła swoim zwyczajem, oparta plecami o drzewo. Obserwowała otoczenie, słuchała wszystkich odgłosów przyrody.
W końcu koń wyglądał już na wypoczętego i jakby sam rwał się do dalszej drogi. Znów usiadła w siodle i ruszyła dalej. Dzień był nadal pogodny, wiatr się obrócił i przynosił ze sobą ciepłe i suche powietrze. I takie już pozostało przez pierwsze dwa dni podróży. Katherin popasała rzadko wciągu dnia, ale noc całą spędzała ukryta między drzewami. Trzeciego dnia, pod wieczór ujrzała przed sobą Wichrowy Czub. Popędziła tam i zostawiając konia pod górą weszła na niego.
Były to ruiny starej wieży obronnej Amon Sul. Widać było stąd cała okolicę.
-Chyba troszkę pomyliłam się w obliczeniach. Zresztą i tak powinnam być tu wcześniej.- powiedziała sama do siebie, właściwie nawet o tym nie wiedząc że mówi to na głos. Dawno z nikim nie rozmawiała. Tylko od czasu do czasu wydawała jakieś polecenie swojemu koniu, ale to też zdarzało się rzadko. On jakby sam znał drogę, nawet nie musiała nim kierować.
Usiadła pod zburzonym murem i spojrzała w niebo. Pogoda się zmieniała, znowu zanosiło się na deszcz. Właśnie tego dnia, Frodo wyruszył ze swojej norki w Hobbitonie, aby rzekomo się przeprowadzić, a tak naprawdę, aby wykonać zadanie, które powierzył mu wuj, razem ze spadkiem.
Z daleka do uszu Katherin doleciały odgłosy jadącej konno grupy ludzi. Wstała i spojrzała na ganek. Z oddali zbliżało się bardzo szybko, pięciu może sześciu jeźdźców. Byli ubrani na czarno, ale nie były to zmory z Mordoru, bo konie były tutejsze, niskie i wytrzymałe. Na pewno byli to złodzieje, ale ona jedna sama nie dała by im rady. Zeszła na dół i dosiadła konia. Ale oni byli już blisko. Katherin odjechała troszkę dalej, wzdłuż gór. Była pewna że zmierzają na Wichrowy Czub. Nawet nie wiedziała w jakim była błędzie.
Zatrzymała się troszkę dalej, i usiadła na kamieniu. Wyciągnęła kawałek chleba i mięsa. Jadła to wszystko spokojnie, aż w końcu niepokój w niej wezbrał. Słyszała dalej tentem kopyt, ale nie tam gdzie się go spodziewała. Dochodził z drogi którą przybyła.
Nim zamknęła wszystkie torby i usadowiła się w siodle, zbóje już dopadli zakrętu. Ruszyła najszybciej jak mogła, ale oni ciągle się przybliżali. Jej koń był bardzo zmęczony. Jednak przyśpieszał jak tylko mógł. Zjechała ze ścieżki. Słyszała za sobą dzikie krzyki.
-Policzymy się za straty, które wywołał twój oddział, naszemu!- usłyszała.
-Tak połamiemy ci wszystkie kości!
-Niech umiera powoli i boleśnie!
Reszty krzyków już nie rozróżniała, bo zaczęło padać. Nie widziała na dalej niż dwie mile, bo deszcz spadł na rozgrzaną ziemię, więc zaraz podniosła się mgła. Jechała jak przez sen, myśląc tylko o tym żeby jej nie dopadli.
W pewnej chwili jeden z nich zrównał się z nią i zamachnął mieczem, ale ona uchyliła się i kopniakiem strąciła go z siodła. Z tyłu wszyscy wrzeszczeli i rzucili się z szałem na nią. Katherin wyciągnęła miecz, który dostała od Gandalfa. Z lewej strony podjechało do niej dwóch, a z prawej trzech. Przyśpieszyła troszkę, ale potem zrozumiała że bez walki się nie obędzie. Wyszeptała Ezamelowi kilak słów do ucha, ten w miejscu stanął dęba i obrócił się szarżując na bandę. Zdziwili się takim obrotem sprawy, więc zaczęli panikować i zatrzymywać swoje konie. Jeden spadł z siodła, pod kopyta konia przyjaciela, a jego koń uciekł w druga stronę. Reszta zatrzymała się szczęśliwie i ściskając miecze, ruszyli prosto na Katherin.
Pierwszy dojechał do niej mężczyzna o czarnych włosach i oczach. Zgrabnie uniknęła jego ataku, uchylając się przed mieczem i raniąc go w brzuch. Z następnym poszło bez problemowo. Nawet nie zdążył wyciągnąć broni, kiedy był już bez głowy. Wtedy pozostała dwójka troszkę się przeraziła, więc postanowili ratować swoje życie. Szybko zawrócili konie i ruszyli w przeciwną stronę, ale Katherin dopadła ich bardzo szybko, ścinając ich od tyłu. Wtedy się zatrzymała, uwolniła ich konie, a ich ciała zebrała w jedno miejsce i podpaliła.
-Niech wiatr rozniesie wasze prochy, nędzne ścierwa.
Pojechała dalej. Noc zapadła, deszcz trochę się uspokoił, a później ustał całkowicie. A ona dalej jechała. Zatrzymała się dopiero nad ranem. Weszła troszkę wyżej w góry, na tyle na ile mógł iść z nią koń. Znalazła dogodne miejsce, rozpaliła ogień i osuszyła się troszkę. Rzuciła mu resztę chleba, który jej został, a sama zadowoliła się owocami. W końcu położyła się i usnęła. Była zmęczona. Spała kilka godzin. Obudziło ją słońce, wychodzące zza chmur. Było już południe, więc siadła na konia i ruszyła dalej.
W górach roślinność nie dopisywała, ale tutaj już rosła troszkę gęściej. Można było spotkać krzaki i małe drzewa. Gdzie niegdzie, zakwitał jakiś kwiat. Z gór małymi strumykami spływała woda deszczowa. Od czasu do czasu, Katherin zobaczyła jakiegoś ptaka, królika, a nawet raz rudą wiewiórkę.
Teraz podróż przebiegała już z dawnym spokojem. Jednak teraz Katherin nie zatrzymywała się na noc, ale dopiero rano. W dzień nie robiła też kilku krótkich przerw, ale jedną długą przed wieczorem. Jadła wtedy kolację i odpoczywała chwilkę. Następny posiłek jadła dopiero rano, przed snem. W ten sposób oszczędzała jedzenie i czas. Ale widocznie nie potrzebnie. Po trzech dniach dojechała na Ostatni Most, nad rzeka Hoarwell. Przejechała przez niego pod osłoną nocy, więc na nim zatrzymała się i poszła spać. Rano wstała bardzo pokrzepiona i pojechała w stronę rzeki Bruinen w dolinie Rivendell. Dojechała tam wieczorem.
Ujrzała piękny las. W około było pełno zwierząt, roślin. Zsiadła z konia, kiedy podszedł do niej elf.
-Nazywam się Glorfindel, oczekiwałem ciebie. Chodź zaprowadzę cię do twojego pokoju.-powiedział we wspólnej mowie.
Nic nie mówiąc poszła dalej na nim, prowadząc swojego konia. W końcu stanęli przed wielkim białym pałacem.
-Możesz zostawić tutaj swojego konia. Zajmiemy się nim należycie.
Puściła lejce i powiedziała do niego w języku elfów:
-Spokojnie przyjacielu, za niedługo się spotkamy.
-Nie wiedziałem że znasz nasz język.- powiedział Glorfindel.
-Nie wiesz o mnie wielu rzeczy.
Uśmiechnęła się do niego, a on troszkę poczerwieniał na twarzy. Poprowadził ją prosto do jej pokoju, otwarł przed nią drzwi i puścił przodem. Weszła do środka i ujrzała przed sobą łóżko, ubrane w pościel białą, która wydawała się tak lekka, jakby miała zaraz unieść się w powietrze i odlecieć. Było tu też kilka mebli, niski stolik, a przy nim dwa fotele, kominek przy którym stały i wielki dywan na środku pokoju.
-W szafie masz rzeczy do przebrania. Te upierzemy. Przebierz się szybko, bo zaraz kolacja, a wielu ludzi chciało by się przy niej z tobą rozmówić.
Mówił do niej w swoim języku. Spoglądał na nią ukradkiem.
-Dobrze dziękuję, zaraz przybędę na wieczerzę. A i przepraszam że się nie przedstawiłam. Nazywam się Katherin.- mówiąc to ukłoniła się nisko.
Elf uśmiechnął się i powiedział:
-Teraz zostawię cię samą, ale przyjdę to za pół godziny. Zaprowadzę cię do stołu.
Wyszedł.
Katherin wyciągnęła z szafki białą suknię i zaraz się w nią przebrała, rzucając inne rzeczy na łóżko. Znalazła też wygodne elfickie buty, ubrała je i później poukładała swoje rzeczy w równy stosik, bo stwierdziła, że temu miejscu przystoi porządek. Ułożyła je na fotelu, a na stole położyła miecz i pas, oraz inne rzeczy wyciągnięte z kieszeni. Drobniejsze przedmioty zawiązała w białą chustę, resztę pozostawiła luzem. Usiadła na łóżku i stwierdziła ze nigdy wygodniejszego nie widziała. Nie było ani za twarde, ani za miękkie. Po prostu w sam raz. Ułożyła się na nim wygodnie i zasnęła by gdyby nie Glorfindel, który wszedł i oznajmił:
-Kolacja już gotowa. Czeka na ciebie miejsce wśród zacnych osób.
Wstała z lóżka i powędrowała za nim korytarzem. Weszli do ogromnej Sali, gdzie zebranych było mnóstwo elfów, ale wśród nich było także wielu innych gości. Rozpoznała wśród nich kilku krasnoludów, a także jednego hobbita. Kiedy jej przewodnik zobaczył że na niego spogląda powiedział do niej:
-Mogę cię przedstawić temu hobbitowi.
-Będę zaszczycona. A i możesz mnie przestawić w wspólnej mowie? Sądzę że on zna język elfów, ale w ten sposób będzie to bardziej stosowne.
Elf uśmiechnął się do niej i poprowadził ją do małego człowieka.
-Witaj Bilbo. Chciałem ci przedstawić ta oto damę. Przyjechała do nas z Bree i jest Strażnikiem Północy, więc myślę, że będziecie mieli wiele tematu do rozmowy.
-Nazywam się Katherin.- powiedziała i usiadła koło niego.
-A ja Bilbo, ale to już chyba słyszałaś.
Glorfindel usiadł koło niej i oboje wsłuchiwali się w opowieści do późna w nocy. Usłyszeli wiele pieśni i wierszy, a także różnych śmiesznych historyjek. Śmiali się i jedli wspaniałe jadło i popijali je winem.
Po uczcie w trójkę poszli do pokoju Katherin, bo ta uraczyła ich opowieścią o swoim mieczu. Pokazała im go, ale pamiętając przestrogę Gandalfa, nie pozwoliła im go dotknąć. Tu się rozstali i Katherin poszła spać. A nie spała snem tak spokojnym już od dawna.

Brak komentarzy: