czwartek, 25 czerwca 2009
Szamani Cienia cz.3
Rozdział trzeci
Adernan
Susan szła spokojnie za Viven,nic nie mówiąc. Rozglądała się w około i obserwowała życie w podziemnym mieście. Domy miały oszklone okna, zasłonięte firankami, a za nimi tliło się delikatne światło. Właściwie, to była pewna, że we wszystkich domach zamiast drzwi będą szmaty. Jednak była w wielkim błędzie. Niektóre miały tak wymyśle wzory, że w normalnym mieście by się takich nie spotkało. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tam był tylko kawałek brudnego materiału,ale postanowiła zostawić sobie pytania na później.
Skręcili za róg i zobaczyła przed sobą duży okrągły plac.
-Gdzie jesteśmy?-zapytała.
-Sama zobacz.-odpowiedział ojciec Davida pokazując jej plakietkę z nazwą.
“Plac okrągły... Nie zbyt oryginalna nazwa, ale przynajmniej pasuje.”-pomyślała. Rozejrzała się w około i stwierdziła, że wszystkie domy tutaj są zamienione w sklepy. Z witryn spoglądały na nią manekiny ubrane w różne dziwne ubrania. Na jednym z okien był naklejony wielki napis “Zaopatrzenie”, a zaraz obok niego była biblioteka. Później było kilka zieleniaków, apteka, sklep z akcesoriami magicznymi, biuro adwokackie, a nawet “Spółdzielnia Mieszkańców Adernan”.
-Czy to miasto nazywa się Adernan?-zapytała.
-Raczej łatwo się domyślić.-odezwała się Viven.
Susan pozostawiła ten komentarz bez odpowiedzi. Spojrzała w cztery drogi odchodzące od tego palcu. Ta którą przyszli nazywała się “Wejściową Główną”, następna, która skręcała za biblioteką, to “Szwedzka”, kolejna “Aleja Uzdrowicieli” i na końcu “Ulica Wendt'a”. Przeszli przez plac i weszli w Aleję. Pod domami rosły w donicach różnorakie rośliny. Niektórych dziewczyna nie znała, a inne widziała kiedyś w książce z biologii, ale nie wiedziała, że mogą rosnąć w tej części świata i w tych warunkach.
Uliczka ciągnęła się bardzo długo, a oni szli i szli... W końcu zobaczyli przed sobą ostatni dom, który był całkowicie inny niż reszta. Ogradzał go ogromny, kamienny mur. Wejście stanowiły dwie kolumny, na których przycupnęły marmurowe ptaki. W środku był ogromny ogród, w którym unosiła się słodka woń najróżniejszych ziół. Dom miał ogromne, drewniane drzwi, zdobione złotem, tak samo jak ramy okien.
W środku, jak później przekonała się Susan, było jeszcze lepiej. Pan Cyprian otworzył drzwi i wszyscy weszli do długiego przedpokoju. Stały w nim dębowe meble, kanapa i podłużne biurko, co sprawiało, że wyglądał jak recepcja. Pod tylną ścianą stały dwie pary schodów. Jedne były kręcone i prowadziły do pomieszczeń znajdujących się na lewo, drugie za to były bardzo szerokie i niezbyt strome i prowadziły w drugą stronę. Między nimi były małe drzwiczki, na których widniało imie i nazwisko właściciela domu.
Overstreet poprowadził dziewczyny po prawych schodach i znalazły się w oślepiająco białym korytarzu.
-Witajcie w szpitalu.-powiedział.
Obie rozglądały się w około, widocznie Viven też była tutaj po raz pierwszy. Ściany gdzieniegdzie zdobiły portrety jakiś dziwnych ludzi, lub plakaty ostrzegające przed różnymi chorobami. Przed pokojem 034 zatrzymali się i ich przewodnik lekko pchnął drzwi i zajrzał do środka. Gestem pokazał im, aby poczekały, a sam wszedł do środka.
Susan usiadła na krześle, a Viven przechadzała się nerwowo po korytarzu. Zza drzwi słychać były szepty. Widocznie znajdowało się tam więcej osób. Głos ojca Davida odróżniał się od innych, bo mimo jego wieku, nadal brzmiał bardzo dziecinnie. Kiedy Susan wsłuchała się dokładnie, usłyszała głos kobiety.
Chwilę później mogła się przekonać że ma dużo racji. Drzwi otwarły się gwałtownie i wypadła przez nie spłakana kobieta, a Susan zdążyła zauważyć tylko kolor jej włosów. Była ciemną-blondynką. W drzwiach pojawił się Cyprian, spojrzał za nią i tylko pokręcił głową.
-Kto to był?-zapytała go Susan.
-To moja żona, Kate. Milutka, czyż nie?-posilił się na żart.-Jest bardzo wrażliwa, przeżywa każdą ranę naszego syna, bo to nasze jedyne dziecko.
Westchnął ciężko.
Susan śledziła wzrokiem kobietę, która właśnie niknęła na końcu korytarza. Później usłyszała jej kroki na ciężkich drewnianych schodach.
Pan Overstreet zaprosił obie dziewczyny gestem do środka. David leżał na metalowych łóżku, okryty białą i cienką kołdrą .Nogę w którą ugryzł go Mule, miał zawieszoną na płachcie materiału, zawieszonej pod sufitem. Był w śpiączce, ale coś majaczył i kręcił się niespokojnie. Twarz miał czerwoną i oblaną potem.
Jakiś gruby facet, właśnie przypinał go pasami do łóżka. Susan już się miała zapytać po co to robią, ale się powstrzymała. Usiadła na krześle postawionym pod ścianą, patrzą się tępo przed siebie. Za to Viven stała przy łóżku i patrzała na niego z ukosa.
-Palant...-wyszeptała, po czym opadła na drugie krzesło.
Dopiero teraz uświadomiły sobie, że ich ostatni posiłek to kilka kanapek w barze, przed dwunastą(które zresztą nie były, aż tak pożywne). Więc dziewczyny były głodne. Pierwszy odezwał się żołądek Susan,a brzuch jej koleżanki zawtórował jej burczeniem. Obie chwyciły się się kurczowo się w tali, aby uciszyć wygłodniałe ciało. Ojca Davida widocznie to rozbawiło, bo zaśmiał się cicho, a później znowu spoważniał, badając rany syna. Spojrzał na niego i Susan mogła przysiądź, że widziała łzy w jego oczach. Aż ją coś ścisnęło za serce...
Doktor położył rękę na czole Davida. Burczał coś pod nosem, aż nagle głośno zapytał:
-Kiedy to się satło?
-Ale co?-Susan była lekko wyrzucona z kontekstu.
-Jakieś dwie godziny temu...-odpowiedziała Viven.
Zacmokał i spojrzał na nogę syna.
-Trucizna rozprzestrzenia się szybko, ale miał dużo szczęścia, bo ta cała akcja z zaklęciem, spowolniła akcje jego serca. A Mule nie ugryzł go na szczęście w tętnicę, tylko w kawałek mięśnia. Więc jeśli teraz podam odtrutkę, to za dwa tygodnie będzie jak nowo narodzony. Sam.-pokazał na grubasa.- Przynieś ją dobrze?
Mężczyzna kiwnął głową i wyszedł. Tym czasem rana Davida została przemyta przez pana Overstreet'a jakąś żółtą mazią, śmierdzącą ziołami. Sam pacjent poruszył się niespokojnie, krzywiąc przez sen.
-Ten facet to Sam Trevert. Małomówny, ale całkiem spoko. Jest moim pomocnikiem.-powiedział Cyprian.
Dziewczyny mało to obchodziło, więc tylko wzruszyły ramionami. Tylko w ciszy przyglądały się nodze kolegi. Choć raz, od kiedy się poznały, robiły coś razem, nie kłócąc się.
Kiedy wszedł do pokoju Sam, obie na niego spojrzały. Musiał poczuć na sobie ich wzrok, bo poczerwieniały mu uszy i nerwowo przestępował z nogi na nogę.
-Nieśmiały...-wyszeptała Viven.
Susan parsknęła śmiechem. Po raz pierwszy rozbawiła ją uwaga dziewczyny. Sam jeszcze bardziej poczerwieniał....
Doktor wymówił słowa zaklęcia i pokój wypełnił się zielonym blaskiem. Susan, aż wstała, aby dokładnie się temu przyjrzeć. Chłonęła słowa zaklęcia, tak samo jak ciało Davida odtrutkę. To było niesamowite! Przestał się dygotać i rzucać. Teraz było słychać tylko miarowy oddech, jakby spał.
-No to teraz, jeszcze minie troszkę czasu, zanim się obudzi.- westchnął Cyprian.- A i Susan jeśli chcesz, to wróć do Biura Ochrony, to Belmundo oprowadzi cie po mieście. Poproś go żeby cie zaprowadził do Prezydenta. Na pewno chce z tobą pogadać.
Przytaknęła tylko, a on ciągnął dalej:
-Viven, chciałbym żebyś przyprowadziła tutaj twojego brata. Powiedz mu że mam dla niego prośbę i informacje.
-No niech ci będzie i tak chciałam już iść.-burknęła i wyszła.
Susan wybiegła zaraz za nią. Doszły razem do Okrągłego Placu, a później Viven weszła w Szwedzką, a on w Wejściową. Wreszcie była sama i miała czas porozmyślać nad tym co się stało. Jedno było pewne- chciała jak najszybciej wrócić do domu. Pewnie jej mama i brat już jej szukają. Jak ona im to wyjaśni? “Cześć mamo, przepraszam że nie wróciłam wczoraj do domu na czas, ale najpierw gonił mnie wielki ponurak, później chowałam się prze Mule, a potem niosłam poznanego przed godziną chłopaka do ukrytego pod ziemią miasta, bo był nieprzytomny.” Co za absurd!
W końcu doszła, odsunęła szmatę z drzwi i zajrzała do środka.
-Belmundo?-zapytała.
Podniósł głowę znad kart i zapytał:
-Coś się stało?
-Nic takiego. Tylko ojciec Davida pomyślał, że mógłbyś mnie oprowadzić po mieście i zaprowadzić do Prezydenta.
-Serio? Myślę, że to świetny pomysł!-wstał i zostawił drzemiącego na biurku ojca samego.
Wyszli przed budynek, jeśli można było go tak nazwać. Skierowali się powoli w stronę z której Susan tutaj przyszła.
-Dzięki.-rzuciła tylko.
-Nie ma sprawy. Moja praca jest tak nudna, że nic się nie stanie, jak sobie na chwilkę wyjdę.
“Już to dzisiaj mówił”-stwierdziła Susan. “Ta jego praca, musi być na serio nudna...”
Szli sobie spokojnie, kiedy znowu zaburczało jej w brzuchu.
-Chyba ktoś tu jest głodny.-zażartował.
Poczerwieniała....
-Nie martw się, wstąpimy do jakiegoś sklepu.- dodał.
Chwilkę szli w ciszy. Ale Susan przypomniało się pytanie, które miała mu zadać.
-Mogę o coś spytać?
-O co tylko chcesz, Sami.
-Na imie mi Susan...
-Och, wybacz. Mam słabą pamięć do imion. To co chciałaś, S u s a n ?
-Chciałam się zapytać o tą szmatę w drzwiach Biura...
-No i?- jakoś nie widział w tym nic dziwnego.
-Dlaczego nie macie drzwi?
Spojrzał na nią zdziwiony.
-Przecież to oczywiste. Musimy słyszeć czy ktoś nas nie woła. No wiesz tunel i te sprawy.
Ale to było oczywiste... Dlaczego sama na to nie wpadła? “No dobra, jestem w szoku”-tłumaczyła się sama przed sobą, kiedy wchodzili na plac.
Skierowali się w stronę sklepu z napisem “Zaopatrzenie”. Belmundo puścił ją przodem. “Jakie dżentelmen”-pomyślała i uśmiechnęła do siebie. Weszli do zadymionego pomieszczenia. W środku panował półmrok. Smród papierosów mieszał się z zapachem jedzenia. W pokoju znajdowała się tylko podłużna lada, a którą siedział starszy facet, czytając gazetę. Za jego plecami znajdywały się zamknięte drzwi.
Susan przyjrzała się dokładnie starszemu mężczyźnie. Miał na oko sześćdziesiąt lat, jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, głowę przykrywała bujna czupryna siwych włosów. Zerknął na nich znad gazety, uśmiechnął się i powiedział:
-Kogo tam prowadzisz, Belmundo?
-To Susan.- powiedział.
-Nowa mieszkanka?
-Właściwie, jeszcze nie wiadomo.-stwierdził.
Teraz role się odwróciły i to Susan była obserwowana. Czuła jak świdrują ją jego jasno-szare oczy. Znów się uśmiechnął i powiedział:
-Mów mi Stew.
Susan odwzajemniła uśmiech.
-No to co was sprowadza w moje skromne progi?
-Dziewczyny burczy w brzuchu. Coś słodkiego poprosimy.
-Na twoją książeczkę?
-No, a na czyją? Przecież ona nie takiej nie ma.-wycedził Belmundo.
Mężczyzna przez chwilkę patrzał na nich gładząc sie po brodzie.
-To dzisiaj ja stawiam.-powiedział i zniknął za drzwiami.
Belmundo się zaśmiał.
-Chyba jeszcze nigdy nie dał mi nic za darmo. -stwierdził.
Susan uśmiechnęła się do niego. Chyba zaczynała lubić tego rudzielca. Nie był ani super przystojny, ani też brzydki. Miał jasną cerę, a na nosie pełno piegów. Włosy miał równo przycięte i postawione do góry. Trzymały się tak bez żelu. Spojrzała mu w oczy. Miały piwny kolor i były bardzo wesołe i ożywione. Na sobie miał białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. Taki sobie zwyczajny chłopak.
Podwijał akurat rękawy, kiedy wszedł Stew niosąc dwie drożdżówki.
-Smacznego.-powiedział podając je Belmundo'wi.
-Dzięki.- powiedzieli jednocześnie i wyszli.
Dał jej jedną, jednocześnie wgryzając się w swoją. Susan zrobiła to samo. Właściwie to miała nadzieję na jakiś porządny obiad, ale nie miała co narzekać. Przez chwilkę zastanawiał się o co chodzi z tymi książeczkami, ale postanowiła nie pytać.
-Gdzie najpierw?
-Sądzę że do Prezydenta.
-Ah, no tak. Nie stresuj się, to spoko koleś. Ale ma dużo roboty, więc nie wiem czy dzisiaj zdąży z tobą pogadać. Założę się że zapisze cie na jakiś dzień.
-Jaki jest dokładnie?-zapytała.
-No cóż, powiedział bym, że wybuchowy.-zaśmiał się.
Susan nie bardzo wiedziała czy ma się zaśmiać, więc nie zrobiła nic.
Weszli w ulicę Wendt'a. Susan spoglądała na zabieganych w koło ludzi. Z okien witały ją miłe staruszki. Od czasu, do czasu ktoś przywitał się z Belmundo i przy okazji z nią. Ona odpowiadała tylko: “Cześć” i czasem” Jestem Susan” po czym milkła. Czuła się tu dziwnie “swojsko”. Ludzie przyjmowali ją z otwartymi rękami. Zaczynała lubić to miejsce.
Ale ciągle miała tyle pytań. Dlaczego Viven powiedziała, że ona nie może wrócić do domu? Czy ona coś zrobiła? Dlaczego znaleźli się akurat, tam gdzie ona mieszka? Czy Mule szukał tam czegoś albo k o g o ś? Jak to się stało że jest szamanem? O co chodzi w magii? Jak się czaruje? Jak powstało to miasto? Czy jest więcej takich? I jedno które ciągle powracało: Czy ujrzy jeszcze dom?
Ciągle skręcali, a ona właściwie nie zwracała uwagi na to gdzie idzie. Po prostu szła za Belmundo. Ale w końcu zaczęła się na nowo interesować otoczeniem. Domy zaczęły się troszkę zmieniać, była jakby troszkę bardziej zdobione. Weszli w ulicę “Pałacową”.
Już nie lubiła tego miejsca. Domy tutaj były pełne przepychu. Nawet droga tutaj była wybrukowana, inną kostką niż gdzie indziej. Przed domami, na olbrzymich tarasach siedzieli ludzie, ubrani w gustowne ubrania, obwieszeni masą biżuterii. Musiała to być dzielnica w której mieszkali najbogatsi ludzie z Adernan. Susan się bardzo nie podobał ten podział na biedniejszych i bogatszych. Na chwilkę zmieniła całkiem zdanie o tym miejscu.
Szli tak ulicami, obserwowani przez zaciekawione oczy mieszkańców tej ulicy. Ucieszyła się kiedy stanęli przed wielkimi dębowymi drzwiami i pchnęli je. Weszli do środka i Susan ujrzała w środku mnóstwo zabieganych ludzi. Belmundo już rozmawiał z jakimś poważnie wyglądającym, starym facetem, na temat jej wizyty u Prezydenta. Zmarkotniał i podszedł do niej:
-Powiedzieli, że masz przyjść jutro z rana.
-Ah...-tylko tyle zdołała powiedzieć.
-Chcesz coś zwiedzić? Musze przyznać, że dzielnica chemików, jest całkiem fajna.
-Nie, razie jestem zmęczona.
-Och... No to może chcesz się czegoś dowiedzieć? Ja na twoim miejscu miałbym wiele pytań.
Wyszli na zewnątrz.
-Po pierwsze... Czy to dzielnica dla bogatych ludzi?
-A odniosłaś takie wrażenie? Nie, w całym mieście mieszkają tacy. Tutaj jest ich po prostu więcej bo to ważni urzędnicy. Byłaś u Davida w domu? Przy jego pałacu, te tutaj to tylko chatki z drewna.
Rzeczywiście jak teraz o tym pomyślała, to uznała ze chłopak ma rację.
-A jak się stać szamanem?
-Rozmówcą trzeba się urodzić...
-To skąd to się wie?
-Twoi rodzice, albo chociaż jeden, ale nie jestem pewien, musi nim być. To chyba oczywiste że ci o tym mówią.
-Jasne, oczywiste...
Susan spuściła głowę i spojrzała na swoje buty. Łzy same zaczęły cieknąć jej po twarzy.
-Susan... Ty płaczesz?-zapytał Belmundo.
Nic mu nie odpowiedziała, tylko pociągnęła nosem.
-Co ja takiego powiedziałem? Słuchaj przepraszam...-powiedział z przejęciem i chwycił ją za ramiona.
-Ty tego nie zrozumiesz.-wyszeptała próbując powstrzymać łkanie.
-Daj mi spróbować.
Belmundo sam nie wiedział co zrobić. Więc zrobił to co mu pierwsze przyszło do głowy. Przytulił ją. W ciszy stali na środku ulicy. On patrzał jak kolejne łzy moczą jego koszulę. Ale nie było to teraz ważne. Powoli dochodziła do siebie.
-Okłamali mnie... Wszyscy mnie okłamali. Nic nie powiedzieli.- powiedziała po chwili.
-Czasem prawda może się okazać gorsza od kłamstwa. Może chcieli cie chronić?
Uniosła głowę i spojrzała na niego opuchniętymi oczami.
-Myślisz? No, ale przed czym?
-Tego to nie wiem. Chodź odprowadzę cie. Podobno jesteś zmęczona.
Pokiwała tylko głową i już za chwilę zniknęli za zakrętem.
niedziela, 7 czerwca 2009
Szamani Cienia cz.2
Rozdział drugi
Tunel pełen świateł
Wybucha zahuczał im w uszach, a na placu pojawiła się chmura dymu.
-Cholera! Tylko jeden stwór się tak materializuje.-warknęła Viven.
-Jaki znowu stwór?!-zapytała Susan.
-Nie ma czasu, wiejemy!-krzyknął David.
Dziewczyna ledwo co zdążyła złapać torbę, kiedy dłoń Davida uchwyciła ją mocno za rękę. Znów biegli, jakby czas się zatrzymał i ciągle miało się dziać to samo. Wybiegli przez tylne wyjście i razem z zatrzaskującymi się drzwiami, szyba przy której siedzieli posypała się w proch. Ludzie krzyczeli, ale ich głosy jakby dźwięczały w oddali. Dla tej trójki istniała teraz tylko droga. Kiedy dobiegali do zakrętu, drzwi kawiarni wyleciały w głośnym hukiem w powietrze, przeleciały jedną trzecią długości ulicy i wylądowały na samochodzie.
Szybko skręcili i skryli się pod stołami koło lodziarni.
-To na nic. I tak nas zwęszy.-wydyszał David.
-To co robimy?-zapytała Susan, dysząc ciężko.
-My? Ty zostaniesz tutaj, a my się nim zajmiemy.-Viven zdawał się denerwować.
-Nie martw się. Mula łatwo odstraszyć.
Dziewczyna zrobiła dziwną minę.
-Mula?
-Potem ci wyjaśnię, teraz z Viven musimy się troszkę po gimnastykować. Ty tu siedź.
Wybiegli spod stolika i zniknęli za rogiem.
Susan poczuła się samotna. Martwiła się że coś się nie uda, a na pewno tak będzie. Jak zna swoje szczęście, to na pewno ulegną jakiemuś dziwnemu wypadkowi. Tak jak z tatą. Właściwie nie wiadomo do końca kto go zabił, bo jedyny podejrzany został znaleziony nieżywy w mieszkaniu. Podobno umarł na atak serca. Chociaż jej matka jakoś w to nie mogła uwierzyć, to cieszyła się że spotkała go odpowiednia kara.
Sprawdziła godzinę na zegarku. Zbliżała się już godzina dwunasta.
-Czy oni myślą że ja będę tu tak siedzieć wiecznie?!-powiedziała do siebie, wychodząc spod blatu.
Poprawiła sobie torbę na ramieniu i trzymając się blisko ściany, podeszła do rogu i wyjrzała ostrożnie zza niego. To co ujrzała bardzo ją przeraziło. David podpierał się na Viven, bardzo mocno krwawiła mu noga. Za to ona straciła wiele włosów, jak krucze pióra leżały wszędzie na ziemi. A przed nimi stał Mule.
Był bardzo dziwny. Same kości, na około niego unosiła sie zielona mgiełka, oczodoły pozostawały jednak puste. Palce, zarówno u nóg, jak i dłoni miał zakończone ostrymi “pazurami”, które błyszczały stalą w południowym słońcu. Jego zęby wyglądały bardziej jak kły niedźwiedzia, niż jak ludzkie. Do tego ociekały krwią, a Susan zaraz skojarzyła to z raną na nodze chłopaka. “Bardzo bym chciała pomóc, ale co ja zrobię? Tylko będę przeszkadzać. Będą musieli mnie potem ratować...”-myślała.
David wyprostował się gwałtownie i krzyknął:
-Koniec pogawędek! Nie powiemy ci gdzie ona jest!
Kościotrup przestąpił z nogi na nogę.
-Chcecie umrzeć?-zadźwięczał grobowy głos, Susan przeszły ciarki.
-Nie układamy się z stworami Cienia!-tym razem Viven nie wytrzymała.
Dziewczynie zdawało się że wcale nie jest tak łatwo go pokonać jak twierdził blondyn. Zaczęła się nerwowo rozglądać wokół. Nie znalazła nic, co mogło by jej ułatwić walkę. Zrezygnowana osunęła się po ścianie i skryła głowę między nogami.
-Niech to już się skończy...Nigdy nie czułam się taka bezsilna jak teraz...
Przeklinała chwilę, z którą wstała dzisiaj rano z łóżka. Nie wiedziałaby teraz o tym wszystkim. Co za głupia myśl popchnęła ją ku temu, żeby wypytać ich o to wszystko? Jak ona teraz będzie z tym żyć? Mogła ich wtedy zostawić, kiedy się kłócili, mogła odjeść... “Ale tego nie zrobiłam”-stwierdziła z łzami w oczach.
Za ścianą David właśnie kończył formułkę zaklęcia, kiedy Viven szarpała się z Mulem. Straciła kolejne kosmyki i kawałek rękawa. W końcu ostatnie słowa wyleciały z ust chłopaka, który opadł na ziemię. Jego towarzyszka szybko do niego podbiegła i przerzucając sobie jego rękę przez ramię, zaczęła się kierować w stronę lodziarni.
Wtedy na niebie zaczęły zbierać się chmury. W mgnieniu oka zaczął padać siarczysty deszcz. Stwór wydał z siebie cichy pisk, a później z odgłosem przypominającym gasnącą zapałkę, zdematerializował się.
Susan siedziała na ziemi, strugi deszczu zmieszały się z jej łzami, ubrania przykleiły się do ciała, włosy ciężko opadły na ramiona. Podniosła głowę, chcąc spojrzeć na niebo, ale zamiast tego ujrzała nad sobą twarz Viven.
-Wstawaj zrozpaczona damulko. Musimy iść.-powiedziała.
Dziewczyna wstała i jej wzrok spoczął na nieprzytomnym Davidzie.
-Może go wezmę.
Viven z chęcią oddała chłopaka pod opiekę Susan. Bez słowa ruszyły przed siebie. Dopiero teraz mogła ocenić dokładne obrażenia obydwóch Rozmówców. Szczególną uwagę przyciągnęły dziewczyny włosy, ostro potraktowane przez potwora.
-Musze wrócić do domu się przebrać.- stwierdziła po chwili.
Viven spojrzała na nią i przeszyła ją wzrokiem.
-Ty już nigdy nie wrócisz do domu.
Wtedy Susan zatrzymała się i spojrzała na nią zdziwiona.
-Jak...jak to?-wyjąkała.
-Nie mam ochoty, ani siły ci tego tłumaczyć. Możesz poczekać, aż dojdziemy do wioski?
Ona tylko kiwnęła głową.
Następne chwile były bardzo ciężkie. Obie dziewczyny biły się ze swymi myślami. Najtrudniejsze było przekroczenie granicy miasta. Przy ostatnim budynku Susan odwróciła się i przyjrzała dokładnie swemu domowi. Łza spłynęła jej po policzku, ale szybko zniknęła, zmyta przez deszcz.
Sama już nie wiedziała czy idzie od piętnastu minut, czy od dwóch godzin. Czuła jak nieprzytomny kolega coraz bardziej ciąży jej na ramionach. Czasami zsuwał się i musiały na chwilkę przystawać, aby się zamienić. Deszcz powoli ustępował, ale za to David robił się coraz bardziej blady. Za to one miały sine usta, bo nie została na nich ani jedna sucha nitka i było im strasznie zimno.
W końcu doszły do bardzo wysokiego i grubego dębu. Viven okrążyła je mrucząc:
-To gdzieś tu musiało być.
W końcu znalazła duży, nieregularny, szary kamień. Podniosła go i odrzuciła troszkę ziemi. Pod nią kryła się metalowa klapa, która miała około dwa metry średnicy. Susan skojarzyła się zaraz z obrazem zanieczyszczonych ścieków, tysiącem szarych szczurów i nieprzyjemnym zapachem. Ale ku jej niezadowoleniu dziewczyna przesunęła ją i wsadziła głowę do środka.
Po krótkiej rozmowie, zakłóconej przez dobiegające z dołu odgłosy, wróciła do Susan i powiedziała:
-Musisz mi pomóc, on jest bardzo ciężki.
Podeszły do niego i chwyciły każda za jedną rękę. Spuściły go na tyle głęboko, na ile pozwalały im ręce, a później z ciemności wyłoniła się para silnych męskich dłoni i chwyciła chłopca pod pachy, po czym razem z nim znów zniknęła.
-Dobra wskakuj.-zabrzmiał głos Viven.
Nie chciała zanurzać się w tych ciemnościach. Nie wiedziała co ją spotka na dole. Po kilku obelgach takich jak: “tchórz”, “strachliwa kotka”, “głupia szczapa” i innych bardziej niecenzuralnych, chwyciła się drabinek i zaczęła pełznąć w dół. Z każdym krokiem czuła jak powietrze stawało się coraz gęstsze, wilgotniejsze, a przy tym zimniejsze. Zupełnie jakby wspinała się na wysoką górę, a nie do podziemi. Jeszcze do tego stopnie ciągnęły się w nieskończoność i od czasu do czasu brakowało kilku szczebli. Mijała ciemne odnóża tuneli, które ciągnęły się wyżej. Z każdego zawiewało chłodne powietrze. W końcu daleko w dole zaczęło migotać jasne światło, które przybliżało się za każdym krokiem.
Aż w końcu doszła tak daleko, że nie wyczuła nogą już więcej szczebli. Kiedy Viven nadepnęła jej na głowę(zresztą nie pierwszy raz), powiedziała:
-Skończyła mi się droga.
-Skacz, idiotko!-usłyszała odpowiedź.
Susan bardzo niechętnie opuściła się na rękach w dół, po czym zsunęły się jej palce i zaczęła spadać na dół. Zamknęła odruchowo oczy i ugryzła w język, aby nie zacząć krzyczeć. Wszystko to działo się może tylko sekundę, albo dwie, bo zaraz później spadła na coś miękkiego.
-Na brodę mojego dziada, nic ci nie jest?-usłyszała.
Otwarła oczy i zobaczyła przed sobą starszego mężczyznę, o siwych włosach i brodzie. Spoglądał na nią piwnymi oczyma.
-Chyba nie- wyjąkała.
Widok który tu zobaczyła całkowicie ją zaskoczył. Nie spodziewała się zobaczyć czegoś takiego. Była pewna, że będzie tu całkowicie ciemno. Okazało się, że było tu zupełnie jasno, a światło dawały małe, zielone zawieszone w powietrzu kule. Miejsce gdzie wylądowała wyglądało jak brukowana ulica, a to na czym siedziała, było wielkim i zielonym materacem. Wstała powoli i zaczęła się rozglądać.
Zobaczyła w ścianach okna, a w nich zaciekawione oczy spoglądające zza firanek. Zobaczyła wejścia do mieszkań, bez drzwi, jedynie z szmatą zawieszoną na drewnianym patyku. Za chwilkę w miejscu na którym siedziała, spadła Viven, odbiła się od materaca i wylądowała koło Susan na równych nogach.
-Trzeba było się chwycić drugiego, nie pierwszego.-wypaliła patrząc na nią.
-Nie powiedziałaś jej?-wzburzył się starszy mężczyzna.
-Zapomniałam...-wzruszyła ramionami.
Staruszek pokręcił głową i powiedział:
-Wybacz, ale na pewno teraz zapamiętasz, że ostatni szczebel jest pomalowany eliksirem Śliskości. Zresztą zauważyłaś też pewnie pełno innych pułapek, takich jak brakujące stopnie i tunele w których mieszkają Cyreki. To wszystko nas zabezpiecza. Masz szczęście że ten szczeniak został ranny, bo nie było by tutaj tego materaca. Za pewne zabolało by dużo mocniej.
Susan syknęła i pogładziła się po tyłku na który upadła.
-Zapraszam panie na odprawę.
Ruszyły zaraz za nim do mieszkania które wcześniej obserwowała dziewczyna. W środku było dużo cieplej, gdzieniegdzie paliły się świece. Ściany były białe i puste, po środku stał stolik, a na nim leżały karty, kartki, kubki po napojach i kilka rzeczy których Susan nigdy w życiu nie widziała. Zaraz za nim stały dwa biurka, a za każdym siedział mężczyzna. Jeden z nich był średniego wieku o niebieskich, podkrążonych oczach i długich rudych włosach. Drugi był bardzo młody, również miał miedziane włosy, ale oczy miał piwne, a na twarzy pełno piegów. Zaraz za nimi były ciężkie, drewniane drzwi.
-Viven jak się nazywa twoja przyjaciółka?-zapytał starszy z mężczyzn z mocnym akcentem.
-To nie jest moja przyjaciółka.-mruknęła.
-Nazywam się Susan Alicja Taylor.
Młody chłopak szybko to zanotował i powiedział:
-Data urodzenia?
-Piętnasty marca 1988 rok.
-Nie mamy takiej osoby tato.-powiedział po chwili przeszukiwania papierów.
Wyglądał na bardzo podekscytowanego.
-Przeszukaj ją. -powiedział, a rudzielec aż podskoczył na krześle.
Wyciągnął z szafki przedmiot przypominający lampę. Był zbudowany z podłużnego klosza, a w środku tliło się błękitne światło. Podszedł do niej i przesunął z przodu i od tyłu, tak że niebieskie światło padało na mokre ubrania Susan.
-Czysta.-powiedział kiedy skończył.
-Skąd to wiesz?-zapytała.
-Bo gdybyś ukrywała jakieś niebezpieczne urządzenie lub coś podobnego, to światełko zarobiło by się czerwone. Troszkę szkoda, że tak się nie stało, bo praca tutaj jest strasznie nudna, a to zawsze jakieś urozmaicenie.
Uśmiechnęła sie do niego i zauważyła że on zrobił to samo.
-Nazywam się Belmundo Torres, a ten drugi rudy to mój ojciec Jose. Nie odzywa się za dużo, bo ma mocny hiszpański akcent i nie zna wszystkich słów.- powiedział.
-Ah...-wydusiła z siebie.
-Dostanie w końcu tą przepustkę?! Zimno nam...
-Rzeczywiście, macie śliczne rumieńce.-zauważył staruszek, który ich tu przyprowadził.
-Chwilka... Ty się chyba nie przedstawiłeś?-zauważyła Susan.
-Masz głupi zwyczaj zwracania się do wszystkich na “ty”. A on? Nie wie, że nie wszyscy go muszą znać.-powiedziała Viven.
“Jak ona śmie się mnie czepiać, jak sama nazwała tego faceta On”-pomyślała obrzucając wściekłym spojrzeniem Viven.
-Ekhem... Nie wiedziałem że ona jest niewtajemniczona... Wybacz. Nazywam się Cyprian Overstreet. Jestem tutaj głównym medykiem.
-Overstreet?-powtórzyła jego nazwisko.
-Tak jest ojcem Davida...-dodał Belmundo.
-Ma po mnie drugie imie.-zauważył z uśmiechem.
Jeszcze raz przyjrzała się jego brodzie i włosom. Teraz zauważyła, że wcale nie są siwe, tylko mają odcień bardzo jasnego blondu.
-I nie martwi się pan o swojego syna?-zapytała.
-A tam.-machnął ręką- My mamy bardzo mocne kości. A właśnie możemy iść dowiedzieć się co z nim. Jose wypisałeś już ten kwitek?
-Tak już końcę.-powiedział cicho.
-Kończę.-poprawiła go Viven, a Susan miała ochotę jej przywalić.
-Idziecie?-zapytał Belmundo.
-Że co proszę?-powiedział Cyprian.
-Przecież musimy skończyć grę.
-Innym razem, Bel.-odpowiedział ojciec Davida, podchodząc do biurka Jose'a.
-Nie nazywaj mnie Bel... To brzmi, jakbym był dziewczyną.
-Można powiedzieć, że jesteś troszkę do dziewczyny podobny.
-Posłuchaj Viven! Albo przestaniesz wszystkim na około ubliżać, albo ja się z tobą policzę!-Susan nie wytrzymała.
-O co ci znowu chodzi, nieznośna dziewucho?
-Wybacz, ale troszkę przeginasz. I nie nazywaj mnie dziewuchą! Gdzie ty się wychowałaś? Na wsi?
Widocznie wstrząsnęły nią te słowa.
-Uważaj co mówisz! Wychowałam się w lepszym miejscu, niż te twoje śmierdzące miasto, pełne nieświadomych śmiertelników.
-Dobra, dobra dziewczyny. Spokojnie, bo się zaraz pobijecie. Mam już ten głupi kwitek.-pomachał do nich kartką papieru- Możemy iść.
Obie poczerwieniały jeszcze bardziej na twarzy. Susan szybko biło serce i zrobiło się bardzo ciepło. Patrzały sobie w oczy. Pierwsza wzrok odwróciła Viven i wyszła na zewnątrz. Zaraz za nią wyszedł pan Oversteer. Ona zanim wyszła, rzuciła szybko: “cześć” i “dowidzenia”. Odsłoniła zasłonę i oślepiło ją zielonkawe światło. Kiedy jej wzrok się już przyzwyczaił, opuściła głowę i powlekła się za przewodnikiem.
Szamani Cienia cz.1
Rozdział pierwszy
Ponurak
Niski pagórek. Na jego szczycie dwie postaci wpatrzone w gwiazdy. Jedna z nich to kobieta i nazywa się Viven. Chłopak koło niej, to David.
-Wiesz czasem życie może być okrutne i wspaniałe za razem.-powiedziała wzdychając.
-Zależy, kto co lubi...-stwierdził.
Spojrzała na niego swymi zielonymi oczyma.
-Tylko tyle?
-Że co proszę?- rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
-Zawsze się wykłócasz, a teraz... Sie zgadzasz?
-Nie będę się z tobą spierał. Po całym dniu drogi, nie mam już na to siły. Zresztą, znowu czytałaś tą książkę.
Spojrzała na niego marszcząc brwi.
-Masz coś przeciwko czytaniu?
-Nie, ale u ciebie...hhhmmmm.. Jakby to powiedzieć? Od kiedy ją przeczytałaś, zrobiłaś się strasznie przemądrzała.-spojrzał na niebo.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale chłopak dał jej do zrozumienia, że to koniec rozmowy. Odeszła parę kroków dalej, gdzie rozbili obóz i ogrzała ręce przy ognisku. Nie czekając na swego towarzysza, ułożyła się w śpiworze i usnęła.
***
Gwiaździsta noc ustąpiła porannemu brzaskowi. Nad miastem właśnie wstawało słońce, kiedy głos matki przerwał Susan sen.
-Kochanie wstawaj, zobacz która godzina.
Przeciągnęła się i wstała w łóżka. Spojrzała na swój pokój. Wieczny bałagan, ostro żółte ściany i niebieskie zasłonki. Otwarta szafa, a pod nią książki ukryte pod warstwami ubrań. To właśnie był jej “pokój”, który raczej był pobojowiskiem.
Jakoś weszła między ubrania i spakowała swoje rzeczy do szkoły, wzięła kilka ubrań i unikając kontuzji wyszła z pokoju. Skierowała się do łazienki i w tym miejscu pozostała przez następne dwadzieścia minut. Później zeszła na dół, do kuchni.
Usiadła przy wysokim stole, na którym stał dzbanek mleka i płatki. Ale właściwie to nie była głodna i nie chciała ich jeść. Zrobiła to bardziej z przyzwyczajenia, niż dlatego, że chciała zjeść śniadanie. Wstała i chwyciła w dłoń jabłko, pobiegła po torbę, narzuciła ją na ramię i wybiegła z domu.
-Szósta czterdzieści pięć...-mruknęła do siebie, sprawdzając godzinę.
Pora była co prawda wczesna, ale dla Susan to była normalka. Kiedy chodziła do podstawówki, co dziennie wychodziła o tej porze(czasem wcześniej, jeśli chciała pobiegać), bo chodziła na poranne treningi.
Trenowała sztukę walki nazywaną Capoeira, szczególnie tą jej część, która była potrzeba do walki wręcz. Kiedyś jej życie było serią nieprzyjemnych zdarzeń. Najpierw obrabowali sklep jej matki, później pobili brata, na samym końcu zastrzelili jej ojca. Postanowiła, że nigdy nie pozwoli, aby komuś jej bliskiemu stała się krzywda. Dlatego trenowała. Na początku śmiała się z tego stylu walki. “Co to ma być? Taniec?”- myślała. Ale po pewnym czasie poznała głębię tego sportu i go pokochała.
Skierowała się na pobliskie pola żeby poćwiczyć. Miała problem z treningami. Jej trener doznał poważnej kontuzji, a nowego nie umiała ścierpieć. Jeszcze do tego, ciągle miała dziwne wrażenie, że potrafi więcej od niego. Więc zrezygnowała ze spotkań z tym beznadziejnym facetem i postanowiła sama się zająć swoim kształceniem.
Ułożyła swoją torbę pod drzewem i zaczęła sie przeciągać, kiedy coś innego przyciągnęło jej uwagę.
Spojrzała na drugi koniec pola. W jej kierunku biegło dwóch ludzi, którzy przed czymś uciekali. Jednak nie mogła zobaczyć, przed czym dokładnie. Dopiero kiedy się przybliżyli, zauważyła że jest to pies, wielkości porządnego byka, którego ogon i łapy były całkowicie pozbawione skóry i mięsa, oczy błyszczały się czerwonym płomieniem.
Cofnęła się dwa kroki do tyłu, bardzo zdziwiona tym co zobaczyła.
-Może mam zwidy...-szepnęła.
Przetarła oczy i znów spojrzała. Dalej to samo.
-To jest jakieś chore!-stwierdziła, klnąc w myślach.
Podbiegła do drzewa i zarzuciła torbę na ramie. Kiedy zabierała się do ucieczki, niestety stwierdziła że już za późno. Zauważyła że uciekający się już z nią zrównali. Biegnąca bliżej niej dziewczyna, chwyciła ją mocno za przegub i pociągnęła za sobą. Naprawdę ciężko było jej dotrzymać im kroku, mimo iż była najszybszą biegaczką w mieście.
-Myślę że nie wbiegnie do miasta.- zawołał mężczyzna.
Jeszcze przyśpieszyli. Susan zabolała ręka, bo uścisk był naprawdę mocny, a jeszcze do tego nogi po woli odmawiały jej posłuszeństwa. Jednak kiedy znaleźli się w pobliżu pierwszych budynków, potwór zatrzymał się i cofnął kryjąc łeb pod kościstymi łapami. Parsknął, a z jego pyska wydobył się obłoczek dymu. Rozrósł się przykrywając całą jego postać, a kiedy uleciał w powietrze, psa już tam nie było.
Susan dyszała ciężko, tak jak jej towarzysze. Spojrzała na ich twarze pokryte potem i zaczęła się zastanawiać ile już musieli przebiegnąć. Później jej wzrok zatrzymał się na ich ciężkich bagażach.
-Mówiłam ci że nas zwęszy, ale ty nie chciałeś mnie słuchać.-powiedziała kobieta.
-Myślałem...
-Tak, jak zwykle. Może następnym razem się bardziej postarasz.- przerwała mu w połowie zdania.
-Posłuchaj smarkulo!-skrzywiła się na to stwierdzenie- Nie będę wysłuchiwał twoich narzekań. Ciesz się, że tak szybko go wykryłem, bo nie stałabyś tutaj teraz.
-Smarkulo?! Te dwa lata, które nas dzielą, nie sprawią że będziesz mnie traktował jak dziecko!
-Eeeee... przepraszam?-odezwała się niepewnie Susan.
Spojrzeli na nią. Ona czuła, że jeśli czegoś nie zrobi, to sie pozabijają. Dopiero teraz mogła się im dokładnie przyjrzeć. Zauważyła, że dziewczyna, ma mniej więcej tyle lat co ona. Włosy miała czarne, opadające na ramiona, zafarbowane na zielono pasemka zasłaniały uszy, oczy miała bardzo zbliżonego koloru. Na sobie miała wytarte gdzieniegdzie dżinsy, czarną koszulkę z napisem “Nie jestem wampirem”, na to narzuconą niebieską bluzę z kapturem, a na plecach plecak.
Facet, ma około dwa lata więcej od niej, co wywnioskowała z rozmowy. Spod grzywki spoglądały na nią ciekawskie, błękitne oczka, a reszta blond włosów odstawała w kilku miejscach, jakby dawno się nie czesał. Jednak nie wyglądało to wcale źle, a dodawało uroku jego zawadiackiemu uśmieszkowi. Ubrany był podobnie do dziewczyny. Nad niszczone spodnie, musiały być modne tam, skąd przyszli, tak samo jak czarne koszulki ze śmiesznymi napisami. On miał na niej napisane: “Nie obchodzi mnie, że nie lubisz mięsa”. Zieloną bluzę miał przewiązaną na biodrach, na plecach taką samą torbę.
W końcu Susan przestała się im przyglądać, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że oni robią to samo z nią.
-Powiecie mi co to było?-zapytała niepewnie.
-To był ponurak.-odpowiedział chłopak nadal jej się przyglądając.
Kiedy zobaczył, że przeszedł ją dreszcz, dodał:
-Nie martw się. To co o nich mówią, to wcale nie prawda. To że widziałaś ponuraka, nie znaczy że umrzesz. Samym wzrokiem cie nie zabije.-uśmiechnął się-Dopiero bliższe spotkanie z nim, może być niebezpieczne.-dodał cierpko.
-Ale skąd on tutaj się wziął?
Spojrzeli na siebie. “Ukrywają coś”-pomyślała Susan.
-To długa i męcząca historia.-stwierdziła dziewczyna.
-No, a ja jestem głodny.
Susan spojrzała na nich. Po chwili ciszy powiedziała:
-To kupię coś do jedzenia i w tym czasie pogadamy. Co wy na to?-spojrzała na nich.- Jestem ciekawa co mnie zaatakowała.
-I nie boisz się dwóch nieznajomych?-zapytał chłopak.
-Ja się nikogo nie boję.-powiedziała i uśmiechnęła się.
Chłopak odwzajemnił ten uśmiech, a dziewczyna przyjęła to stwierdzenie jakoś dziwnie. Ale w końcu poszli razem do ulubionej restauracji Susan, kiedy ta zamawiała jedzenie, oni rozglądali się ciekawie w około. W końcu wróciła do nich i usiadła z tacą pełną trójkątnych kanapek i trzema colami.
-No to może mi powiecie jak się nazywacie?
-Ja nazywam się David Overstreet, a ona to Viven Jones.
-Dziękuję, umiem mówić.-warknęła Viven.
-Miło mi, Susan Taylor.-powiedziała podając im obojgu rękę.
Zaczęli jeść. Viven w ogóle się nie odzywała, tylko czasem jej przyjaciel komentował wystrój kawiarni, lub smak posiłku. Kiedy skończyli, David spojrzał za okno, odetchnął i zaczął:
-Słuchaj. To wszystko nie jest takie proste, więc nie zdziwię się jak czegoś nie zrozumiesz. Ale i tak sądzę że będzie łatwiej będzie jeśli nie będziesz przerywać, pytaniami. Dobra?
Przytaknęła.
-Więc zaczniemy od tego, że powiemy ci co tu robimy. Ścigam pewnego...jakby to powiedzieć, złego faceta. To wszystko jest bardzo skomplikowane...
-Przestań kręcić David. Dobrze wiesz, że ona też jest... no wiesz. Powiedz jej wszystko, od początku.-przerwała mu Viven.
-To jak jesteś taka mądra, to może sama jej to wyjaśnisz?-wzburzył się.
-Mi się nie chce.-stwierdziła.
Wzdychając, spojrzał na dziewczynę.
-No dobra. Wiesz kto to taki szaman?
-Szaman? To ci od duchów, tak?- powiedziała Susan.
-No masz. Zawsze tak jest, jak cie wychowują wśród zwykłych śmiertelników. Zaczniemy od magii. Magia ma wiele zastosowań, odnóg i dziedzin pokrewnych. Jak ty byś to nazwała Szamaństwo, a jak my to nazywamy Seomres lub Loquorespirutus, co po łacinie znaczy rozmawiać z duchami. Chociaż to nie jest do końca rozmowa, ani wywoływanie. Szamani, czyli poprawnie Rozmówcy, zazwyczaj zajmują się sprowadzaniem zabłąkanych dusz do świata podziemnego.
-Do piekła?-przerwała mu Susan.
-Miałaś nie przerywać, ale niezłe pytanie.
“Zachowuje się trochę, jak mój pan z chemii...”-pomyślała.
-Nie ma czegoś takiego jak niebo, czy piekło, ani nie ma Boga. Ani innych bogów. To tylko zabobony ludzkie. Co prawda, każde ciało ma duszę. I to właśnie dusza decyduje czy ma się do świata podziemnego udać czy nie. Pewnie znasz historie o duchach, które mają niedokończone sprawy na ziemi i takie tam. Mają w sobie dużo prawdy, bo dusze często zostają na Ziemi, czyli Inuriterrus, aby dokończyć to czego za życia nie zdążyły. Tyle że nie mogą później same dostać się do Saneterrus,czyli Lepszego Świata.
-Jesteśmy z Davidem rozmówcami, a ty także nim jesteś.-powiedziała Viven.
-Ja? A skąd ta pewność?
-Pamiętasz tego ponuraka?-zapytał David.
-No tak...
-Ponurak nie cierpi zapachu ludzi którzy nie są Rozmówcami, więc uciekłby od ciebie. A jednak tego nie zrobił.
-Dlatego uciekł przed miastem. Ale to głupio zabrzmiało...- stwierdziła.
-Tak dużo tu ludzi... Ten Ponurak, to był główny ogier przywódcy Cieni.
-Cieni?
-To ludzie których ścigamy. Robią coś totalnie odwrotnego niż my. My wysyłamy dusze do Saneterrus, a oni chwytają je i zmieniają w swoich sługusów. Wtedy dusza staje się Niewymowna. Nie wie kim jest, kim była. Istnieją dla niej tylko rozkazy stwórcy. Ale idzie ją uwolnić i stworzyć duszę Nawróconą.
-Czy taka dusza Nawrócona pamięta kim była wcześniej?
-Niestety nie, więc nie można jej odesłać. Musi pozostać na Ziemi, ale to chyba lepsze od wykonywania głupich rozkazów. Po pewnym czasie może sobie przypomnieć kim była, ale to się rzadko zdarza.
David chyba skończył, bo przestał mówić i spojrzał za okno. Susan spojrzała na Viven, jakby chciała, aby ta coś jeszcze dopowiedziała. Ta jednak milczała, spoglądając na kubek po napoju. Dziewczyna nie wytrzymała, stała gwałtownie. Burza brąz włosów przykryła na chwilę jej twarz, a kiedy opadła wściekłe czekoladowe oczy spoglądały na siedzących przed nią nastolatków.
-I to wszystko?-warknęła.
-Że co proszę?-odezwał się David, wyrwany z kontekstu.
-Nauczcie mnie tego, co wy robicie!
-Chyba sobie żartujesz dziewczyno. Nie mamy na to czasu. Musimy iść.-powiedziała czarnowłosa.
-Weźcie mnie ze sobą...-powiedziała, a wtedy za oknem coś wybuchnęło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)