środa, 5 września 2012

"Dzieci bogów" 1



Rozdział pierwszy



Wstał jasny dzień, wiatr targał proporcami i gonił chmury po niebie. Ptaki śpiewały swoje poranne pieśni, wokoło budził się las. Na wyżynie Panae kończyło się już lato. Rośliny obdarowały cierpliwych swoimi owocami, zwierzęta wychowywały swoje potomstwo. Przyroda powoli przyjmowała jesienne barwy, gotując się do zimy.
Żołnierze z nocnej warty właśnie udali się na spoczynek, a drużyna dziesięciu konnych, którzy nocą patrolowali okolicę, właśnie wtoczyli się do obozu. Jeźdźcy sennie kołysali się w siodłach, o biodra opierali długie włócznie, przy boku mieli miecze. Dwóch z nich, miało na plecach łuki, a przy siodle kołczany , wypełnione strzałami o białych lotkach. Tej nocy nie były potrzebne, był to spokojny patrol. Mężczyźni puścili konie na łąkę, aby mogły odpocząć i się posilić, a sami udali się do namiotów na spoczynek.
Reszta obozu właśnie się budziła, żołnierze rozpalali ogniska i gotowali sobie śniadania. Z obozu wyjechał konny patrol, o takiej samej liczbie ludzi, co ten który właśnie przyjechał. Na trakcie zmieniono wartę, dwóch mężczyzn stało u wylotu z obozu, opierając o ramiona piki, a  nie daleko przy płocie stały dwie tarcze. Rozmawiali żywiołowo, spoglądając na mijające ich wierzchowce. Reszta obozu wydawała się senna, wszyscy ziewali, przecierając oczy i rozciągając zbolałe mięśnie.
Na skraju obozu stał jeden samotny namiot, jedyny w którym spała tylko jedna osoba. Był szkarłatny, koło niego wbito w ziemię wysoką tyczkę, na której powiewała flaga Masenei, przedstawiająca czarnego konia na tle morza. Płachta przykrywająca wejście podniosła się, przytrzymywana kobiecą dłonią.
Katherin, jedyna kobieta-oficer w wojsku króla, wyszła na zewnątrz i spojrzała na budzący się obóz. Kiedy upewniła się, że wszystko jest w najlepszym porządku, przyniosła sobie chleb, suszone mięso, trochę mięty i bukłak z wodą, rozpaliła ogień. Zanim herbata się zagotowała, zrobiła kilka ćwiczeń, rozciągając mięśnie.  Spanie na sienniku, do tego na ziemi, niezwykle ją męczyło. Chociaż cieszyła się, że ma jakieś zadanie, a nie siedzi bezczynnie w wartowni.
Takie obozy jak ten, były codziennością  w Masenei. Państwo było młode, a zagarniane tereny były atakowane przez koczownicze plemiona. Więc nowopowstałe wioski i miasta, trzeba było chronić, walczyć o traktaty pokojowe, a jeśli to nie skutkowało, ruszyć na wojnę i siłą zwalczać buntowników. Na szczęście, królestwu pomagały elfy, produkując broń, szkoląc żołnierzy, wspierając króla dobrą radą. Powoli rozwijano handel z innymi państwami, szczególnie z sąsiednim Elaes. Stolicę państwa Rivernę, przekształcono w wielki port, wypływały z niego statki, które zawoziły towary na północny-zachód i północny-wschód kontynentu, oraz na znajdującą się na wchodzie grupę wysp.
Za namową elfów, stworzono ogromne miasto-wartownię Noaneę. Tam stacjonowało wojsko, żołnierze mieli swoje domy, przetrzymywano wszystkie ważne dokumenty, wytwarzano broń i zbroje, tutaj można je było naprawić, sprzedać, stamtąd wychodziły wszystkie rozkazy.
Katherin była obecna przy budowaniu obu wielkich miast. Pomagała, jak tylko mogła, bo jej przybrany ojciec Nolan, odpowiadał za wszystkie umocnienia i sprawy wojska. W wieku trzydziestu pięciu lat został mianowany marszałkiem. Jako że łączyła go długa przyjaźń z elfami, załatwił państwu ich pomoc. Teraz Nolan miał już ponad osiemdziesiąt lat, a jego dzieło było już prawie skończone.
W garnku zabulgotało, więc Katherin przelała parujący płyn do kubka, kiedy zauważyła szybko zbliżającego się w jej stronę plutonowego. Był wysoki, miał szeroką pierś i niezwykle umięśnione ramiona. Na lnianą koszulkę, zarzucił kolczugę, na pasie chwiała się pusta pochwa na miecz, jego szare spodnie kończyły się za kolanem, odsłaniając skórzane buty, zrobione przez elfy. Zatrzymał się tuż przed nią, zasalutował i głębokim głosem powiedział:
-Pani! Cudowny poranek.
-Witaj. Na pewno nie chcesz ze mną rozmawiać o pogodzie, Tonisie.
- W rzeczy samej, sprawa ma inna.
-Porozmawiamy po śniadaniu. Usiądź.
                Westchnęła. Nie rozumiała dziwnych obrzędów tych ludzi, którzy  czcili przyrodę. Wychowana przez elfy, przyjęła ich wiarę, a obrzędy tych ludzi, znała i praktykowała tylko po to, aby nie podpadać. Podzieliła się posiłkiem. Przyniosła też drugi kubek. Kiedy skończyli jeść w ciszy, jak nakazywał rytuał, wymienili się kubkami, pijąc pozostawiony napój. Ten zwyczaj, podobno miał zacieśniać przyjaźnie i nie pozwalać na kłótnie, bo tak przykazała im żyć Matka Ziemia, w zgodzie między sobą. Katherin uważała, że przez to można się tylko czymś zarazić, a nie zacieśnić przyjaźnie, ale nic nie mówiła. Tonis wrzucił kawałek chleba do ognia i modlił się słowami:
-Cześć Matce Ziemi, która nas tak ukochała, iż wyłowiła nas z ciemności naszych umysłów, pokazując jak uprawiać ziemię i korzystać z jej dobrodziejscy, jak nam przykazała.
-Teraz i na wieki.- odpowiedziała Katherin.
                Samo wyobrażenie Matki Ziemi zawsze ją troszkę przerażało. Ludzie wyobrazili ją sobie, jako kobietę z wilczą głową, zazwyczaj uśmiechniętą. Kiedy widziała jej pomniki, zawsze przechodziły ją ciarki. Byli bracia Słońce i Księżyc, którzy gonili się po nieboskłonie. Był Pogoda i jego kochanka Woda, no i oczywiście reszta żywiołów. Był i Bóg Wiatr, któremu w stolicy wybudowano wielką świątynię, aby nie powodował sztormów. A jeśli się zdarzały, składano na ołtarzu cało palne ofiary z ryb. Co strasznie śmierdziało, ale chyba przeszkadzało tylko Katherin, która stolicę omijała, kiedy tylko mogła.
-Jak twoi ludzie Tonisie?- zapytała po chwili ciszy.
-Znudzeni Pani. Ciągle przebywanie w jednym miejscu męczy ludzi.
-Ciągle czekam na kuriera, który przyniesie mi wiadomość. Bez rozkazu nie możemy się ruszyć nawet o staję.
-Wiem Pani. Jakie są twoje rozkazy?- spytał i spojrzał na nią z błyskiem w oku.
                Katherin zamyśliła się na chwilę, wstała i przyniosła z namiotu jakieś papiery i studiowała je dokładnie. Jej towarzysz siedział w bezruchu, spoglądając w płomienie. Było słychać głosy żołnierzy z obozu, śpiew ptaków i trzaskający ogień. W końcu Katherin przemówiła spokojnym głosem.
-Wybierzesz trzy drużyny, z żołnierzy, którzy już wypoczęli po patrolach i nie mają wyznaczonej warty. Jedną wyślesz do najbliższej wsi  po zapasy, daj im wypoczęte konie, a  ich drużynowy ma zgłosić się do mnie po pieniądze i listę. Dwie następne niech wezmą łuki i idą na polowanie. Tylko niech wrócą przez zmrokiem i nie oddalają się za bardzo.  Jeśli znajdziesz jeszcze kogoś wolnego, niech utworzą jeszcze jedną grupę i narąbią drewna, jak skończą, to mają wykopać drugi dół na odpadki, pierwszy zakopać. Narzędzia są na wozie, mogą sobie zabrać, tylko mają potem oddać. To wszystko, możesz odejść.
-Tak jest, pani!- odpowiedział i odmaszerował w stronę swojego namiotu.
                Katherin z radością odprowadziła go wzrokiem. Teraz potrzebowała troszkę samotności. Nalała sobie jeszcze jeden kubek herbaty i zaczęła spisywać raport, podliczać wydatki, wyliczyła szybko na ile czasu jeszcze zostanie im pieniędzy, na ile zapasów, czego brakuje, czego jest w nadmiarze. Z worka, który trzymała w namiocie, odsypała do małej szkatułki odpowiednią ilość pieniędzy, na małym kawałku papieru zapisała listę zakupów. Ułożyła o wszystko koło siebie, i rozciągnęła na kolanach dużą mapę wyżyny Panae i zaczęła dopisywać notatki i rysować oznaczenia, na elfią modłę, tak aby było to bardziej czytelne. Kiedy skończyła, odłożyła pergamin, aby tusz mógł wyschnąć.
                Właśnie zakręcała kałamarz, kiedy do jej ogniska zbliżył się młody mężczyzna, nerwowo spoglądając to na nią, to na namiot.
-Witam, Pani ja przyszedłem po rozkazy.- powiedział szybko, na jednym tchu, kiedy tylko podszedł.
                Katherin spojrzała na niego swoimi czekoladowymi oczami i uśmiechając się, zapytała:
-Umiesz czytać?
-Oczywiście, Pani!- wykrzyczał.
-Dobrze, tu masz listę, tu szkatułkę z pieniędzy. Jak będzie trzeba, to się targuj, rozumiesz? Nie pozwól im zawyżać cen.
-Tak jest!
                Praktycznie wyrwał jej z rąk szkatułkę i papier, po czym odbiegł na skraj obozu.
-Jaki nerwowy.- powiedziała Katherin sama do siebie, po czym zaśmiała się głośno i usiadła przy ognisku, dorzucając drewna.
                Chwilę obserwowała, jak konna drużyna wyjeżdża z obozu, a inni ludzie zanurzają się w lesie. Wśród nich, zauważyła również Tonisa, który chyba postanowił przewodzić jednej z grup. Koło wozu z zaopatrzeniem, zrobił się wielki gwar, luźno ubrani żołnierze rozmawiali głośno przed pracą. Kiedy wszyscy już się rozeszli, w obozie zapanowała względna cisza. Ludzie albo spali, po nocnej zmianie, albo odpoczywali, korzystając z resztek letniego ciepła. Katherin przeszła się po obozie, odpowiadając na powitania, czasem pytając o samopoczucie żołnierzy. Później udała się do miejsca w którym przywiązany był jej koń. Pogłaskała go po głowie, poczesała troszkę jego sierść, usiadła na jego grzbiecie na oklep, tuląc się do umięśnionej szyi zwierzęcia.  Zarżał cicho, kiedy Katherin gładziła jego jasną grzywę. 
                W końcu zeskoczyła z jego pleców i udała się powoli do swojego namiotu. Skoro miała trochę wolnego czasu, poćwiczyła szermierkę. W końcu słońce stanęło w zenicie i powoli przesuwało po niebie w stronę zachodu. Minęło senne południe, żołnierze zaczęli gotować sobie obiady. Katherin zrobiła to samo, i kiedy przybył kurier, siedziała właśnie wpatrując się w płomienie, na których gotowała się zupa.
-Pani Katherin?- zapytał zasapany brunet.
-Tak, siadaj. Masz rozkazy, mam nadzieję?
-Oczywiście. Już daję.
                Otwarł swoją skórzaną torbę i podał Katherin trzy karty papieru.
-Słuchaj, jak zupa się zagotuje, możesz ją zjeść, ale nie wolno ci przeszkodzić w mojej pracy, rozumiemy się?
-Oczywiście, proszę pani!
-No to świetnie.
                Schowała się w namiocie. W środku było nawet jasno, bo  światło przesiąkało przez czerwony materiał, nadając wnętrzu magicznego wyglądu. Poza siennikiem i porozrzucanymi wszędzie papierami, leżały tam też podróżne torby, siodło i ubrania. O środkową tyczkę namiotu oparta była kwadratowa tarcza.
                Usidła na posłaniu, studiując papiery. Dwie karty zawierały szczegółowe rozkazy. Miała wrócić do Noanea, nie spiesząc się za bardzo, spokojnym tempem. Mieli wyruszyć na drugi dzień z rana, zaraz po otrzymaniu rozkazu. Wytyczono jej też trasę powrotną, która w kilku miejscach zahaczała o miejsca w których mogli przebywać koczownicy.
                Na trzeciej kartce był napisany list. Do niej, od Nolana. Przeczytała go szybko , zmartwiła się stanem jego zdrowia. Od kilku tygodni ciężko chorował i nie było widać poprawy, czuł się tylko gorzej. Martwiła się, że straci przybranego ojca. Chociaż nikt jej nie wierzył, że jest jego córką, skoro wyglądem przypominała jego wnuki. Z niewiadomych przyczyn, w ogóle się nie starzała i miała już sześćdziesiąt lat. Elfy wykluczyły jakiekolwiek pokrewieństwo z ich rodem. Zagadką pozostała też lewa ręka dziewczyny, pokryta ”tatuażami”. Jeśli można było je tak nazwać.
                Poukładała papiery w jednej z torb i zamknęła zatrzask. Posprzątała też walające się na podłodze inne drobne przedmioty, a później wyszła przed namiot. Kuriera już nie było, ale zostawił jej troszkę zupy, więc zjadła szybko i zgasiła ogień. Przyjechali właśnie ludzie z dostawą jedzenia, które wylądowało na wozie przeznaczonym do jego przechowywania. Podjechał do niej drużynowy i wręczył jej szkatułkę.
-Pani! Nie wydaliśmy wszystkiego. Udało nam się targować.
                Katherin zajrzała do środka i zobaczyła, że  zostało więcej pieniędzy, niż oczekiwała.
-Dobrze się spisałeś. Jak się nazywasz?
-Dorian, pani Katherin.
-Pierwszy raz jesteś drużynowym?- zapytała.
-Tak. Wszyscy inni byli zajęci, więc plutonowy Tonis pozwolił mi przewodzić drużynie.
-Więc pozostawiam ci ten stopień. Odprowadź konie na miejsce i dopilnuj żeby miały wodę, później odpocznij.
                Twarz miał rozpromienioną.
-Tak pani. – pochylił delikatnie głowę i się oddalił.
                Katherin pokręciła się jeszcze po obozie, a później poszła zobaczyć jak idzie robota w lesie. Najpierw zajrzała w miejsce, w którym żołnierze ścinali drzewa. Chwilę stała z daleka, jedynie obserwując ciężką pracę, później zrobiła kilka kroków do przodu, tak aby ją zauważono. Pierwszy zauważył ją niski mężczyzna, który rozcinał świeżo obalone drzewo na mniejsze pieńki i odcinał gałęzie, rzucając je na stos za swoimi plecami. Podbiegł do niej i zasalutował.
-Drużynowy Agran, jakiś problem pani?
-Nic się nie stało, oglądam tylko rezultaty. Chce żebyście zostawili kilka dłuższych gałęzi, nie rozcinajcie ich na mniejsze.
                Uśmiechnął się i powiedział:
-Robimy większe ognisko dzisiaj wieczorem?
                Katherin także się uśmiechnęła.
-Owszem. Wracamy do domu.
-Nareszcie! Rozumiem, że mam nikomu nie mówić, bo będzie przemówienie.
-Mądry z ciebie mężczyzna. Wracaj do pracy, tylko zadbaj o to ognisko.
-Się rozumie.
                I odszedł dalej pracować. Katherin poszła też, zmienić rozkazy dla ludzi kopiących dół na odpadki, żeby nie robili go za głębokiego, a jak skończą, to mają zrobić dużo miejsca po środku obozu.
                Przez resztę dnia, Katherin sprawdzała stan wszystkiego, co będzie im potrzebne do podróży. Obejrzała dokładnie cztery wozy, na których jutro pojedzie całe ich zaopatrzenie. Sprawdziła stan koni i dwóch wołów pociągowych, które ciągnęły najcięższy wóz, ten z jedzeniem. Chwilę później, obie drużyny jednocześnie wróciły z polowania. Dopilnowała, by to co upolowali, zostało odpowiednio potraktowane, aby można było wieczorem przyrządzić mięso nad ogniem. A przynieśli dwa dziki, jedną sarnę i kilka ptaków.  Godzinę później, ognisko już płonęło jasnym płomieniem. Patrol wrócił do obozu i już wszyscy żołnierze zakończyli prace. Dziczyzna skwierczała  nad paleniskiem, a ludzie rozmawiali głośno i śmiali się.
Katherin zadęła w róg. W obozie zapadła cisza. W krótkich słowach, opisała im plac jutrzejszej podróży, a także całą trasę. Obliczyła, że prawdopodobnie za osiem dni zobaczą swoje rodziny.
-Dzisiaj o nic się nie martwcie. Jedzcie, bawcie się, tylko bądźcie jutro rano gotowi do drogi. Dzisiaj ja tu jestem gospodarzem. – sięgnęła po przygotowany wcześniej bochenek chleba. – Niniejszym ogłaszam, że rozpoczynam biesiadę. Jedzcie do syta, bo to dary Matki naszej Ziemi, a ona przykazała korzystać z dobrodziejstw przyrody.
                Wrzuciła ukruszony kawałek chleba do ognia i powiedziała dalszy ciąg modlitwy:
-Bogini się nad nami zmiłowała, więc oddajmy jej cześć korzystając z jej dobroci. Chwalimy jej dobre serce.
-Teraz i na wieki.- odpowiedział chór złączonych głosów.
-Jedzcie bracia żołnierze.
                To był długi wieczór. Nie można zliczyć ile historii zostało opowiedzianych przy ognisku, ani dowieść, które były prawdziwe, a które to tylko bajki. Katherin zasiadła między plutonowymi i podoficerami, słuchając opowieści siwego już żołnierza, który wiele w życiu widział i słyszał. Opowiadał legendy o bogach, nie tylko tych tutejszych, ale tez o elfickich i krasnoludzkich. Katherin, nie wytykała mu kilku błędów, które popełnił, nie chciała urazić staruszka. Opowiadał też o krajach, położonych na drugiej stronie lądu. Twierdził, że był tam osobiście, że widział miejsca, w których nie ma zimy, są wiecznie zielone, ale też takie, gdzie nie ma nic poza piaskiem. Opowiadał o wysokich górach, o tym jak walczył w nich z dzikimi zwierzętami, o lasach, w których mieszkały duchy i tym podobne.
                W pewnym momencie opowiadał historię o księżniczce. Twierdził, że zawistna siostra, usadziła następczynię tronu w koszyku i spuściła ją do rzeki. A miało być to dziecko naznaczone przez bogów, do pokonania zła na świecie.
-Nie chcemy ci psuć zabawy, ale na tron zasiada raczej starsze dziecko, nie młodsze. – upomniał go jeden z podoficerów.
-Nie wierzysz, to nie wierz! Przepowiednia mówiła, że właśnie ta młodsza, zasiądzie kiedyś na tronie. I zobaczysz, że jeszcze usłyszymy o tym historie!
-Oczywiście, jeśli ją dla nas wymyślisz. – powiedział śmiejąc się Tonis.
                Grupa odpowiedziała śmiechami, ale staruszek nie dawał za wygraną.
-Zaśpiewam wam pieśń o niej. Wtedy mi uwierzycie.
-Śpiewaj, będzie ciekawiej. – powiedziała Katherin, uśmiechając się wesoło.
-Jak obiecałem, tak będzie droga Pani!
                Odkaszlał kilka razy i zaintonował, klaszcząc w dłonie:
Nasza pani ukochana, a zaginiona
Przed laty okrutnie zatopiona 
Z nienawiści ta zbrodnia zrodzona,
Niczym dziecię z matczynego łona.
Z tej samej gliny została ulepiona,
Lecz o wiele okrutniejsza jest niż ona. 

Lud jej wierny, posłuszny, ukochany
Szuka swej pani aż po lasy Loany.
Kraje obiegła wieść niesłychana 
Zagubiona jest następczyni Talana.
Kto tron posiądzie, jeśli nie ona? 
Kraj jest zgubiony, a matka zrozpaczona. 

Kreonie wielki, w białej skale wykuty
Jesteś niczym, prochem marnym dopóty 
Księżniczki wielki blask nie przyjdzie
I cie na wieki nie posiądzie.
Jeśli oblicze jej jasne, zaćmione
Nie spojrzy na państwo strapione. 

Lata mijają, a pani nadal zagubiona
Wśród małych dzieci nie odnaleziona. 
Król juz stary, królowa osępiała 
Siostra pani się uradowała
Kiedy wieść tę dosłyszała,
Droga do korony wydaje się mała. 

Zła to pani, złe jej rządy,
Lud nigdy nie dowie się prawdy, 
Że ich dobrodziejka zaginiona 
Wśród wiejskich ludzi była wychowana.
A wśród bandytów dorastała 
I ich pomocniczką się stała. 

Nieśmiertelne na zawsze jej ciało 
Przekłute było mieczem razy nie mało. 
Lecz niczym feniks z szarawych popiołów 
Odrodziła sie wśród nocnych łowów. 
Gwiazdy na niebie święcą jasno 
Kiedy nasza pani raduje się mocno. 

Na dłoni znak ognia ma wyryty 
Po tym poznać feniksa możesz i ty
A gdy odnajdziesz naszą panią 
Za koniec świata biegnij za nią.
Powiadom, króla Kreonu, ojca strapionego 
Rozpromienieją się ostatnie dni jego.
                Katherin wzięła głębszy oddech i rozejrzała się wokoło czy nikt nie widział jej reakcji na ostatnią zwrotkę pieśni. Bo na wewnętrznej stronie jej lewej dłoni zaczynał się tatuaż okalający całą rękę. Początkiem był właśnie symbol ognia. W głowie pojawiło się jej nagle tysiąc myśli. Ale przecież nikt nie wiedział o tym tatuażu. Nagle jej rozważania przerwał donośny głos Tonisa, który mówił:
-Talan już dawno nie żyje i jakoś nie było słychać o powrocie jego córki. Teraz rządzi jakiś jego wnuk z tego co wiem, a słyszałem to u elfów. Więc księżniczka, jeśli istniała, albo zginęła w wodzie, albo już nie żyje. Bo o tron się nie upominała.
-Ale czy nie słuchałeś mnie uważnie. Przecież w pieśni była wzmianka o  tym że jest feniksem. Feniksy żyją wiecznie!
-Feniksy nie istnieją starcze! To bajka dla dzieci, nic więcej.
-A może wasza Matka Ziemia istnieje?
-Dosyć tego!- Katherin wolała przerwać ten spór już teraz, zanim dojdzie do rękoczynów.- Idziemy spać, jutro czeka nas daleka droga. Zasypać ognisko, resztki złożyć przy wozie, zmienić wartowników i wszyscy spać. Za pół godziny nie chce słyszeć w obozie żadnych głosów, to rozkaz. Przekazać dalej.
                Spojrzeli na siebie przeciągłymi spojrzeniami, ale wykonali rozkaz. Starzec, osobiście zagasił ognisko, ludzie używając pochodni udali się do namiotów. Katherin stała przy swoim namiocie i czekała, aż wszystkie światła pogasną. Później poszła sprawdzić jeszcze posterunek wartowników i sama udała się na spoczynek.
                Długo nie umiała usnąć. Zastanawiała się dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszała? Elfy, mówiły jej o Kreonie, znała przecież całą mapę na pamięć. Ale nikt nie mówił jej wcześniej tej historii, a na pewno była znana. „Zapytam Nolana”- postanowiła na krótko przed zaśnięciem. 

Brak komentarzy: