czwartek, 25 czerwca 2009

Szamani Cienia cz.3




Rozdział trzeci

Adernan


Susan szła spokojnie za Viven,nic nie mówiąc. Rozglądała się w około i obserwowała życie w podziemnym mieście. Domy miały oszklone okna, zasłonięte firankami, a za nimi tliło się delikatne światło. Właściwie, to była pewna, że we wszystkich domach zamiast drzwi będą szmaty. Jednak była w wielkim błędzie. Niektóre miały tak wymyśle wzory, że w normalnym mieście by się takich nie spotkało. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tam był tylko kawałek brudnego materiału,ale postanowiła zostawić sobie pytania na później.
Skręcili za róg i zobaczyła przed sobą duży okrągły plac.
-Gdzie jesteśmy?-zapytała.
-Sama zobacz.-odpowiedział ojciec Davida pokazując jej plakietkę z nazwą.
“Plac okrągły... Nie zbyt oryginalna nazwa, ale przynajmniej pasuje.”-pomyślała. Rozejrzała się w około i stwierdziła, że wszystkie domy tutaj są zamienione w sklepy. Z witryn spoglądały na nią manekiny ubrane w różne dziwne ubrania. Na jednym z okien był naklejony wielki napis “Zaopatrzenie”, a zaraz obok niego była biblioteka. Później było kilka zieleniaków, apteka, sklep z akcesoriami magicznymi, biuro adwokackie, a nawet “Spółdzielnia Mieszkańców Adernan”.
-Czy to miasto nazywa się Adernan?-zapytała.
-Raczej łatwo się domyślić.-odezwała się Viven.
Susan pozostawiła ten komentarz bez odpowiedzi. Spojrzała w cztery drogi odchodzące od tego palcu. Ta którą przyszli nazywała się “Wejściową Główną”, następna, która skręcała za biblioteką, to “Szwedzka”, kolejna “Aleja Uzdrowicieli” i na końcu “Ulica Wendt'a”. Przeszli przez plac i weszli w Aleję. Pod domami rosły w donicach różnorakie rośliny. Niektórych dziewczyna nie znała, a inne widziała kiedyś w książce z biologii, ale nie wiedziała, że mogą rosnąć w tej części świata i w tych warunkach.
Uliczka ciągnęła się bardzo długo, a oni szli i szli... W końcu zobaczyli przed sobą ostatni dom, który był całkowicie inny niż reszta. Ogradzał go ogromny, kamienny mur. Wejście stanowiły dwie kolumny, na których przycupnęły marmurowe ptaki. W środku był ogromny ogród, w którym unosiła się słodka woń najróżniejszych ziół. Dom miał ogromne, drewniane drzwi, zdobione złotem, tak samo jak ramy okien.
W środku, jak później przekonała się Susan, było jeszcze lepiej. Pan Cyprian otworzył drzwi i wszyscy weszli do długiego przedpokoju. Stały w nim dębowe meble, kanapa i podłużne biurko, co sprawiało, że wyglądał jak recepcja. Pod tylną ścianą stały dwie pary schodów. Jedne były kręcone i prowadziły do pomieszczeń znajdujących się na lewo, drugie za to były bardzo szerokie i niezbyt strome i prowadziły w drugą stronę. Między nimi były małe drzwiczki, na których widniało imie i nazwisko właściciela domu.
Overstreet poprowadził dziewczyny po prawych schodach i znalazły się w oślepiająco białym korytarzu.
-Witajcie w szpitalu.-powiedział.
Obie rozglądały się w około, widocznie Viven też była tutaj po raz pierwszy. Ściany gdzieniegdzie zdobiły portrety jakiś dziwnych ludzi, lub plakaty ostrzegające przed różnymi chorobami. Przed pokojem 034 zatrzymali się i ich przewodnik lekko pchnął drzwi i zajrzał do środka. Gestem pokazał im, aby poczekały, a sam wszedł do środka.
Susan usiadła na krześle, a Viven przechadzała się nerwowo po korytarzu. Zza drzwi słychać były szepty. Widocznie znajdowało się tam więcej osób. Głos ojca Davida odróżniał się od innych, bo mimo jego wieku, nadal brzmiał bardzo dziecinnie. Kiedy Susan wsłuchała się dokładnie, usłyszała głos kobiety.
Chwilę później mogła się przekonać że ma dużo racji. Drzwi otwarły się gwałtownie i wypadła przez nie spłakana kobieta, a Susan zdążyła zauważyć tylko kolor jej włosów. Była ciemną-blondynką. W drzwiach pojawił się Cyprian, spojrzał za nią i tylko pokręcił głową.
-Kto to był?-zapytała go Susan.
-To moja żona, Kate. Milutka, czyż nie?-posilił się na żart.-Jest bardzo wrażliwa, przeżywa każdą ranę naszego syna, bo to nasze jedyne dziecko.
Westchnął ciężko.
Susan śledziła wzrokiem kobietę, która właśnie niknęła na końcu korytarza. Później usłyszała jej kroki na ciężkich drewnianych schodach.
Pan Overstreet zaprosił obie dziewczyny gestem do środka. David leżał na metalowych łóżku, okryty białą i cienką kołdrą .Nogę w którą ugryzł go Mule, miał zawieszoną na płachcie materiału, zawieszonej pod sufitem. Był w śpiączce, ale coś majaczył i kręcił się niespokojnie. Twarz miał czerwoną i oblaną potem.
Jakiś gruby facet, właśnie przypinał go pasami do łóżka. Susan już się miała zapytać po co to robią, ale się powstrzymała. Usiadła na krześle postawionym pod ścianą, patrzą się tępo przed siebie. Za to Viven stała przy łóżku i patrzała na niego z ukosa.
-Palant...-wyszeptała, po czym opadła na drugie krzesło.
Dopiero teraz uświadomiły sobie, że ich ostatni posiłek to kilka kanapek w barze, przed dwunastą(które zresztą nie były, aż tak pożywne). Więc dziewczyny były głodne. Pierwszy odezwał się żołądek Susan,a brzuch jej koleżanki zawtórował jej burczeniem. Obie chwyciły się się kurczowo się w tali, aby uciszyć wygłodniałe ciało. Ojca Davida widocznie to rozbawiło, bo zaśmiał się cicho, a później znowu spoważniał, badając rany syna. Spojrzał na niego i Susan mogła przysiądź, że widziała łzy w jego oczach. Aż ją coś ścisnęło za serce...
Doktor położył rękę na czole Davida. Burczał coś pod nosem, aż nagle głośno zapytał:
-Kiedy to się satło?
-Ale co?-Susan była lekko wyrzucona z kontekstu.
-Jakieś dwie godziny temu...-odpowiedziała Viven.
Zacmokał i spojrzał na nogę syna.
-Trucizna rozprzestrzenia się szybko, ale miał dużo szczęścia, bo ta cała akcja z zaklęciem, spowolniła akcje jego serca. A Mule nie ugryzł go na szczęście w tętnicę, tylko w kawałek mięśnia. Więc jeśli teraz podam odtrutkę, to za dwa tygodnie będzie jak nowo narodzony. Sam.-pokazał na grubasa.- Przynieś ją dobrze?
Mężczyzna kiwnął głową i wyszedł. Tym czasem rana Davida została przemyta przez pana Overstreet'a jakąś żółtą mazią, śmierdzącą ziołami. Sam pacjent poruszył się niespokojnie, krzywiąc przez sen.
-Ten facet to Sam Trevert. Małomówny, ale całkiem spoko. Jest moim pomocnikiem.-powiedział Cyprian.
Dziewczyny mało to obchodziło, więc tylko wzruszyły ramionami. Tylko w ciszy przyglądały się nodze kolegi. Choć raz, od kiedy się poznały, robiły coś razem, nie kłócąc się.
Kiedy wszedł do pokoju Sam, obie na niego spojrzały. Musiał poczuć na sobie ich wzrok, bo poczerwieniały mu uszy i nerwowo przestępował z nogi na nogę.
-Nieśmiały...-wyszeptała Viven.
Susan parsknęła śmiechem. Po raz pierwszy rozbawiła ją uwaga dziewczyny. Sam jeszcze bardziej poczerwieniał....
Doktor wymówił słowa zaklęcia i pokój wypełnił się zielonym blaskiem. Susan, aż wstała, aby dokładnie się temu przyjrzeć. Chłonęła słowa zaklęcia, tak samo jak ciało Davida odtrutkę. To było niesamowite! Przestał się dygotać i rzucać. Teraz było słychać tylko miarowy oddech, jakby spał.
-No to teraz, jeszcze minie troszkę czasu, zanim się obudzi.- westchnął Cyprian.- A i Susan jeśli chcesz, to wróć do Biura Ochrony, to Belmundo oprowadzi cie po mieście. Poproś go żeby cie zaprowadził do Prezydenta. Na pewno chce z tobą pogadać.
Przytaknęła tylko, a on ciągnął dalej:
-Viven, chciałbym żebyś przyprowadziła tutaj twojego brata. Powiedz mu że mam dla niego prośbę i informacje.
-No niech ci będzie i tak chciałam już iść.-burknęła i wyszła.
Susan wybiegła zaraz za nią. Doszły razem do Okrągłego Placu, a później Viven weszła w Szwedzką, a on w Wejściową. Wreszcie była sama i miała czas porozmyślać nad tym co się stało. Jedno było pewne- chciała jak najszybciej wrócić do domu. Pewnie jej mama i brat już jej szukają. Jak ona im to wyjaśni? “Cześć mamo, przepraszam że nie wróciłam wczoraj do domu na czas, ale najpierw gonił mnie wielki ponurak, później chowałam się prze Mule, a potem niosłam poznanego przed godziną chłopaka do ukrytego pod ziemią miasta, bo był nieprzytomny.” Co za absurd!
W końcu doszła, odsunęła szmatę z drzwi i zajrzała do środka.
-Belmundo?-zapytała.
Podniósł głowę znad kart i zapytał:
-Coś się stało?
-Nic takiego. Tylko ojciec Davida pomyślał, że mógłbyś mnie oprowadzić po mieście i zaprowadzić do Prezydenta.
-Serio? Myślę, że to świetny pomysł!-wstał i zostawił drzemiącego na biurku ojca samego.
Wyszli przed budynek, jeśli można było go tak nazwać. Skierowali się powoli w stronę z której Susan tutaj przyszła.
-Dzięki.-rzuciła tylko.
-Nie ma sprawy. Moja praca jest tak nudna, że nic się nie stanie, jak sobie na chwilkę wyjdę.
“Już to dzisiaj mówił”-stwierdziła Susan. “Ta jego praca, musi być na serio nudna...”
Szli sobie spokojnie, kiedy znowu zaburczało jej w brzuchu.
-Chyba ktoś tu jest głodny.-zażartował.
Poczerwieniała....
-Nie martw się, wstąpimy do jakiegoś sklepu.- dodał.
Chwilkę szli w ciszy. Ale Susan przypomniało się pytanie, które miała mu zadać.
-Mogę o coś spytać?
-O co tylko chcesz, Sami.
-Na imie mi Susan...
-Och, wybacz. Mam słabą pamięć do imion. To co chciałaś, S u s a n ?
-Chciałam się zapytać o tą szmatę w drzwiach Biura...
-No i?- jakoś nie widział w tym nic dziwnego.
-Dlaczego nie macie drzwi?
Spojrzał na nią zdziwiony.
-Przecież to oczywiste. Musimy słyszeć czy ktoś nas nie woła. No wiesz tunel i te sprawy.
Ale to było oczywiste... Dlaczego sama na to nie wpadła? “No dobra, jestem w szoku”-tłumaczyła się sama przed sobą, kiedy wchodzili na plac.
Skierowali się w stronę sklepu z napisem “Zaopatrzenie”. Belmundo puścił ją przodem. “Jakie dżentelmen”-pomyślała i uśmiechnęła do siebie. Weszli do zadymionego pomieszczenia. W środku panował półmrok. Smród papierosów mieszał się z zapachem jedzenia. W pokoju znajdowała się tylko podłużna lada, a którą siedział starszy facet, czytając gazetę. Za jego plecami znajdywały się zamknięte drzwi.
Susan przyjrzała się dokładnie starszemu mężczyźnie. Miał na oko sześćdziesiąt lat, jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, głowę przykrywała bujna czupryna siwych włosów. Zerknął na nich znad gazety, uśmiechnął się i powiedział:
-Kogo tam prowadzisz, Belmundo?
-To Susan.- powiedział.
-Nowa mieszkanka?
-Właściwie, jeszcze nie wiadomo.-stwierdził.
Teraz role się odwróciły i to Susan była obserwowana. Czuła jak świdrują ją jego jasno-szare oczy. Znów się uśmiechnął i powiedział:
-Mów mi Stew.
Susan odwzajemniła uśmiech.
-No to co was sprowadza w moje skromne progi?
-Dziewczyny burczy w brzuchu. Coś słodkiego poprosimy.
-Na twoją książeczkę?
-No, a na czyją? Przecież ona nie takiej nie ma.-wycedził Belmundo.
Mężczyzna przez chwilkę patrzał na nich gładząc sie po brodzie.
-To dzisiaj ja stawiam.-powiedział i zniknął za drzwiami.
Belmundo się zaśmiał.
-Chyba jeszcze nigdy nie dał mi nic za darmo. -stwierdził.
Susan uśmiechnęła się do niego. Chyba zaczynała lubić tego rudzielca. Nie był ani super przystojny, ani też brzydki. Miał jasną cerę, a na nosie pełno piegów. Włosy miał równo przycięte i postawione do góry. Trzymały się tak bez żelu. Spojrzała mu w oczy. Miały piwny kolor i były bardzo wesołe i ożywione. Na sobie miał białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. Taki sobie zwyczajny chłopak.
Podwijał akurat rękawy, kiedy wszedł Stew niosąc dwie drożdżówki.
-Smacznego.-powiedział podając je Belmundo'wi.
-Dzięki.- powiedzieli jednocześnie i wyszli.
Dał jej jedną, jednocześnie wgryzając się w swoją. Susan zrobiła to samo. Właściwie to miała nadzieję na jakiś porządny obiad, ale nie miała co narzekać. Przez chwilkę zastanawiał się o co chodzi z tymi książeczkami, ale postanowiła nie pytać.
-Gdzie najpierw?
-Sądzę że do Prezydenta.
-Ah, no tak. Nie stresuj się, to spoko koleś. Ale ma dużo roboty, więc nie wiem czy dzisiaj zdąży z tobą pogadać. Założę się że zapisze cie na jakiś dzień.
-Jaki jest dokładnie?-zapytała.
-No cóż, powiedział bym, że wybuchowy.-zaśmiał się.
Susan nie bardzo wiedziała czy ma się zaśmiać, więc nie zrobiła nic.
Weszli w ulicę Wendt'a. Susan spoglądała na zabieganych w koło ludzi. Z okien witały ją miłe staruszki. Od czasu, do czasu ktoś przywitał się z Belmundo i przy okazji z nią. Ona odpowiadała tylko: “Cześć” i czasem” Jestem Susan” po czym milkła. Czuła się tu dziwnie “swojsko”. Ludzie przyjmowali ją z otwartymi rękami. Zaczynała lubić to miejsce.
Ale ciągle miała tyle pytań. Dlaczego Viven powiedziała, że ona nie może wrócić do domu? Czy ona coś zrobiła? Dlaczego znaleźli się akurat, tam gdzie ona mieszka? Czy Mule szukał tam czegoś albo k o g o ś? Jak to się stało że jest szamanem? O co chodzi w magii? Jak się czaruje? Jak powstało to miasto? Czy jest więcej takich? I jedno które ciągle powracało: Czy ujrzy jeszcze dom?
Ciągle skręcali, a ona właściwie nie zwracała uwagi na to gdzie idzie. Po prostu szła za Belmundo. Ale w końcu zaczęła się na nowo interesować otoczeniem. Domy zaczęły się troszkę zmieniać, była jakby troszkę bardziej zdobione. Weszli w ulicę “Pałacową”.
Już nie lubiła tego miejsca. Domy tutaj były pełne przepychu. Nawet droga tutaj była wybrukowana, inną kostką niż gdzie indziej. Przed domami, na olbrzymich tarasach siedzieli ludzie, ubrani w gustowne ubrania, obwieszeni masą biżuterii. Musiała to być dzielnica w której mieszkali najbogatsi ludzie z Adernan. Susan się bardzo nie podobał ten podział na biedniejszych i bogatszych. Na chwilkę zmieniła całkiem zdanie o tym miejscu.
Szli tak ulicami, obserwowani przez zaciekawione oczy mieszkańców tej ulicy. Ucieszyła się kiedy stanęli przed wielkimi dębowymi drzwiami i pchnęli je. Weszli do środka i Susan ujrzała w środku mnóstwo zabieganych ludzi. Belmundo już rozmawiał z jakimś poważnie wyglądającym, starym facetem, na temat jej wizyty u Prezydenta. Zmarkotniał i podszedł do niej:
-Powiedzieli, że masz przyjść jutro z rana.
-Ah...-tylko tyle zdołała powiedzieć.
-Chcesz coś zwiedzić? Musze przyznać, że dzielnica chemików, jest całkiem fajna.
-Nie, razie jestem zmęczona.
-Och... No to może chcesz się czegoś dowiedzieć? Ja na twoim miejscu miałbym wiele pytań.
Wyszli na zewnątrz.
-Po pierwsze... Czy to dzielnica dla bogatych ludzi?
-A odniosłaś takie wrażenie? Nie, w całym mieście mieszkają tacy. Tutaj jest ich po prostu więcej bo to ważni urzędnicy. Byłaś u Davida w domu? Przy jego pałacu, te tutaj to tylko chatki z drewna.
Rzeczywiście jak teraz o tym pomyślała, to uznała ze chłopak ma rację.
-A jak się stać szamanem?
-Rozmówcą trzeba się urodzić...
-To skąd to się wie?
-Twoi rodzice, albo chociaż jeden, ale nie jestem pewien, musi nim być. To chyba oczywiste że ci o tym mówią.
-Jasne, oczywiste...
Susan spuściła głowę i spojrzała na swoje buty. Łzy same zaczęły cieknąć jej po twarzy.
-Susan... Ty płaczesz?-zapytał Belmundo.
Nic mu nie odpowiedziała, tylko pociągnęła nosem.
-Co ja takiego powiedziałem? Słuchaj przepraszam...-powiedział z przejęciem i chwycił ją za ramiona.
-Ty tego nie zrozumiesz.-wyszeptała próbując powstrzymać łkanie.
-Daj mi spróbować.
Belmundo sam nie wiedział co zrobić. Więc zrobił to co mu pierwsze przyszło do głowy. Przytulił ją. W ciszy stali na środku ulicy. On patrzał jak kolejne łzy moczą jego koszulę. Ale nie było to teraz ważne. Powoli dochodziła do siebie.
-Okłamali mnie... Wszyscy mnie okłamali. Nic nie powiedzieli.- powiedziała po chwili.
-Czasem prawda może się okazać gorsza od kłamstwa. Może chcieli cie chronić?
Uniosła głowę i spojrzała na niego opuchniętymi oczami.
-Myślisz? No, ale przed czym?
-Tego to nie wiem. Chodź odprowadzę cie. Podobno jesteś zmęczona.
Pokiwała tylko głową i już za chwilę zniknęli za zakrętem.

Brak komentarzy: