Rozdział drugi
Podróż była spokojna, chociaż atmosfera była często napięta. Ludzie
jednak cieszyli się że w końcu zobaczą swoje rodziny, więc większych sprzeczek
nie było. Nie napotkali też nikogo na drodze, poza miejscowymi, więc nie było
okazji do wyciągnięcia mieczy. Dotarli do Nanea, ósmego dnia w samo południe.
Wjechali przez wschodnią bramę, zaraz za nią Katherin wydała ostatni rozkaz.
Aby się rozeszli do domów i odpoczęli, a raporty chce mieć jutro rano na
biurku. Wszyscy się oddalili, kilku żołnierzy właśnie zmuszało muły do dalszej
drogi.
Katherin
pojechała do stajni i oddała konia stajennemu, a później poszła do domu. Wzięła
gorącą kąpiel, przebrała się w długą suknię z zielonego materiału i
pomaszerowała do cytadeli.
Miasto zbudowane
zostało na planie idealnego kwadratu. W samym środku znajdował się rynek, a w
ścisłym jego centrum stała okrągła cytadela. W środku kamiennego muru, mieściły
się archiwa, skarbce, składy, warsztaty, a na samej górze, gabinet marszałka.
Ulice w mieście były rozmieszczone na planie siatki, doprowadzając do czterech
głównych traktów. Te zaczynały się w bramach, po jednej, na każdą stronę
świata. W każdym narożniku wybudowano wysokie wierze. Mury były patrolowane,
ludzi wpuszczano do środka, tylko po okazaniu specjalnego znaku. Inny był dla
handlarzy, inny dla rodzin żołnierzy, inny dla kurierów.
Katherin chciała
odwiedzić Nolana, co oznaczało, że czeka ją półgodzinny spacer przez miasto. Było
ono podzielone na cztery ćwiartki: północnozachodnią, północnowschodnią,
południowozachodnią i południowowschodnią, a ich granice wyznaczały główne
trakty. Aby dostać się do cytadeli, trzeba było wyjść z ulic bocznych na jedną
z głównych ulic i mijając liczne wozy, podróżników, biegających kurierów i
ludzi jadących konno dostać się na ogromny rynek, na którym tłoczno było nawet
nocą.
Katherin w końcu
wydostała się z północnego traktu i powoli zbliżała się do rynku. Na wprost niej
górowała nad wszystkim ogromna wieża, przytłaczając wszystko inne dookoła. Po
prawej widziała kopulasty, miedziany dach świątyni, który odbijał promienie
słońca, rzucając na pobliskie budynki krwawą łunę. Sama świątynia zbudowana
była z czerwonej cegły, miała wysokie okna, ozdobione różnobarwnymi szkiełkami,
przez co w środku na ściany padało światło, we wszystkich kolorach tęczy. Przed
wejściem przycupnęły dwa basiory wykute z brązu, a nad drewnianą bramą,
wzlatywał miedziany łabędź ze srebrnymi oczyma.
Po lewej
znajdowało się ogromne targowisko. Kupić można było na nim wszystko, od
jedzenia, ubrań, maści, ziół, garnków po zbroje, miedze i kolczugi z elfickiego
metalu. Reszta placu była wyłożona czarnym, brukowym kamieniem i odbywały się
tutaj wiece, przemówienia, pogrzeby, sztuki teatralne, lub można było
zgromadzić całe wojsko, aby dokonać jego przeglądu.
W końcu
przybliżyła się do wieży. Ta wznosiła się nad nią jak góra, wybudowana z równo
ciosanego, szarego kamienia. Do środka prowadziły tylko jedne drzwi, skierowane
na północ, skąd prowadził główny szlak ze stolicy. Odrzwia były zrobione z
twardego drewna, okutego w żelazo. Nie posiadały żadnych ozdób. Koło nich stało
dwóch strażników, w rękach trzymali włócznie, o mur oparli duże tarcze, na
głowach mieli hełmy, które częściowo zakrywały też twarz, na czubku głowy
przyczepione mieli mewie pióra. Na kolczugę naciągnęli kamizelki
przedstawiające czarnego konia na błękitnym tle. Katherin zawiesiła na nich
wzrok. Jednym ze strażników była kobieta, spod hełmu spływały jej na ramiona
rude loki. Stała wyprostowana i dumna niczym elf, swoje szare oczy zawiesiła na
wysokości muru i nie poruszałaby się w ogóle, gdyby nie musiała oddychać. Więc
tylko jej klatka piersiowa unosiła się miarowo przy każdym wdechu.
Mężczyzna spojrzał na Katherin zmęczonym wzrokiem i
otworzył jej wejście. Drzwi zazgrzytały cicho i otworzyły się do środka. W
wierzy było chłodniej, niż na zewnątrz, toteż dziewczynie przeszedł dreszcz po
plecach. Kiedy zrobiła kilka kroków w głąb wieży, usłyszała cichy stukot- to
drzwi zostały zamknięte. Korytarz oświetlały tylko pochodnie, gdyż na tym
poziomie nie było jeszcze żadnych okien. Tutaj w cieniu chowało się pięciu
następnych strażników, który cicho stali pod ścianami, poza zasięgiem światła.
Jednak Katherin widziała ich dokładnie, jakby hol zalany był księżycową
poświatą. Czuła na sobie ich spojrzenia, ostre jak brzytwy, śledzące każdy jej
krok. Ale nie zatrzymali jej, znali ją aż za dobrze. W spokoju doszła do
schodów, które spiralą obejmowały cały budynek.
Co dwa okrążenia było piętro, a na każdym z nich było pięć pokoi.
Droga w górę
zajmowała około dziesięciu minut, powolnym krokiem. Najlepsi gońcy umieli te
schody pokonać w dwie minuty, ale później musieli długo odpoczywać zanim mogli
równie szybko zbiec na dół. Katherin nie śpieszyła się, miała wiele czasu.
Mijała małe okienka i czasem spoglądała przez nie, na niknące w dole miasto. Na
ostatnie, dziesiąte piętro wdrapała się akurat kiedy dzwony wybijały godzinę
osiemnastą. Zapukała do drzwi Nolana i po chwili ujrzała w nich przysadzistą
kobietę, której nie znała.
-Pan właśnie odpoczywa! Nie ma teraz czasu na odwiedziny.- powiedziała
szybko.
-Myślę, że dla mnie znajdzie troszkę czasu.
-Pan marszałek, teraz odpoczywa!
-Stara Żabo, czemu krzyczysz na mojego gościa? Wpuść, a sam powiem,
czy chce z tą osobą rozmawiać. czy nie. – dało się usłyszeć ze środka słaby
głos.
-Niech panienka wejdzie.- powiedziała z przekąsem i wpuściła ją do
środka.
Pokój był
ogromny, zajmował prawie cały obwód wieży, na ziemi leżały czerwone, puszyste
dywany, w kominku strzelał ogień, na licznych stołach walały się papiery. Pod
okrągłymi ścianami stały rzędem biblioteczki, zapełnione książkami, mapami i
innymi papierami. Po lewej stało łóżko, koło niego dwa głębokie fotele, obite
barwionym na czerwono zamszem. Nolan siedział w jednym z tych foteli i popijał
herbatę. Katherin zbliżyła się do niego.
Przez otwarte drzwi
balkonowe wpadały do środka ostatnie promienie słońca i lekki powiew wiatru.
Starzec miał na głowie długie, białe już zupełnie włosy. Jego twarz poznaczona
była wieloma zmarszczkami, ale nadal wyczytać można było z niej, dawną piękność.
Jedyne co nie zmieniło się w tym mężczyźnie z wiekiem, to bijąca od niego aura
pewności siebie i dostojności. Jego oczy nadal spoglądały ostro jak lodowe
sople, ale te szybko potrafiły stopnieć, jeśli spoglądał na Katherin.
Nie mogła uwierzyć że tak zmarniał, od ostatniego razu
kiedy go widziała. Był lekko zgarbiony, u boku trzymał bukową laskę, której
wcześniej nie używał. Jego miecz leżał porzucony na jednym ze stołów. Ubrany
był też w miękkie szaty, nie było ani śladu kolczugi, ani jego obitych metalem
butów. Za to na nogach miał delikatne elfie buty. Kiedy stanęła przed nim, ukłoniła się
głęboko, mówiąc:
-Panie, czy zechcesz poświęcić mi chwilkę?
Oczy mu się
ożywiły i wyprostował się na chwilę, ale zaraz znowu zgarbił plecy i sięgnął ku
jej głowie drżącą ręką. Pogładził ją po gładkich włosach.
-Katherin, Katherin. Pod wieloma mianami znają cię ludzie, ale dla
mnie zawsze będziesz Othiendel, Promień Radości. Usiądź, zaraz będzie kolacja.
Stara Ropucha przyniesie nam kolacje.
-Nie wiem, czy możesz mówić do kogoś młodszego od siebie, że jest
stary, panie.
-Oh, starość to nie tylko stan ciała, ale też stan umysłu. A ta
Wiedźma, zachowuje się jakby przeżyła nie sto, a dwieście lat i ciągle narzeka.
Ja sam duchem mam nadal trzydzieści lat, ale ciało moje… Coż, to już inna
sprawa.
Nie rozmawiali
już więcej, bo przyniesiono jedzenie. Na dostawionym chwilę temu stole, pojawił
się dzban wina, trochę pieczonego mięsa, biały chleb, masło i duży kosz owoców.
Katherin jadła niewiele, jako że nie była głodna. Nolan za to jadł sam chleb i
owoce, smętnie popatrując w stronę mięsa, którego jednak nie ruszył. Kiedy
zjedli, popili winem, a później wyszli przewietrzyć się na balkon, który
okrążał całą wieżę, a podpierały go wyrzeźbione w kamieniu końskie głowy.
Nolan ciężko
opadł na balustradę i spojrzał w dal. Na pierwszym planie, jak na dłoni widać
było miasto i przewijających się ulicami ludzi. Dalej, za murami miasta
wyrastał ogromny las iglasty- Bór Cedrowy.
Na tym kończył się widok dla starca, ale Katherin miała o wiele lepszy
wzrok i daleko na wprost i po prawej stronie widziała kamieniste plaże, a zaraz
za nimi falujące morze. Tuż koło ich głów latały jaskółki, które już niedługo
miały odlecieć, ponieważ kończyło się już powoli lato.
Starzec
zakaszlał, tak mocno chwytając się barierki, że zbielały mu kostki na dłoniach.
Później oddychał chwilę ciężko. Katherin już chciała zaprowadzić go do pokoju,
kiedy się odezwał:
-Wiesz, będzie mi brakować tego wszystkiego. Będzie mi ciebie
brakować. Tak rzadko mnie odwiedzasz.
-Byłam na misji. Sam mnie wysłałeś.
-Po co miałaś cierpieć razem ze mną? Starczy mi już, że Nor siedzi mi
tutaj i narzeka, że się nie oszczędzam.
-Więc, dlaczego go nie posłuchasz?
-Sęk w tym, że nie chcę. Rozumiesz? Nie chce zakończyć życia,
zamknięty w wieży jak w więzieniu. I jeszcze do tego ta zielarka. Niczego mi
nie wolno.
Zakaszlał i
ochrypłym głosem mówił dalej:
-Katherin, nie jest tajemnicą, że umieram.
Podeszła do niego
nieśmiało i położyła mu dłoń na ramieniu.
-To wszystko, to twoje dzieło. Spójrz na to. Nie trzeba umierać na
polu bitwy, żeby być wielkim.
- Myślę o tym z dumą. Ale raduje mnie także twój widok, Othiendel.
Jestem już stary. Ty też, ale nic się nie zmieniłaś. Czuję, że dotyczyć będą
ciebie wielkie rzeczy, ale ja już ich nie zobaczę. Wychowałem cię jak umiałem,
oddałem elfom, a oni mam nadzieję poprawili moje błędy. Trudno mówić
sześćdziesięciolatce, o tym że się ją wychowywało. Mógłbym do ciebie mówić staruszko.
-Nie mówmy o tym teraz. Samo się rozwiąże.
-Może masz rację. Ale teraz, pójdziemy do świątyni dobrze?
Skorzystajmy z ostatnich promieni słońca.
-Jesteś pewien, że pokonasz Nieskończone Schody?
-Najwyżej mnie poniesiesz!- odpowiedział z uśmiechem i wspierając się
na lasce, skierował do drzwi.
Zaraz znaleźli
się na schodach. Mężczyzna powoli pokonywał stopnie, często musieli stawać,
żeby przeczekać ataki kaszlu. W końcu po długiej wędrówce, skończyły się
schody. Katherin użyczyła Nolanowi swojego ramienia i razem wyszli na rynek.
Wokoło kręciło
się wielu ludzi, kłaniali się oni, mijając marszałka i odchodzili śpiesznie.
Słońce wisiało już nisko nad Borem Świerkowym. Katherin spoglądała w stronę
rdzawego dachu, który teraz w ostatnich promieniach słońca, wydał się
płonąć. W końcu stanęli przed
skrzydłowymi drzwiami, po obu stronach czuwały wilki, a nad głowami
niewzruszony wzlatywał łabędź. Drzwi pokryte były napisami. Każdy, kto miał
jakąś prośbę do bogini, mógł napisać to na drewnie. Jedne napisy były wyryte,
inne pociągnięte były tuszem, lub kredą. Kilka z nich zdążyło już zblaknąć.
-Na co czekamy? Wchodzimy?- zniecierpliwił się starzec, kiedy Karherin
przyglądała się słowom.
- Tak, wejdźmy. – odpowiedziała po chwili ciszy i popchnęła ciężkie
drzwi.
Zawiasy
zaskrzypiały w cichym proteście, ale ustąpiły i mogli wejść do środka. Wnętrze
zalane było tęczowym światłem. Ściany były głównie białe, tylko w kilku
miejscach pojawiały się na niej jakieś malunki, czy obrazy. Podłoga wyłożona
była mozaiką, która przedstawiała niebo. Po prawej stronie, było to niebo
dzienne, ze słońcem i chmurami. Po lewej rozlewał się nocny granat, a wokoło
księżyca w pełni tańczyły gwiazdy. A na wprost wejścia, na samym środku
okrągłej budowli, przycupnął wysoki posąg z marmuru. Matka Ziemia o wilczej
głowie, pochylała się z przyjaźnie wyciągniętymi rękami, a u jej stop wyrastały
kłosy zboża, wykonane ze szczerego złota.
W całokształcie
bogini, Katherin zawsze widziała sprzeczność między delikatnymi kobiecymi
dłońmi, a głową wilka, który jej kojarzył się z gwałtownością i okrucieństwem.
Odwróciła wzrok od złowieszczej rzeźby w spojrzała na sklepienie świątyni. W
górze, na żelaznych łańcuchach huśtały się lampy, otoczone szkłem we wszystkich
kolorach, aby również w nocy, w świątyni zachował się magiczny klimat. Sama
kopuła od środka wydawała się być lustrem, które obijało i zwielokrotniało
mnogość świetlistych plam.
Nolan stał w
milczeniu przed posągiem i milczał. Katherin zbliżyła się do niego powoli, a
kiedy już się z nim zrównała, zapytała:
-O co byś ją poprosił?
Starzec chwilę
myślał, po czym odpowiedział:
-A ty o co byś prosiła?
-Ja? Ja nie wierzę w tego boga, więc niczego nie mogę od niego wymagać.
-Ale gdybyś mogła, to o co byś prosiła?
-Ciężko mi stwierdzić, bo nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie wiem
co ta bogini mogłaby dla mnie zrobić, co byłoby dla niej możliwe.
- Po co to analizujesz? Po prostu zażycz sobie czegoś.
Dziewczyna milczała
chwilę, po czym powiedziała:
- Gdybym mogła ją o coś prosić, to o mądrość w sprawach, których
obecnie nie umiem ogarnąć umysłem.
- Oh, jak dumna stałaś się Katherin Othiendel, twarda jak stal, ale
uginasz się jak cięciwa. Masz w sobie coś z elfa, moje dziecko.
Katherin nic nie
odpowiedziała, tylko utkwiła wzrok w posągu. Chwilę trwała cisza, nic się nie
poruszało, a w powietrzu unosił się tylko odgłos oddechów.
-Zawstydziłem cię? Może to i dobrze, może dobrze.
-Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Czego ja bym sobie życzył? Tylko tego, żeby moim dzieciom się dobrze
wiodło. Bo ciebie bogowie mają już w opiece, zresztą sama radzisz sobie
doskonale. Obiecaj tylko, że rozwiążesz zagadkę swego życia. Za wszelką cenę.
Jako że jestem na granicy życia i śmierci, to wiele widzę. Czeka cie daleka
podróż, ale nie wiem, jak ona się dla ciebie zakończy. Nie próbuj zaprzeczać!
Tylko przemyśl sobie to gadanie starucha. No, dosyć tego, wracam do wieży,
Ropuszka już na mnie czeka. Odwiedzisz Nora? Stęsknił się za tobą.
-Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy mi się oświadczył.
Nolan chwycił się
ramienia Katherin i powoli wyszli ze świątyni.
-Ja też nie. Ile lat temu to było, co?
-Trzydzieści.
-Tak, tak. Oh, jaki ja jestem stary! Kto by pomyślał, że dożyję wieku
osiemdziesięciu trzech lat. Wiesz, mogłaś się wtedy nie zaśmiać, to było dosyć
niemiłe.
-Wybacz staruszku, ale wtedy nie zastanawiałam się tak, nad tym co
robię.
-O tak, wydoroślałaś od tamtego czasu. Kiedy tego samego próbował mój
wnuczek, zachowałaś się tylko troszkę lepiej. Jednak chłopak musiał być zbity z
tropu, kiedy powiedziałaś mu, że jego ojciec próbował tego samego kilkadziesiąt
lat temu.
-Oh, Natan ci się poskarżył?
-O tak, musiałem mu wyjawić twoją małą tajemnicę. Ale to z mojej krwi,
oni tacy są jak ja. Jaki ojciec, taki syn i taki także wnuk. Nic ci nie grozi.
-Nic nie szkodzi.
- Ciekawe, co za ziółka zaparzy mi Ropuszka. Nie musiałaś przy niej,
zwracać się do mnie tak oficjalnie Promyczku, nie, nie, nie potrzebne to było.
-Wybacz Nolanie.
-Już nie ważne. Idziemy.
Wyszli na rynek i
powoli kierowali się w stronę wieży. Nolan oddychał ciężko z każdym następnym
krokiem, więc Katherin wymusiła na nim wniesienie go po schodach do góry.
-Żebym musiał tak plamić swój honor na starość… Ale dobrze, byle nikt
się o tym nie dowiedział!
Kiedy zeszli z
oczu strażnikom, dziewczyna wzięła Nolana delikatnie na barana. Był niezwykle
lekki, Katherin przeszło przez myśl, że waży mniej niż jego zbroja. Wejście
zajęło jej piętnaście minut, które przebyli w zupełnej ciszy, bo Nolan się
dąsał. Kiedy postawiła go przed drzwiami do jego kwatery, spojrzał na nią
smutno.
-Dziecko, odwiedź mnie jutro, dobrze?
-Jak sobie życzysz. – ukłoniła się.
-Daruj sobie te dworskie dyrdymały. Obiecaj mi tylko, że rozwiążesz tą
zagadkę.
- Myślę, że…
-Tu nie ma nic do myślenia! Jeśli mnie chociaż troszkę szanujesz, to
zrobisz to o co cię proszę.
-Dobrze, już dobrze.- odparła zrezygnowana.
-Obiecaj!
-Obiecuję.- a po chwili zastanowienia dodała w języku elfów, trzymając
rękę na sercu.- Jako przyrzekam teraz, w języku moich bogów, tego obiecuję
dotrzymać, chyba że śmierć mnie od tego powstrzyma. Tak przyrzekam przed tobą i
bogami w niebie, aby mnie ukarali, gdybym od przysięgi się uchylić chciała.
Nolan uśmiechnął
się i w tym samym języku odpowiedział:
-Przyjmuję te słowa z radością. Niechaj bogowie cię rozsądzą. –
dotknął jej czoła.
-Dobranoc ojcze. – powiedziała bez zastanowienia.
-Dawno to słowo nie padło z twoich słów.
-Czułam, że teraz jest właściwe.
Z wielkim
wysiłkiem uniósł głowę i pocałował ją w czoło.
-Idź, Nor na ciebie czeka. Dobranoc.- powiedział i zniknął w
czeluściach swojego pokoju.
Katherin obserwowała
chwilę drzwi. Poczuła, że do oczu napływają jej łzy, ale wyprostowała się i nie
pozwoliła im popłynąć. Zeszła na dół, na dworze panował półmrok. Wszędzie
widziała palące się pochodnie, ludzie odchodzili już do swoich domów. Udała się
w stronę północnego traktu. Nor mieszkał na samym skraju północno-wschodniej
ćwiartki, więc szybko znalazła się pod jego drzwiami. Jego dom był niezwykle
duży, miał aż trzy piętra. Katherin zapukała i zaraz otworzył jej drzwi odźwierny,
starszy i łysy mężczyzna, ubrany w czarną szatę.
-Pani Katherin?- zapytał.
-Owszem.
-Pan Nor oczekuje panienki. Zapraszam do środka.
Parter był tak
naprawdę wielkim pokojem. Sufit podpierały gdzieniegdzie drewniane słupy, po
prawej stał długi stół, zastawiony pustymi talerzami. Jasnowłosa służąca
właśnie układała koło nich sztućce, kufle i kieliszki na wino. Po lewej stał
kominek, w którym wesoło płonął ogień. Przed nim, na niedźwiedziej skórze,
siedziała trójka dzieci Nora, dwuletnia dziewczynka o blond lokach, Katherin
nie mogła przypomnieć sobie jej imienia, i jej dwaj starsi bracia sześcioletni
Kal i ośmioletni Pat. Starszy z nich miał miodowe włosy i niebieskie oczy,
młodszy miał gęste, czarne loki i brązowe oczy. Dziewczyna podeszła do nich i
przywitała się z nimi. Kal przytulił się do jej nogi, a Pat wykrzyczał:
-A ja już się trenuje na rycerza! Natan mnie uczy, a jak nie może to
ćwiczę z innymi chłopcami.
-Cieszę się, na pewno będziesz dobrym rycerzem.
Dziewczynka tylko
z daleka obserwowała ją dużymi lodowatymi oczami- takimi jakie miał Nolan.
Chłopcy przekrzykiwali się, chwaląc nowymi zabawkami, siniakami i ranami. W tym
momencie podeszła do nich Atana, drugie dziecko Nora, dziewczyna miała brązowe
oczy swojej matki i rude włosy babki. Miała już piętnaście lat, ubrana była w
długą pomarańczową suknię, na którą naszyto żółte słońce- był to herb rodziny
Nolana, chociaż on sam go nie używał.
Atana dygnęła
lekko i z wdziękiem.
-Witaj pani, mój ojciec zaraz zejdzie do nas i zjemy kolację.
Katherin skinęła
tylko głową. Chwilę wpatrywała się w płomienie. Gdzieś koło niej chłopcy gonili
się na około jednego ze słupów. Atana wzięła na ręce swoją młodszą siostrę i
oddaliła się od ognia. Została sama. Ale nagle z zamyślenia wyrwały ją ciężkie
kroki. Ledwie zdążyła się odwrócić, została uwięziona w silnych ramionach Nora.
Mężczyzna miał już ponad czterdzieści lat, czarne włosy i brodę, gdzieniegdzie
przyprószyła siwizna. Kiedy w końcu ją puścił i mogła na niego spojrzeć,
zobaczyła jak się uśmiecha. Za nim stał Natan, jego najstarszy syn, prawie
dwudziestolatek, rozpromieniony. Bardziej przypominał Nolana, niż jego ojciec,
który miał szare oczy swojej matki. On za to odziedziczył, wszystko co miał
jego dziadek. Lodowe oczy, wzrost, szerokie barki, kruczoczarne włosy, z tą
różnicą, że jego zwisały w delikatnych lokach. Kiedy Katherin patrzała na
niego, czuła że czas się cofnął.
Koło syna stała
też matka, blond włosy miała spięte w kok, spoglądała dosyć gniewnie na
Katherin swoimi brązowymi oczami. Ta postanowiła ją troszkę udobruchać, minęła
Nora i dygając przed nią, powiedziała:
-Witaj pani Esen. Miło mi, że mogę być gościem w twoim domu.
-Daruj sobie te miłe słówka, Katherin.- prychnęła i wróciła do stołu.
Esen do teraz nie
mogła wybaczyć dziewczynie, że to jej pierwszej oświadczył się Nor. Czuła się
od niej gorsza, jakby była tylko zastępstwem, chociaż Nor kochał ją całym
sercem.
-Wybacz mojej matce, jest ostatnio nerwowa.-powiedział Natan i
podszedł do niej niepewnie.
-Nie musisz mnie podchodzić jak zwierzyny, Natanie.- odpowiedziała i
uśmiechnęła się.
Z tyłu usłyszała
jak zaśmiał się Nor.
-No synu, witaj się i siadaj do stołu.
Chłopak
zaczerwienił się i spojrzał w bok.
-Natanie?- Katherin ledwo powstrzymywała śmiech.
-Wybacz… To przez te moje oświadczyny i to wszystko… Ty jesteś taka…
-Stara?- dokończyła Katherin i zaśmiała się.
-Nie to chciałem powiedzieć. – spojrzał na nią niepewnie. – Rozumiem,
czemu się nie zgodziłaś, chciałem przeprosić.
-Nigdy nie przepraszaj za uczucia.- zganiła go.- Znajdziesz sobie
odpowiednią pannę, a tobie proponuje to co wcześniej twojemu ojcu.
-Przyjaźń?
-Nic lepszego ci nie dam.
Spojrzał jej w oczy i teraz widziała w nim swojego
dziadka, kiedy stał taki wyprostowany. Wróciła jego pewność siebie.
-Chociaż moje serce przepełnia żal, obiecuję być najlepszym
przyjacielem, jakiego miałaś!
-Przyjmuję obietnicę, teraz chodźmy coś zjeść.
Katherin usiadła
po lewej stronie Nora, po prawej siedziała jego żona. Obok niej obie córki i
Kal. Natan usiał koło dziewczyny i uśmiechał się promieniście, a obok niego,
roześmiany Pat wymachiwał widelcem. Odmówiono modlitwy, później wszyscy jedli,
opowiadając różne historie. Nor chwalił swoich synów za osiągnięcia, wychwalał
też narzeczonego Atany, ślub miał się odbyć za dwa miesiące.
-Oczywiście, jesteś zaproszona.- powiedział i napił się piwa.
-To dla mnie zaszczyt.- skłoniła lekko głowę.
Esen nie odzywała
się cały czas, chyba że dawała jakieś rozkazy swojej służbie. W pewnym
momencie, wstała, oznajmiła że źle się czuje i odeszła na górę. Zebrani
odprowadzili ją wzrokiem. Zaraz też Atana zabrała swoją siostrę, żeby ułożyć ją
do snu. Grzecznie się pożegnała i podążyła za matką.
Nor westchnął i
powiedział:
-Katherin, wybacz proszę mojej żonie.
-Nie czuję się urażona.- powiedziała i upiła łyk wina.
-Dobrze wiem, że nie zachowała się właściwie. Jest ostatnio nerwowa,
bo spodziewamy się następnego dziecka.
-Ależ to cudownie, gratuluję Norze. – odpowiedziała, całkowicie
szczerze.
-Dziękuję. Też się cieszę, mamy nadzieję, że będzie to córka.-
powiedział i po chwili pauzy dodał smutnym głosem.- Problem jest taki, że Esen
nie jest już najmłodsza, ja też nie. Do tego, ostatnią ciążę bardzo źle
znosiła, a poród ledwo przeżyła. Zielarze boją się, że może nie donosić ciąży,
lub umrzeć przy porodzie.
-Esen to silna kobieta.
-Tak to racja, ale może się okazać, że to za mało. Ostatnio omdlała,
bardzo schudła i ogólnie wygląda słabo. Martwię się.
-Pozwolisz, że ją zobaczę?
Rzucił jej
przeciągłe spojrzenie.
-Nie sądzę, żeby się zgodziła. Katherin, ona…
-Mnie nie lubi, owszem wiem to.
Pójdę do niej.
Wstała i zanim
ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, już była na schodach. Dobrze wiedziała, które
drzwi prowadzą do sypialni Nora, podeszła do nich i zapukała. Otwarła jej sama
Esen, przebrana już w nocną koszulę, pod którą było teraz widać jej lekko
powiększony brzuch.
-Czego chcesz?- odpowiedziała zmęczonym głosem gospodyni.
-Pomóc. Wpuścisz mnie?
Widać było że
chwilę się zastanawia, później otworzyła szerzej drzwi i przepuściła Katherin.
Okno było otwarte i wpuszczało do środka zimne, nocne powietrze. W pokoju poza
ogromnym łożem i toaletką, nie było innych mebli. Na ziemi leżał pleciony
dywan. Esen usiadła na łóżku i spojrzała na swojego gościa.
-Co chcesz zrobić? Zielarze nie mogą mi pomóc.
-Zielarze, nie znają magii elfów.- odparła spokojnie.
Katherin położyła
dłoń na jej łonie i wypowiedziała kilka słów w języku elfów. Dzieciątko
poruszyło się delikatnie.
-Esen, twoja córka ma się dobrze. To silne dziecko. Urodzi się za
około cztery księżyce.
-Córka… Skąd to wiesz?- spojrzała na nią. Katherin po raz pierwszy
zobaczyła w jej oczach coś poza pogardą.
-Ona nie ma jeszcze do końca ukształtowanego ciała, ale jej dusza jest
już pełna. Mogłam się z nią porozumieć. Język elfów, to język bogów. Bogowie
przemawiają do naszej duszy, nie do ciała. Dlatego ich nie słyszymy.
-Ale to twoi bogowie, nie moi. Czy oni skrzywdzą moje dziecko, przez
twoje czary?- odpowiedziała ostro.
-Nigdy. Życie jest święte. Nic jej nie będzie. Twoja córka wie, że
jesteś za słaba, żeby ją nosić. Ale nie chce ciebie skrzywdzić.
-To co mam zrobić?
-Przyśle do ciebie elfa-zielarza. On Ci pomoże. Będzie tu za tydzień.
Do tego czasu, musisz jeść dużo mięsa. Potrzebujesz siły. Pomogę Ci donosić to
dziecko, Esen.
-Wiem, że Nor wolałby, żeby to było twoje dziecko…- powiedziała, spuszczając
głowę.
-Wątpisz w miłość swojego męża?- zganiła ją.
-Ja…- zająknęła się.
-Obie wiemy, że cie kocha. Mnie nigdy nie kochał, tylko chciał za mnie
wyjść, to była jego młodzieńcza głupota. Przy tobie dojrzał i nauczył się
kochać. Nie chcę, żebyś mnie nienawidziła za coś, co nie istnieje.
Esen płakała,
krople spadały na jej łono, plamiąc koszulę.
-Ja… Przepraszam Katherin. Moja córka. Ona… Ona będzie nosić twoje
imię, obiecuję ci to.
Dziewczyna
położyła rękę na ramieniu ciężarnej. Ta podniosła głowę i ich spojrzenia się
spotkały.
-To zaszczyt dla mnie, pani.
-Jak możesz do mnie tak mówić, kiedy jesteś starsza ode mnie?
-Tylko że u mnie tego nie widać.- powiedziała Katherin i puściła jej
oczko.
Esen uśmiechnęła
się.
-Dziękuję.
-Idź już spać, musisz odpoczywać.- odpowiedziała i opuściła pokój.
Kiedy zeszła do
salonu, czekał tam na nią Nor. Jego dzieci był już w pokojach.
-I co?- zapytał.
-Katherin ma się dobrze.-
oznajmiła uśmiechają się.
-Katherin? O co chodzi?- wydawał się nie rozumieć.
-Zapytaj żony. Pójdę już, Norze. Miłej nocy.
Kiedy szła w
stronę drzwi, usłyszała jak Nor przeskakuje kilka stopni na raz i jak zamyka
cicho drzwi do sypialni. Sama wyszła na ulicę i zanurzając się w mroku, wróciła
do swojego mieszkania i położyła spać. Śniło jej się, że siedzi w płonącym
budynku, a płomienie nie niszczą jej ciała i ubrań…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz