czwartek, 25 czerwca 2009

Szamani Cienia cz.3




Rozdział trzeci

Adernan


Susan szła spokojnie za Viven,nic nie mówiąc. Rozglądała się w około i obserwowała życie w podziemnym mieście. Domy miały oszklone okna, zasłonięte firankami, a za nimi tliło się delikatne światło. Właściwie, to była pewna, że we wszystkich domach zamiast drzwi będą szmaty. Jednak była w wielkim błędzie. Niektóre miały tak wymyśle wzory, że w normalnym mieście by się takich nie spotkało. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tam był tylko kawałek brudnego materiału,ale postanowiła zostawić sobie pytania na później.
Skręcili za róg i zobaczyła przed sobą duży okrągły plac.
-Gdzie jesteśmy?-zapytała.
-Sama zobacz.-odpowiedział ojciec Davida pokazując jej plakietkę z nazwą.
“Plac okrągły... Nie zbyt oryginalna nazwa, ale przynajmniej pasuje.”-pomyślała. Rozejrzała się w około i stwierdziła, że wszystkie domy tutaj są zamienione w sklepy. Z witryn spoglądały na nią manekiny ubrane w różne dziwne ubrania. Na jednym z okien był naklejony wielki napis “Zaopatrzenie”, a zaraz obok niego była biblioteka. Później było kilka zieleniaków, apteka, sklep z akcesoriami magicznymi, biuro adwokackie, a nawet “Spółdzielnia Mieszkańców Adernan”.
-Czy to miasto nazywa się Adernan?-zapytała.
-Raczej łatwo się domyślić.-odezwała się Viven.
Susan pozostawiła ten komentarz bez odpowiedzi. Spojrzała w cztery drogi odchodzące od tego palcu. Ta którą przyszli nazywała się “Wejściową Główną”, następna, która skręcała za biblioteką, to “Szwedzka”, kolejna “Aleja Uzdrowicieli” i na końcu “Ulica Wendt'a”. Przeszli przez plac i weszli w Aleję. Pod domami rosły w donicach różnorakie rośliny. Niektórych dziewczyna nie znała, a inne widziała kiedyś w książce z biologii, ale nie wiedziała, że mogą rosnąć w tej części świata i w tych warunkach.
Uliczka ciągnęła się bardzo długo, a oni szli i szli... W końcu zobaczyli przed sobą ostatni dom, który był całkowicie inny niż reszta. Ogradzał go ogromny, kamienny mur. Wejście stanowiły dwie kolumny, na których przycupnęły marmurowe ptaki. W środku był ogromny ogród, w którym unosiła się słodka woń najróżniejszych ziół. Dom miał ogromne, drewniane drzwi, zdobione złotem, tak samo jak ramy okien.
W środku, jak później przekonała się Susan, było jeszcze lepiej. Pan Cyprian otworzył drzwi i wszyscy weszli do długiego przedpokoju. Stały w nim dębowe meble, kanapa i podłużne biurko, co sprawiało, że wyglądał jak recepcja. Pod tylną ścianą stały dwie pary schodów. Jedne były kręcone i prowadziły do pomieszczeń znajdujących się na lewo, drugie za to były bardzo szerokie i niezbyt strome i prowadziły w drugą stronę. Między nimi były małe drzwiczki, na których widniało imie i nazwisko właściciela domu.
Overstreet poprowadził dziewczyny po prawych schodach i znalazły się w oślepiająco białym korytarzu.
-Witajcie w szpitalu.-powiedział.
Obie rozglądały się w około, widocznie Viven też była tutaj po raz pierwszy. Ściany gdzieniegdzie zdobiły portrety jakiś dziwnych ludzi, lub plakaty ostrzegające przed różnymi chorobami. Przed pokojem 034 zatrzymali się i ich przewodnik lekko pchnął drzwi i zajrzał do środka. Gestem pokazał im, aby poczekały, a sam wszedł do środka.
Susan usiadła na krześle, a Viven przechadzała się nerwowo po korytarzu. Zza drzwi słychać były szepty. Widocznie znajdowało się tam więcej osób. Głos ojca Davida odróżniał się od innych, bo mimo jego wieku, nadal brzmiał bardzo dziecinnie. Kiedy Susan wsłuchała się dokładnie, usłyszała głos kobiety.
Chwilę później mogła się przekonać że ma dużo racji. Drzwi otwarły się gwałtownie i wypadła przez nie spłakana kobieta, a Susan zdążyła zauważyć tylko kolor jej włosów. Była ciemną-blondynką. W drzwiach pojawił się Cyprian, spojrzał za nią i tylko pokręcił głową.
-Kto to był?-zapytała go Susan.
-To moja żona, Kate. Milutka, czyż nie?-posilił się na żart.-Jest bardzo wrażliwa, przeżywa każdą ranę naszego syna, bo to nasze jedyne dziecko.
Westchnął ciężko.
Susan śledziła wzrokiem kobietę, która właśnie niknęła na końcu korytarza. Później usłyszała jej kroki na ciężkich drewnianych schodach.
Pan Overstreet zaprosił obie dziewczyny gestem do środka. David leżał na metalowych łóżku, okryty białą i cienką kołdrą .Nogę w którą ugryzł go Mule, miał zawieszoną na płachcie materiału, zawieszonej pod sufitem. Był w śpiączce, ale coś majaczył i kręcił się niespokojnie. Twarz miał czerwoną i oblaną potem.
Jakiś gruby facet, właśnie przypinał go pasami do łóżka. Susan już się miała zapytać po co to robią, ale się powstrzymała. Usiadła na krześle postawionym pod ścianą, patrzą się tępo przed siebie. Za to Viven stała przy łóżku i patrzała na niego z ukosa.
-Palant...-wyszeptała, po czym opadła na drugie krzesło.
Dopiero teraz uświadomiły sobie, że ich ostatni posiłek to kilka kanapek w barze, przed dwunastą(które zresztą nie były, aż tak pożywne). Więc dziewczyny były głodne. Pierwszy odezwał się żołądek Susan,a brzuch jej koleżanki zawtórował jej burczeniem. Obie chwyciły się się kurczowo się w tali, aby uciszyć wygłodniałe ciało. Ojca Davida widocznie to rozbawiło, bo zaśmiał się cicho, a później znowu spoważniał, badając rany syna. Spojrzał na niego i Susan mogła przysiądź, że widziała łzy w jego oczach. Aż ją coś ścisnęło za serce...
Doktor położył rękę na czole Davida. Burczał coś pod nosem, aż nagle głośno zapytał:
-Kiedy to się satło?
-Ale co?-Susan była lekko wyrzucona z kontekstu.
-Jakieś dwie godziny temu...-odpowiedziała Viven.
Zacmokał i spojrzał na nogę syna.
-Trucizna rozprzestrzenia się szybko, ale miał dużo szczęścia, bo ta cała akcja z zaklęciem, spowolniła akcje jego serca. A Mule nie ugryzł go na szczęście w tętnicę, tylko w kawałek mięśnia. Więc jeśli teraz podam odtrutkę, to za dwa tygodnie będzie jak nowo narodzony. Sam.-pokazał na grubasa.- Przynieś ją dobrze?
Mężczyzna kiwnął głową i wyszedł. Tym czasem rana Davida została przemyta przez pana Overstreet'a jakąś żółtą mazią, śmierdzącą ziołami. Sam pacjent poruszył się niespokojnie, krzywiąc przez sen.
-Ten facet to Sam Trevert. Małomówny, ale całkiem spoko. Jest moim pomocnikiem.-powiedział Cyprian.
Dziewczyny mało to obchodziło, więc tylko wzruszyły ramionami. Tylko w ciszy przyglądały się nodze kolegi. Choć raz, od kiedy się poznały, robiły coś razem, nie kłócąc się.
Kiedy wszedł do pokoju Sam, obie na niego spojrzały. Musiał poczuć na sobie ich wzrok, bo poczerwieniały mu uszy i nerwowo przestępował z nogi na nogę.
-Nieśmiały...-wyszeptała Viven.
Susan parsknęła śmiechem. Po raz pierwszy rozbawiła ją uwaga dziewczyny. Sam jeszcze bardziej poczerwieniał....
Doktor wymówił słowa zaklęcia i pokój wypełnił się zielonym blaskiem. Susan, aż wstała, aby dokładnie się temu przyjrzeć. Chłonęła słowa zaklęcia, tak samo jak ciało Davida odtrutkę. To było niesamowite! Przestał się dygotać i rzucać. Teraz było słychać tylko miarowy oddech, jakby spał.
-No to teraz, jeszcze minie troszkę czasu, zanim się obudzi.- westchnął Cyprian.- A i Susan jeśli chcesz, to wróć do Biura Ochrony, to Belmundo oprowadzi cie po mieście. Poproś go żeby cie zaprowadził do Prezydenta. Na pewno chce z tobą pogadać.
Przytaknęła tylko, a on ciągnął dalej:
-Viven, chciałbym żebyś przyprowadziła tutaj twojego brata. Powiedz mu że mam dla niego prośbę i informacje.
-No niech ci będzie i tak chciałam już iść.-burknęła i wyszła.
Susan wybiegła zaraz za nią. Doszły razem do Okrągłego Placu, a później Viven weszła w Szwedzką, a on w Wejściową. Wreszcie była sama i miała czas porozmyślać nad tym co się stało. Jedno było pewne- chciała jak najszybciej wrócić do domu. Pewnie jej mama i brat już jej szukają. Jak ona im to wyjaśni? “Cześć mamo, przepraszam że nie wróciłam wczoraj do domu na czas, ale najpierw gonił mnie wielki ponurak, później chowałam się prze Mule, a potem niosłam poznanego przed godziną chłopaka do ukrytego pod ziemią miasta, bo był nieprzytomny.” Co za absurd!
W końcu doszła, odsunęła szmatę z drzwi i zajrzała do środka.
-Belmundo?-zapytała.
Podniósł głowę znad kart i zapytał:
-Coś się stało?
-Nic takiego. Tylko ojciec Davida pomyślał, że mógłbyś mnie oprowadzić po mieście i zaprowadzić do Prezydenta.
-Serio? Myślę, że to świetny pomysł!-wstał i zostawił drzemiącego na biurku ojca samego.
Wyszli przed budynek, jeśli można było go tak nazwać. Skierowali się powoli w stronę z której Susan tutaj przyszła.
-Dzięki.-rzuciła tylko.
-Nie ma sprawy. Moja praca jest tak nudna, że nic się nie stanie, jak sobie na chwilkę wyjdę.
“Już to dzisiaj mówił”-stwierdziła Susan. “Ta jego praca, musi być na serio nudna...”
Szli sobie spokojnie, kiedy znowu zaburczało jej w brzuchu.
-Chyba ktoś tu jest głodny.-zażartował.
Poczerwieniała....
-Nie martw się, wstąpimy do jakiegoś sklepu.- dodał.
Chwilkę szli w ciszy. Ale Susan przypomniało się pytanie, które miała mu zadać.
-Mogę o coś spytać?
-O co tylko chcesz, Sami.
-Na imie mi Susan...
-Och, wybacz. Mam słabą pamięć do imion. To co chciałaś, S u s a n ?
-Chciałam się zapytać o tą szmatę w drzwiach Biura...
-No i?- jakoś nie widział w tym nic dziwnego.
-Dlaczego nie macie drzwi?
Spojrzał na nią zdziwiony.
-Przecież to oczywiste. Musimy słyszeć czy ktoś nas nie woła. No wiesz tunel i te sprawy.
Ale to było oczywiste... Dlaczego sama na to nie wpadła? “No dobra, jestem w szoku”-tłumaczyła się sama przed sobą, kiedy wchodzili na plac.
Skierowali się w stronę sklepu z napisem “Zaopatrzenie”. Belmundo puścił ją przodem. “Jakie dżentelmen”-pomyślała i uśmiechnęła do siebie. Weszli do zadymionego pomieszczenia. W środku panował półmrok. Smród papierosów mieszał się z zapachem jedzenia. W pokoju znajdowała się tylko podłużna lada, a którą siedział starszy facet, czytając gazetę. Za jego plecami znajdywały się zamknięte drzwi.
Susan przyjrzała się dokładnie starszemu mężczyźnie. Miał na oko sześćdziesiąt lat, jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, głowę przykrywała bujna czupryna siwych włosów. Zerknął na nich znad gazety, uśmiechnął się i powiedział:
-Kogo tam prowadzisz, Belmundo?
-To Susan.- powiedział.
-Nowa mieszkanka?
-Właściwie, jeszcze nie wiadomo.-stwierdził.
Teraz role się odwróciły i to Susan była obserwowana. Czuła jak świdrują ją jego jasno-szare oczy. Znów się uśmiechnął i powiedział:
-Mów mi Stew.
Susan odwzajemniła uśmiech.
-No to co was sprowadza w moje skromne progi?
-Dziewczyny burczy w brzuchu. Coś słodkiego poprosimy.
-Na twoją książeczkę?
-No, a na czyją? Przecież ona nie takiej nie ma.-wycedził Belmundo.
Mężczyzna przez chwilkę patrzał na nich gładząc sie po brodzie.
-To dzisiaj ja stawiam.-powiedział i zniknął za drzwiami.
Belmundo się zaśmiał.
-Chyba jeszcze nigdy nie dał mi nic za darmo. -stwierdził.
Susan uśmiechnęła się do niego. Chyba zaczynała lubić tego rudzielca. Nie był ani super przystojny, ani też brzydki. Miał jasną cerę, a na nosie pełno piegów. Włosy miał równo przycięte i postawione do góry. Trzymały się tak bez żelu. Spojrzała mu w oczy. Miały piwny kolor i były bardzo wesołe i ożywione. Na sobie miał białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. Taki sobie zwyczajny chłopak.
Podwijał akurat rękawy, kiedy wszedł Stew niosąc dwie drożdżówki.
-Smacznego.-powiedział podając je Belmundo'wi.
-Dzięki.- powiedzieli jednocześnie i wyszli.
Dał jej jedną, jednocześnie wgryzając się w swoją. Susan zrobiła to samo. Właściwie to miała nadzieję na jakiś porządny obiad, ale nie miała co narzekać. Przez chwilkę zastanawiał się o co chodzi z tymi książeczkami, ale postanowiła nie pytać.
-Gdzie najpierw?
-Sądzę że do Prezydenta.
-Ah, no tak. Nie stresuj się, to spoko koleś. Ale ma dużo roboty, więc nie wiem czy dzisiaj zdąży z tobą pogadać. Założę się że zapisze cie na jakiś dzień.
-Jaki jest dokładnie?-zapytała.
-No cóż, powiedział bym, że wybuchowy.-zaśmiał się.
Susan nie bardzo wiedziała czy ma się zaśmiać, więc nie zrobiła nic.
Weszli w ulicę Wendt'a. Susan spoglądała na zabieganych w koło ludzi. Z okien witały ją miłe staruszki. Od czasu, do czasu ktoś przywitał się z Belmundo i przy okazji z nią. Ona odpowiadała tylko: “Cześć” i czasem” Jestem Susan” po czym milkła. Czuła się tu dziwnie “swojsko”. Ludzie przyjmowali ją z otwartymi rękami. Zaczynała lubić to miejsce.
Ale ciągle miała tyle pytań. Dlaczego Viven powiedziała, że ona nie może wrócić do domu? Czy ona coś zrobiła? Dlaczego znaleźli się akurat, tam gdzie ona mieszka? Czy Mule szukał tam czegoś albo k o g o ś? Jak to się stało że jest szamanem? O co chodzi w magii? Jak się czaruje? Jak powstało to miasto? Czy jest więcej takich? I jedno które ciągle powracało: Czy ujrzy jeszcze dom?
Ciągle skręcali, a ona właściwie nie zwracała uwagi na to gdzie idzie. Po prostu szła za Belmundo. Ale w końcu zaczęła się na nowo interesować otoczeniem. Domy zaczęły się troszkę zmieniać, była jakby troszkę bardziej zdobione. Weszli w ulicę “Pałacową”.
Już nie lubiła tego miejsca. Domy tutaj były pełne przepychu. Nawet droga tutaj była wybrukowana, inną kostką niż gdzie indziej. Przed domami, na olbrzymich tarasach siedzieli ludzie, ubrani w gustowne ubrania, obwieszeni masą biżuterii. Musiała to być dzielnica w której mieszkali najbogatsi ludzie z Adernan. Susan się bardzo nie podobał ten podział na biedniejszych i bogatszych. Na chwilkę zmieniła całkiem zdanie o tym miejscu.
Szli tak ulicami, obserwowani przez zaciekawione oczy mieszkańców tej ulicy. Ucieszyła się kiedy stanęli przed wielkimi dębowymi drzwiami i pchnęli je. Weszli do środka i Susan ujrzała w środku mnóstwo zabieganych ludzi. Belmundo już rozmawiał z jakimś poważnie wyglądającym, starym facetem, na temat jej wizyty u Prezydenta. Zmarkotniał i podszedł do niej:
-Powiedzieli, że masz przyjść jutro z rana.
-Ah...-tylko tyle zdołała powiedzieć.
-Chcesz coś zwiedzić? Musze przyznać, że dzielnica chemików, jest całkiem fajna.
-Nie, razie jestem zmęczona.
-Och... No to może chcesz się czegoś dowiedzieć? Ja na twoim miejscu miałbym wiele pytań.
Wyszli na zewnątrz.
-Po pierwsze... Czy to dzielnica dla bogatych ludzi?
-A odniosłaś takie wrażenie? Nie, w całym mieście mieszkają tacy. Tutaj jest ich po prostu więcej bo to ważni urzędnicy. Byłaś u Davida w domu? Przy jego pałacu, te tutaj to tylko chatki z drewna.
Rzeczywiście jak teraz o tym pomyślała, to uznała ze chłopak ma rację.
-A jak się stać szamanem?
-Rozmówcą trzeba się urodzić...
-To skąd to się wie?
-Twoi rodzice, albo chociaż jeden, ale nie jestem pewien, musi nim być. To chyba oczywiste że ci o tym mówią.
-Jasne, oczywiste...
Susan spuściła głowę i spojrzała na swoje buty. Łzy same zaczęły cieknąć jej po twarzy.
-Susan... Ty płaczesz?-zapytał Belmundo.
Nic mu nie odpowiedziała, tylko pociągnęła nosem.
-Co ja takiego powiedziałem? Słuchaj przepraszam...-powiedział z przejęciem i chwycił ją za ramiona.
-Ty tego nie zrozumiesz.-wyszeptała próbując powstrzymać łkanie.
-Daj mi spróbować.
Belmundo sam nie wiedział co zrobić. Więc zrobił to co mu pierwsze przyszło do głowy. Przytulił ją. W ciszy stali na środku ulicy. On patrzał jak kolejne łzy moczą jego koszulę. Ale nie było to teraz ważne. Powoli dochodziła do siebie.
-Okłamali mnie... Wszyscy mnie okłamali. Nic nie powiedzieli.- powiedziała po chwili.
-Czasem prawda może się okazać gorsza od kłamstwa. Może chcieli cie chronić?
Uniosła głowę i spojrzała na niego opuchniętymi oczami.
-Myślisz? No, ale przed czym?
-Tego to nie wiem. Chodź odprowadzę cie. Podobno jesteś zmęczona.
Pokiwała tylko głową i już za chwilę zniknęli za zakrętem.

niedziela, 7 czerwca 2009

Szamani Cienia cz.2



Rozdział drugi

Tunel pełen świateł

Wybucha zahuczał im w uszach, a na placu pojawiła się chmura dymu.
-Cholera! Tylko jeden stwór się tak materializuje.-warknęła Viven.
-Jaki znowu stwór?!-zapytała Susan.
-Nie ma czasu, wiejemy!-krzyknął David.
Dziewczyna ledwo co zdążyła złapać torbę, kiedy dłoń Davida uchwyciła ją mocno za rękę. Znów biegli, jakby czas się zatrzymał i ciągle miało się dziać to samo. Wybiegli przez tylne wyjście i razem z zatrzaskującymi się drzwiami, szyba przy której siedzieli posypała się w proch. Ludzie krzyczeli, ale ich głosy jakby dźwięczały w oddali. Dla tej trójki istniała teraz tylko droga. Kiedy dobiegali do zakrętu, drzwi kawiarni wyleciały w głośnym hukiem w powietrze, przeleciały jedną trzecią długości ulicy i wylądowały na samochodzie.
Szybko skręcili i skryli się pod stołami koło lodziarni.
-To na nic. I tak nas zwęszy.-wydyszał David.
-To co robimy?-zapytała Susan, dysząc ciężko.
-My? Ty zostaniesz tutaj, a my się nim zajmiemy.-Viven zdawał się denerwować.
-Nie martw się. Mula łatwo odstraszyć.
Dziewczyna zrobiła dziwną minę.
-Mula?
-Potem ci wyjaśnię, teraz z Viven musimy się troszkę po gimnastykować. Ty tu siedź.
Wybiegli spod stolika i zniknęli za rogiem.
Susan poczuła się samotna. Martwiła się że coś się nie uda, a na pewno tak będzie. Jak zna swoje szczęście, to na pewno ulegną jakiemuś dziwnemu wypadkowi. Tak jak z tatą. Właściwie nie wiadomo do końca kto go zabił, bo jedyny podejrzany został znaleziony nieżywy w mieszkaniu. Podobno umarł na atak serca. Chociaż jej matka jakoś w to nie mogła uwierzyć, to cieszyła się że spotkała go odpowiednia kara.
Sprawdziła godzinę na zegarku. Zbliżała się już godzina dwunasta.
-Czy oni myślą że ja będę tu tak siedzieć wiecznie?!-powiedziała do siebie, wychodząc spod blatu.
Poprawiła sobie torbę na ramieniu i trzymając się blisko ściany, podeszła do rogu i wyjrzała ostrożnie zza niego. To co ujrzała bardzo ją przeraziło. David podpierał się na Viven, bardzo mocno krwawiła mu noga. Za to ona straciła wiele włosów, jak krucze pióra leżały wszędzie na ziemi. A przed nimi stał Mule.
Był bardzo dziwny. Same kości, na około niego unosiła sie zielona mgiełka, oczodoły pozostawały jednak puste. Palce, zarówno u nóg, jak i dłoni miał zakończone ostrymi “pazurami”, które błyszczały stalą w południowym słońcu. Jego zęby wyglądały bardziej jak kły niedźwiedzia, niż jak ludzkie. Do tego ociekały krwią, a Susan zaraz skojarzyła to z raną na nodze chłopaka. “Bardzo bym chciała pomóc, ale co ja zrobię? Tylko będę przeszkadzać. Będą musieli mnie potem ratować...”-myślała.
David wyprostował się gwałtownie i krzyknął:
-Koniec pogawędek! Nie powiemy ci gdzie ona jest!
Kościotrup przestąpił z nogi na nogę.
-Chcecie umrzeć?-zadźwięczał grobowy głos, Susan przeszły ciarki.
-Nie układamy się z stworami Cienia!-tym razem Viven nie wytrzymała.
Dziewczynie zdawało się że wcale nie jest tak łatwo go pokonać jak twierdził blondyn. Zaczęła się nerwowo rozglądać wokół. Nie znalazła nic, co mogło by jej ułatwić walkę. Zrezygnowana osunęła się po ścianie i skryła głowę między nogami.
-Niech to już się skończy...Nigdy nie czułam się taka bezsilna jak teraz...
Przeklinała chwilę, z którą wstała dzisiaj rano z łóżka. Nie wiedziałaby teraz o tym wszystkim. Co za głupia myśl popchnęła ją ku temu, żeby wypytać ich o to wszystko? Jak ona teraz będzie z tym żyć? Mogła ich wtedy zostawić, kiedy się kłócili, mogła odjeść... “Ale tego nie zrobiłam”-stwierdziła z łzami w oczach.
Za ścianą David właśnie kończył formułkę zaklęcia, kiedy Viven szarpała się z Mulem. Straciła kolejne kosmyki i kawałek rękawa. W końcu ostatnie słowa wyleciały z ust chłopaka, który opadł na ziemię. Jego towarzyszka szybko do niego podbiegła i przerzucając sobie jego rękę przez ramię, zaczęła się kierować w stronę lodziarni.
Wtedy na niebie zaczęły zbierać się chmury. W mgnieniu oka zaczął padać siarczysty deszcz. Stwór wydał z siebie cichy pisk, a później z odgłosem przypominającym gasnącą zapałkę, zdematerializował się.
Susan siedziała na ziemi, strugi deszczu zmieszały się z jej łzami, ubrania przykleiły się do ciała, włosy ciężko opadły na ramiona. Podniosła głowę, chcąc spojrzeć na niebo, ale zamiast tego ujrzała nad sobą twarz Viven.
-Wstawaj zrozpaczona damulko. Musimy iść.-powiedziała.
Dziewczyna wstała i jej wzrok spoczął na nieprzytomnym Davidzie.
-Może go wezmę.
Viven z chęcią oddała chłopaka pod opiekę Susan. Bez słowa ruszyły przed siebie. Dopiero teraz mogła ocenić dokładne obrażenia obydwóch Rozmówców. Szczególną uwagę przyciągnęły dziewczyny włosy, ostro potraktowane przez potwora.
-Musze wrócić do domu się przebrać.- stwierdziła po chwili.
Viven spojrzała na nią i przeszyła ją wzrokiem.
-Ty już nigdy nie wrócisz do domu.
Wtedy Susan zatrzymała się i spojrzała na nią zdziwiona.
-Jak...jak to?-wyjąkała.
-Nie mam ochoty, ani siły ci tego tłumaczyć. Możesz poczekać, aż dojdziemy do wioski?
Ona tylko kiwnęła głową.
Następne chwile były bardzo ciężkie. Obie dziewczyny biły się ze swymi myślami. Najtrudniejsze było przekroczenie granicy miasta. Przy ostatnim budynku Susan odwróciła się i przyjrzała dokładnie swemu domowi. Łza spłynęła jej po policzku, ale szybko zniknęła, zmyta przez deszcz.
Sama już nie wiedziała czy idzie od piętnastu minut, czy od dwóch godzin. Czuła jak nieprzytomny kolega coraz bardziej ciąży jej na ramionach. Czasami zsuwał się i musiały na chwilkę przystawać, aby się zamienić. Deszcz powoli ustępował, ale za to David robił się coraz bardziej blady. Za to one miały sine usta, bo nie została na nich ani jedna sucha nitka i było im strasznie zimno.
W końcu doszły do bardzo wysokiego i grubego dębu. Viven okrążyła je mrucząc:
-To gdzieś tu musiało być.
W końcu znalazła duży, nieregularny, szary kamień. Podniosła go i odrzuciła troszkę ziemi. Pod nią kryła się metalowa klapa, która miała około dwa metry średnicy. Susan skojarzyła się zaraz z obrazem zanieczyszczonych ścieków, tysiącem szarych szczurów i nieprzyjemnym zapachem. Ale ku jej niezadowoleniu dziewczyna przesunęła ją i wsadziła głowę do środka.
Po krótkiej rozmowie, zakłóconej przez dobiegające z dołu odgłosy, wróciła do Susan i powiedziała:
-Musisz mi pomóc, on jest bardzo ciężki.
Podeszły do niego i chwyciły każda za jedną rękę. Spuściły go na tyle głęboko, na ile pozwalały im ręce, a później z ciemności wyłoniła się para silnych męskich dłoni i chwyciła chłopca pod pachy, po czym razem z nim znów zniknęła.
-Dobra wskakuj.-zabrzmiał głos Viven.
Nie chciała zanurzać się w tych ciemnościach. Nie wiedziała co ją spotka na dole. Po kilku obelgach takich jak: “tchórz”, “strachliwa kotka”, “głupia szczapa” i innych bardziej niecenzuralnych, chwyciła się drabinek i zaczęła pełznąć w dół. Z każdym krokiem czuła jak powietrze stawało się coraz gęstsze, wilgotniejsze, a przy tym zimniejsze. Zupełnie jakby wspinała się na wysoką górę, a nie do podziemi. Jeszcze do tego stopnie ciągnęły się w nieskończoność i od czasu do czasu brakowało kilku szczebli. Mijała ciemne odnóża tuneli, które ciągnęły się wyżej. Z każdego zawiewało chłodne powietrze. W końcu daleko w dole zaczęło migotać jasne światło, które przybliżało się za każdym krokiem.
Aż w końcu doszła tak daleko, że nie wyczuła nogą już więcej szczebli. Kiedy Viven nadepnęła jej na głowę(zresztą nie pierwszy raz), powiedziała:
-Skończyła mi się droga.
-Skacz, idiotko!-usłyszała odpowiedź.
Susan bardzo niechętnie opuściła się na rękach w dół, po czym zsunęły się jej palce i zaczęła spadać na dół. Zamknęła odruchowo oczy i ugryzła w język, aby nie zacząć krzyczeć. Wszystko to działo się może tylko sekundę, albo dwie, bo zaraz później spadła na coś miękkiego.
-Na brodę mojego dziada, nic ci nie jest?-usłyszała.
Otwarła oczy i zobaczyła przed sobą starszego mężczyznę, o siwych włosach i brodzie. Spoglądał na nią piwnymi oczyma.
-Chyba nie- wyjąkała.
Widok który tu zobaczyła całkowicie ją zaskoczył. Nie spodziewała się zobaczyć czegoś takiego. Była pewna, że będzie tu całkowicie ciemno. Okazało się, że było tu zupełnie jasno, a światło dawały małe, zielone zawieszone w powietrzu kule. Miejsce gdzie wylądowała wyglądało jak brukowana ulica, a to na czym siedziała, było wielkim i zielonym materacem. Wstała powoli i zaczęła się rozglądać.
Zobaczyła w ścianach okna, a w nich zaciekawione oczy spoglądające zza firanek. Zobaczyła wejścia do mieszkań, bez drzwi, jedynie z szmatą zawieszoną na drewnianym patyku. Za chwilkę w miejscu na którym siedziała, spadła Viven, odbiła się od materaca i wylądowała koło Susan na równych nogach.
-Trzeba było się chwycić drugiego, nie pierwszego.-wypaliła patrząc na nią.
-Nie powiedziałaś jej?-wzburzył się starszy mężczyzna.
-Zapomniałam...-wzruszyła ramionami.
Staruszek pokręcił głową i powiedział:
-Wybacz, ale na pewno teraz zapamiętasz, że ostatni szczebel jest pomalowany eliksirem Śliskości. Zresztą zauważyłaś też pewnie pełno innych pułapek, takich jak brakujące stopnie i tunele w których mieszkają Cyreki. To wszystko nas zabezpiecza. Masz szczęście że ten szczeniak został ranny, bo nie było by tutaj tego materaca. Za pewne zabolało by dużo mocniej.
Susan syknęła i pogładziła się po tyłku na który upadła.
-Zapraszam panie na odprawę.
Ruszyły zaraz za nim do mieszkania które wcześniej obserwowała dziewczyna. W środku było dużo cieplej, gdzieniegdzie paliły się świece. Ściany były białe i puste, po środku stał stolik, a na nim leżały karty, kartki, kubki po napojach i kilka rzeczy których Susan nigdy w życiu nie widziała. Zaraz za nim stały dwa biurka, a za każdym siedział mężczyzna. Jeden z nich był średniego wieku o niebieskich, podkrążonych oczach i długich rudych włosach. Drugi był bardzo młody, również miał miedziane włosy, ale oczy miał piwne, a na twarzy pełno piegów. Zaraz za nimi były ciężkie, drewniane drzwi.
-Viven jak się nazywa twoja przyjaciółka?-zapytał starszy z mężczyzn z mocnym akcentem.
-To nie jest moja przyjaciółka.-mruknęła.
-Nazywam się Susan Alicja Taylor.
Młody chłopak szybko to zanotował i powiedział:
-Data urodzenia?
-Piętnasty marca 1988 rok.
-Nie mamy takiej osoby tato.-powiedział po chwili przeszukiwania papierów.
Wyglądał na bardzo podekscytowanego.
-Przeszukaj ją. -powiedział, a rudzielec aż podskoczył na krześle.
Wyciągnął z szafki przedmiot przypominający lampę. Był zbudowany z podłużnego klosza, a w środku tliło się błękitne światło. Podszedł do niej i przesunął z przodu i od tyłu, tak że niebieskie światło padało na mokre ubrania Susan.
-Czysta.-powiedział kiedy skończył.
-Skąd to wiesz?-zapytała.
-Bo gdybyś ukrywała jakieś niebezpieczne urządzenie lub coś podobnego, to światełko zarobiło by się czerwone. Troszkę szkoda, że tak się nie stało, bo praca tutaj jest strasznie nudna, a to zawsze jakieś urozmaicenie.
Uśmiechnęła sie do niego i zauważyła że on zrobił to samo.
-Nazywam się Belmundo Torres, a ten drugi rudy to mój ojciec Jose. Nie odzywa się za dużo, bo ma mocny hiszpański akcent i nie zna wszystkich słów.- powiedział.
-Ah...-wydusiła z siebie.
-Dostanie w końcu tą przepustkę?! Zimno nam...
-Rzeczywiście, macie śliczne rumieńce.-zauważył staruszek, który ich tu przyprowadził.
-Chwilka... Ty się chyba nie przedstawiłeś?-zauważyła Susan.
-Masz głupi zwyczaj zwracania się do wszystkich na “ty”. A on? Nie wie, że nie wszyscy go muszą znać.-powiedziała Viven.
“Jak ona śmie się mnie czepiać, jak sama nazwała tego faceta On”-pomyślała obrzucając wściekłym spojrzeniem Viven.
-Ekhem... Nie wiedziałem że ona jest niewtajemniczona... Wybacz. Nazywam się Cyprian Overstreet. Jestem tutaj głównym medykiem.
-Overstreet?-powtórzyła jego nazwisko.
-Tak jest ojcem Davida...-dodał Belmundo.
-Ma po mnie drugie imie.-zauważył z uśmiechem.
Jeszcze raz przyjrzała się jego brodzie i włosom. Teraz zauważyła, że wcale nie są siwe, tylko mają odcień bardzo jasnego blondu.
-I nie martwi się pan o swojego syna?-zapytała.
-A tam.-machnął ręką- My mamy bardzo mocne kości. A właśnie możemy iść dowiedzieć się co z nim. Jose wypisałeś już ten kwitek?
-Tak już końcę.-powiedział cicho.
-Kończę.-poprawiła go Viven, a Susan miała ochotę jej przywalić.
-Idziecie?-zapytał Belmundo.
-Że co proszę?-powiedział Cyprian.
-Przecież musimy skończyć grę.
-Innym razem, Bel.-odpowiedział ojciec Davida, podchodząc do biurka Jose'a.
-Nie nazywaj mnie Bel... To brzmi, jakbym był dziewczyną.
-Można powiedzieć, że jesteś troszkę do dziewczyny podobny.
-Posłuchaj Viven! Albo przestaniesz wszystkim na około ubliżać, albo ja się z tobą policzę!-Susan nie wytrzymała.
-O co ci znowu chodzi, nieznośna dziewucho?
-Wybacz, ale troszkę przeginasz. I nie nazywaj mnie dziewuchą! Gdzie ty się wychowałaś? Na wsi?
Widocznie wstrząsnęły nią te słowa.
-Uważaj co mówisz! Wychowałam się w lepszym miejscu, niż te twoje śmierdzące miasto, pełne nieświadomych śmiertelników.
-Dobra, dobra dziewczyny. Spokojnie, bo się zaraz pobijecie. Mam już ten głupi kwitek.-pomachał do nich kartką papieru- Możemy iść.
Obie poczerwieniały jeszcze bardziej na twarzy. Susan szybko biło serce i zrobiło się bardzo ciepło. Patrzały sobie w oczy. Pierwsza wzrok odwróciła Viven i wyszła na zewnątrz. Zaraz za nią wyszedł pan Oversteer. Ona zanim wyszła, rzuciła szybko: “cześć” i “dowidzenia”. Odsłoniła zasłonę i oślepiło ją zielonkawe światło. Kiedy jej wzrok się już przyzwyczaił, opuściła głowę i powlekła się za przewodnikiem.

Szamani Cienia cz.1



Rozdział pierwszy

Ponurak

Niski pagórek. Na jego szczycie dwie postaci wpatrzone w gwiazdy. Jedna z nich to kobieta i nazywa się Viven. Chłopak koło niej, to David.
-Wiesz czasem życie może być okrutne i wspaniałe za razem.-powiedziała wzdychając.
-Zależy, kto co lubi...-stwierdził.
Spojrzała na niego swymi zielonymi oczyma.
-Tylko tyle?
-Że co proszę?- rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
-Zawsze się wykłócasz, a teraz... Sie zgadzasz?
-Nie będę się z tobą spierał. Po całym dniu drogi, nie mam już na to siły. Zresztą, znowu czytałaś tą książkę.
Spojrzała na niego marszcząc brwi.
-Masz coś przeciwko czytaniu?
-Nie, ale u ciebie...hhhmmmm.. Jakby to powiedzieć? Od kiedy ją przeczytałaś, zrobiłaś się strasznie przemądrzała.-spojrzał na niebo.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale chłopak dał jej do zrozumienia, że to koniec rozmowy. Odeszła parę kroków dalej, gdzie rozbili obóz i ogrzała ręce przy ognisku. Nie czekając na swego towarzysza, ułożyła się w śpiworze i usnęła.
***
Gwiaździsta noc ustąpiła porannemu brzaskowi. Nad miastem właśnie wstawało słońce, kiedy głos matki przerwał Susan sen.
-Kochanie wstawaj, zobacz która godzina.
Przeciągnęła się i wstała w łóżka. Spojrzała na swój pokój. Wieczny bałagan, ostro żółte ściany i niebieskie zasłonki. Otwarta szafa, a pod nią książki ukryte pod warstwami ubrań. To właśnie był jej “pokój”, który raczej był pobojowiskiem.
Jakoś weszła między ubrania i spakowała swoje rzeczy do szkoły, wzięła kilka ubrań i unikając kontuzji wyszła z pokoju. Skierowała się do łazienki i w tym miejscu pozostała przez następne dwadzieścia minut. Później zeszła na dół, do kuchni.
Usiadła przy wysokim stole, na którym stał dzbanek mleka i płatki. Ale właściwie to nie była głodna i nie chciała ich jeść. Zrobiła to bardziej z przyzwyczajenia, niż dlatego, że chciała zjeść śniadanie. Wstała i chwyciła w dłoń jabłko, pobiegła po torbę, narzuciła ją na ramię i wybiegła z domu.
-Szósta czterdzieści pięć...-mruknęła do siebie, sprawdzając godzinę.
Pora była co prawda wczesna, ale dla Susan to była normalka. Kiedy chodziła do podstawówki, co dziennie wychodziła o tej porze(czasem wcześniej, jeśli chciała pobiegać), bo chodziła na poranne treningi.
Trenowała sztukę walki nazywaną Capoeira, szczególnie tą jej część, która była potrzeba do walki wręcz. Kiedyś jej życie było serią nieprzyjemnych zdarzeń. Najpierw obrabowali sklep jej matki, później pobili brata, na samym końcu zastrzelili jej ojca. Postanowiła, że nigdy nie pozwoli, aby komuś jej bliskiemu stała się krzywda. Dlatego trenowała. Na początku śmiała się z tego stylu walki. “Co to ma być? Taniec?”- myślała. Ale po pewnym czasie poznała głębię tego sportu i go pokochała.
Skierowała się na pobliskie pola żeby poćwiczyć. Miała problem z treningami. Jej trener doznał poważnej kontuzji, a nowego nie umiała ścierpieć. Jeszcze do tego, ciągle miała dziwne wrażenie, że potrafi więcej od niego. Więc zrezygnowała ze spotkań z tym beznadziejnym facetem i postanowiła sama się zająć swoim kształceniem.
Ułożyła swoją torbę pod drzewem i zaczęła sie przeciągać, kiedy coś innego przyciągnęło jej uwagę.
Spojrzała na drugi koniec pola. W jej kierunku biegło dwóch ludzi, którzy przed czymś uciekali. Jednak nie mogła zobaczyć, przed czym dokładnie. Dopiero kiedy się przybliżyli, zauważyła że jest to pies, wielkości porządnego byka, którego ogon i łapy były całkowicie pozbawione skóry i mięsa, oczy błyszczały się czerwonym płomieniem.
Cofnęła się dwa kroki do tyłu, bardzo zdziwiona tym co zobaczyła.
-Może mam zwidy...-szepnęła.
Przetarła oczy i znów spojrzała. Dalej to samo.
-To jest jakieś chore!-stwierdziła, klnąc w myślach.
Podbiegła do drzewa i zarzuciła torbę na ramie. Kiedy zabierała się do ucieczki, niestety stwierdziła że już za późno. Zauważyła że uciekający się już z nią zrównali. Biegnąca bliżej niej dziewczyna, chwyciła ją mocno za przegub i pociągnęła za sobą. Naprawdę ciężko było jej dotrzymać im kroku, mimo iż była najszybszą biegaczką w mieście.
-Myślę że nie wbiegnie do miasta.- zawołał mężczyzna.
Jeszcze przyśpieszyli. Susan zabolała ręka, bo uścisk był naprawdę mocny, a jeszcze do tego nogi po woli odmawiały jej posłuszeństwa. Jednak kiedy znaleźli się w pobliżu pierwszych budynków, potwór zatrzymał się i cofnął kryjąc łeb pod kościstymi łapami. Parsknął, a z jego pyska wydobył się obłoczek dymu. Rozrósł się przykrywając całą jego postać, a kiedy uleciał w powietrze, psa już tam nie było.
Susan dyszała ciężko, tak jak jej towarzysze. Spojrzała na ich twarze pokryte potem i zaczęła się zastanawiać ile już musieli przebiegnąć. Później jej wzrok zatrzymał się na ich ciężkich bagażach.
-Mówiłam ci że nas zwęszy, ale ty nie chciałeś mnie słuchać.-powiedziała kobieta.
-Myślałem...
-Tak, jak zwykle. Może następnym razem się bardziej postarasz.- przerwała mu w połowie zdania.
-Posłuchaj smarkulo!-skrzywiła się na to stwierdzenie- Nie będę wysłuchiwał twoich narzekań. Ciesz się, że tak szybko go wykryłem, bo nie stałabyś tutaj teraz.
-Smarkulo?! Te dwa lata, które nas dzielą, nie sprawią że będziesz mnie traktował jak dziecko!
-Eeeee... przepraszam?-odezwała się niepewnie Susan.
Spojrzeli na nią. Ona czuła, że jeśli czegoś nie zrobi, to sie pozabijają. Dopiero teraz mogła się im dokładnie przyjrzeć. Zauważyła, że dziewczyna, ma mniej więcej tyle lat co ona. Włosy miała czarne, opadające na ramiona, zafarbowane na zielono pasemka zasłaniały uszy, oczy miała bardzo zbliżonego koloru. Na sobie miała wytarte gdzieniegdzie dżinsy, czarną koszulkę z napisem “Nie jestem wampirem”, na to narzuconą niebieską bluzę z kapturem, a na plecach plecak.
Facet, ma około dwa lata więcej od niej, co wywnioskowała z rozmowy. Spod grzywki spoglądały na nią ciekawskie, błękitne oczka, a reszta blond włosów odstawała w kilku miejscach, jakby dawno się nie czesał. Jednak nie wyglądało to wcale źle, a dodawało uroku jego zawadiackiemu uśmieszkowi. Ubrany był podobnie do dziewczyny. Nad niszczone spodnie, musiały być modne tam, skąd przyszli, tak samo jak czarne koszulki ze śmiesznymi napisami. On miał na niej napisane: “Nie obchodzi mnie, że nie lubisz mięsa”. Zieloną bluzę miał przewiązaną na biodrach, na plecach taką samą torbę.
W końcu Susan przestała się im przyglądać, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że oni robią to samo z nią.
-Powiecie mi co to było?-zapytała niepewnie.
-To był ponurak.-odpowiedział chłopak nadal jej się przyglądając.
Kiedy zobaczył, że przeszedł ją dreszcz, dodał:
-Nie martw się. To co o nich mówią, to wcale nie prawda. To że widziałaś ponuraka, nie znaczy że umrzesz. Samym wzrokiem cie nie zabije.-uśmiechnął się-Dopiero bliższe spotkanie z nim, może być niebezpieczne.-dodał cierpko.
-Ale skąd on tutaj się wziął?
Spojrzeli na siebie. “Ukrywają coś”-pomyślała Susan.
-To długa i męcząca historia.-stwierdziła dziewczyna.
-No, a ja jestem głodny.
Susan spojrzała na nich. Po chwili ciszy powiedziała:
-To kupię coś do jedzenia i w tym czasie pogadamy. Co wy na to?-spojrzała na nich.- Jestem ciekawa co mnie zaatakowała.
-I nie boisz się dwóch nieznajomych?-zapytał chłopak.
-Ja się nikogo nie boję.-powiedziała i uśmiechnęła się.
Chłopak odwzajemnił ten uśmiech, a dziewczyna przyjęła to stwierdzenie jakoś dziwnie. Ale w końcu poszli razem do ulubionej restauracji Susan, kiedy ta zamawiała jedzenie, oni rozglądali się ciekawie w około. W końcu wróciła do nich i usiadła z tacą pełną trójkątnych kanapek i trzema colami.
-No to może mi powiecie jak się nazywacie?
-Ja nazywam się David Overstreet, a ona to Viven Jones.
-Dziękuję, umiem mówić.-warknęła Viven.
-Miło mi, Susan Taylor.-powiedziała podając im obojgu rękę.
Zaczęli jeść. Viven w ogóle się nie odzywała, tylko czasem jej przyjaciel komentował wystrój kawiarni, lub smak posiłku. Kiedy skończyli, David spojrzał za okno, odetchnął i zaczął:
-Słuchaj. To wszystko nie jest takie proste, więc nie zdziwię się jak czegoś nie zrozumiesz. Ale i tak sądzę że będzie łatwiej będzie jeśli nie będziesz przerywać, pytaniami. Dobra?
Przytaknęła.
-Więc zaczniemy od tego, że powiemy ci co tu robimy. Ścigam pewnego...jakby to powiedzieć, złego faceta. To wszystko jest bardzo skomplikowane...
-Przestań kręcić David. Dobrze wiesz, że ona też jest... no wiesz. Powiedz jej wszystko, od początku.-przerwała mu Viven.
-To jak jesteś taka mądra, to może sama jej to wyjaśnisz?-wzburzył się.
-Mi się nie chce.-stwierdziła.
Wzdychając, spojrzał na dziewczynę.
-No dobra. Wiesz kto to taki szaman?
-Szaman? To ci od duchów, tak?- powiedziała Susan.
-No masz. Zawsze tak jest, jak cie wychowują wśród zwykłych śmiertelników. Zaczniemy od magii. Magia ma wiele zastosowań, odnóg i dziedzin pokrewnych. Jak ty byś to nazwała Szamaństwo, a jak my to nazywamy Seomres lub Loquorespirutus, co po łacinie znaczy rozmawiać z duchami. Chociaż to nie jest do końca rozmowa, ani wywoływanie. Szamani, czyli poprawnie Rozmówcy, zazwyczaj zajmują się sprowadzaniem zabłąkanych dusz do świata podziemnego.
-Do piekła?-przerwała mu Susan.
-Miałaś nie przerywać, ale niezłe pytanie.
“Zachowuje się trochę, jak mój pan z chemii...”-pomyślała.
-Nie ma czegoś takiego jak niebo, czy piekło, ani nie ma Boga. Ani innych bogów. To tylko zabobony ludzkie. Co prawda, każde ciało ma duszę. I to właśnie dusza decyduje czy ma się do świata podziemnego udać czy nie. Pewnie znasz historie o duchach, które mają niedokończone sprawy na ziemi i takie tam. Mają w sobie dużo prawdy, bo dusze często zostają na Ziemi, czyli Inuriterrus, aby dokończyć to czego za życia nie zdążyły. Tyle że nie mogą później same dostać się do Saneterrus,czyli Lepszego Świata.
-Jesteśmy z Davidem rozmówcami, a ty także nim jesteś.-powiedziała Viven.
-Ja? A skąd ta pewność?
-Pamiętasz tego ponuraka?-zapytał David.
-No tak...
-Ponurak nie cierpi zapachu ludzi którzy nie są Rozmówcami, więc uciekłby od ciebie. A jednak tego nie zrobił.
-Dlatego uciekł przed miastem. Ale to głupio zabrzmiało...- stwierdziła.
-Tak dużo tu ludzi... Ten Ponurak, to był główny ogier przywódcy Cieni.
-Cieni?
-To ludzie których ścigamy. Robią coś totalnie odwrotnego niż my. My wysyłamy dusze do Saneterrus, a oni chwytają je i zmieniają w swoich sługusów. Wtedy dusza staje się Niewymowna. Nie wie kim jest, kim była. Istnieją dla niej tylko rozkazy stwórcy. Ale idzie ją uwolnić i stworzyć duszę Nawróconą.
-Czy taka dusza Nawrócona pamięta kim była wcześniej?
-Niestety nie, więc nie można jej odesłać. Musi pozostać na Ziemi, ale to chyba lepsze od wykonywania głupich rozkazów. Po pewnym czasie może sobie przypomnieć kim była, ale to się rzadko zdarza.
David chyba skończył, bo przestał mówić i spojrzał za okno. Susan spojrzała na Viven, jakby chciała, aby ta coś jeszcze dopowiedziała. Ta jednak milczała, spoglądając na kubek po napoju. Dziewczyna nie wytrzymała, stała gwałtownie. Burza brąz włosów przykryła na chwilę jej twarz, a kiedy opadła wściekłe czekoladowe oczy spoglądały na siedzących przed nią nastolatków.
-I to wszystko?-warknęła.
-Że co proszę?-odezwał się David, wyrwany z kontekstu.
-Nauczcie mnie tego, co wy robicie!
-Chyba sobie żartujesz dziewczyno. Nie mamy na to czasu. Musimy iść.-powiedziała czarnowłosa.
-Weźcie mnie ze sobą...-powiedziała, a wtedy za oknem coś wybuchnęło.

środa, 4 lutego 2009

LotR Fanfick cz.1



Rozdział Pierwszy
Bree i samotna droga do Rivendell



Dzień był bardzo niepogodny. Ciężkie chmury zbierały się na niebie, a noc zapadła bardzo szybko. Przy ognisku siedziała dziewczyna, w palcach obracała mały kamyk, pokryty runami. Gdzieś w oddali zagrzmiało i na ziemię spadł deszcz, gasząc ogień. Ale ona siedziała ciągle w tym samym miejscu, tylko nałożyła sobie na głowę kaptur. Wpatrywała się w ciemności i nasłuchiwała.
Długo ciszy nie przerywało nic poza szemraniem wody. Aż w końcu na ganku można było usłyszeń tentem kopyt. Powstała z miejsca i przytkała sobie dłonie do ust. Wydała z siebie dźwięk podobny do pohukiwania sowy. Z drzew zeskoczyło może z dwudziestu rosłych mężczyzn. Trzech miało w dłoniach łuki, reszta miała u pasa miecze. Machnęła ręką na znak żeby poszli za nią.
Na drodze pojawił się jeździec na czarnym i wielkim koniu, wyglądał jak zmora w swoim płaszczu i rozsiewał naokoło zapach zgnilizny. Obracał głowę w prawo i lewo jakby węszył.
Katherin, bo tak nazywała się dziewczyna o której mowa, zapaliła łuczywo pstryknięciem palców. Wszyscy mieli na głowach kaptury, bo deszcz siekł mocno. Gwizdnęła i strzały posypały się w stronę jeźdźca. Jego koń stanął dęba, ale jakby nic sobie z tego nie zrobił. Szarżował prosto na łuczników, który w ostatniej chwili odskoczyli na bok. Reszta ludzi rzuciła się na niego z mieczami. Walczyli krótką chwilę, nawet udało im się go zrzucić z wierzchowca. Ale ten jednym zamachem ściął dwóch walczących.
-Odwrót, odwrót!- krzyknęła, a jej głos załamał się wśród kropel deszczu.
Uciekali we wszystkie strony. Wtedy Katherin sama stanęła do walki. W lewej ręce dzierżyła łuczywo płonące ciepłym płomieniem, a w prawej miecz.
-Odejdź stąd posłańcu Mordoru! Nie masz czego szukać w tych spokojnych stornach! Wracaj skąd cie wiatr przywiał!
Odpowiedział jej śmiechem. Uniosła wysoko lewą rękę, a płomień mino opadów nie zgasł. Wykrzyczała w języku elfów kilka słów, które przetłumaczone na wspólną mowę, brzmiały mniej więcej tak:
-Odejdź, nie znajdziesz tego, czego szukasz wśród prostych ludzi z północy! W imię króla Isildura, odejdź!
Zdziwił się na te słowa i nieco zląkł, ale odpowiedział:
-Twoje słowa nie mają nic nad potęgę Mordoru!
Wsiadł na konia i odjechał w ciemność.
Katherin opuściła łuczywo i podeszła do umarłych przyjaciół broni. Przeciągnęła ich dalej w głąb lasu, gdzie reszta ludzi zgromadziła się i czekała. Ułożyła obydwóch mężczyzn koło siebie i powiedziała:
-Tak właśnie w obronie pokoju zginęli Karminr i Teodor synowie Dosmira. Wykopcie im groby i pochowajcie należycie, składając broń na ich piersiach.
Kiedy tylko skończyła mówić, reszta ruszyła się i własnymi rękami zaczęli kopać dół, bo akurat nie mieli przy sobie łopat. Przywołała do siebie jednego z nich i powiedziała:
-Słuchaj, jadę do Bree. Jak skończycie tutaj, to też tam się udajcie.
Przytaknął.
Katherin przyłożyła dwa palce do ust i zagwizdała. Przez chwilkę czekała, aż w końcu podbiegł do niej koń. Był biały, w wielkie brązowe plamy. Głowę miał dużą, nogi masywne, świetnie nadawał się do długich biegów. Wskoczyła na jego siodło i do ucha w języku elfów wyszeptała:
-Nieś mnie Ezamel, do Bree. Do gospody “ Pod rozbrykanym kucykiem”.
Koń zarżał i pogalopował.
Do Bree było z tego miejsca około dwie stajnie drogi. Deszcz powoli ustawał, ale za to zmógł się wiatr. Ale koń galopował nieustannie, ciągle posuwając się naprzód. Chmury rozgoniły się i na niebie zawitał księżyc, w otoczeniu miliona gwiazd. Podróż nie trwała długo, bo Ezamel biegł bardzo szybko. W końcu stanęła przed bramą i zastukała.
-Kogo tam niesie?- zapytał ktoś za drzwiami.
-Katherin, otwieraj stary przyjacielu.
Otwarł i z uśmiechem na twarzy zapytał:
-Co tym razem cie przynosi w nasze skromne progi?
-Muszę się spotkać z Obieżyświatem. Widziałeś go może?
-Zdaje mi się że jest w “Rozbrykanym kucyku”.
Nic nie odpowiedziała tylko odjechała w stronę gospody.
Zadzwoniła i w drzwiach pojawił się sam pan Butterbur, gospodarz.
-Nob, chodź no tu zaprowadzisz konia do stajni!- zawołał i dodał- A pani niech sobie wejdzie. Pokój?
-Tak i dobrą kolację i wodę jeśli można.
-Dobrze już przygotowuję.
Weszła do środka, w salonie było dużo ludzi i niektórzy spojrzeli na nią ukradkiem. Usiadła przy jednym z wolnych stołów, oparła plecy o ścianę, a nogi ułożyła wygodnie na ławie. Gospodarz przyniósł jej najpierw szklankę wody, później koszyk z ciemnym chlebem, a na końcu w ceramicznej misie, dymiącą zupę. Katherin najpierw wypiła całą wodę, później powoli zabierała się za zupę. Do tego usiadła już normalnie. Rozglądała się przy przeżuwaniu, czy gdzieś nie widać Obieżyświata, ale ku swojemu niezadowoleniu stwierdziła że go tu nie ma. A ona tak się spieszyła, żeby tu przyjechać. Kilku ludzi siedziało już nieźle podpitych, śpiewali piosenki, których słów nie sposób było rozróżnić. W rogu, przy ogromnym stole, siedziała starz z bramy, popijając ciepły posiłek winem. Ogólnie większość tutejszych gości, to byli mężczyźni. Niektórzy spuszczali na dół głowy, usypiając, inni byli zajęci rozmową. Jednak wszyscy uważnie śledzili co się dzieje w około.
W sali z kominkiem Aragorn siedział i grzał ręce przy ogniu. Podszedł do niego Nob i powiedział:
-Kazał pan powiedzieć jak ona się zjawi. Więc informuję uprzejmie, że siedzi w głównej sali i je kolację.
-Dobrze, dziękuję.-odpowiedział nie odrywając wzroku od płomieni.
Podniósł się z fotela i skierował w stronę stolika Katherin. Usiadł po drugiej stronie stołu i powiedział:
-Proszę, proszę. Królowa złodziei we własnej osobie.
-Cóż za miłe powitanie Aragornie. Sądzę że ty także tutaj za gwiazdę nie robisz.
-Ludzie tutaj są podejrzliwi jak nigdy. To przez tych czarnych jeźdźców.
-Jeden z nich zabił dzisiaj dwóch moich ludzi.- powiedziała spuszczając głowę.
-Nie martw się.-położył jej rękę na ramieniu.
Uśmiechnęła się do niego delikatnie.
Nachyliła głowę na talerzem i wzięła kolejną łyżkę zupy do ust. W około było słychać wiele szeptów. A kiedy odwracała głowę w stronę ludzi, którzy coś mówili, ci nagle milkli. „Tak traktowani są potomkowie królów? Strażnicy północy, którzy pilnują ich bezpieczeństwa?”- pomyślała. Wydawało jej się to dziwne, ale oni chyba nie wiedzieli, kim są. Ludziom z Bree, wydawało się ze są to zwykli złodzieje, którzy zatrzymali się na posiłek. Widywali tu ich oboje, ale na pewno nigdy razem. Więc musieli być bardzo zdziwieni. Szeptali między sobą, że dwaj zbóje łączą siły. Oczywiście nie wszyscy uważali ich za zagrożenie, wielu z obecnych tutaj, nie raz Katherin ratowała skórę. Sięgnęła po kawałek chleba i połamała go na pół. Znów zadzwonił dzwonek. Było słychać otwierające się drzwi, bieganie, głośną rozmowę, a na końcu podekscytowany głos gospodarza.
Do pokoju wpadł jakiś starzec, na głowie miał śmieszną czapkę, a na sobie szary płaszcz.
-Przepraszam za spóźnienie.- powiedział podchodząc do stołu przy którym siedzieli dwaj Strażnicy.
-Nie no Gandalf, tylko tego mi brakowało. Czy ja w spokoju nie mogę zjeść nawet posiłku?
-Ah..Jedz, moja droga, a ja będę mówił. Aragornie rozmówię się z nią, a później mam sprawę także dla ciebie. Ale to potem. Posłuchaj Katherin, mam dla ciebie coś.
Położył na stole pochwę, pokrytą runami mieniącymi się złotymi nitkami, za czerwonym tle. Rękojeść miecza była ozdobiona czerwonymi rubinami i szczerym złotem oraz srebrem.
-Wybacz, ale wolę swój stary miecz.
-Ależ, ty nic nie rozumiesz. Ale spokojnie wszystko ci wyjaśnię. Nie wiem skąd zacząć, może od początku. To prezent od twojego ojca.
-Ojca? A było go stać na tak pięknie zdobiony miecz?
-Głupia, ja nie mówię o tym ojcu. Tylko o tym rodzonym, który cie szuka po całym świecie.
-A ty znowu z tym wyskakujesz... Mówiłam ci już, że nie jestem córką Kreońskiego władcy.
-Tak, ale teraz mam na to dowody. Niezbite. Byłem na jego dworze, a on dokładnie opisał te znamiona, które nosić na lewej ręce. Jesteś córką Talana II, znanego Starym. I stąd jej twoja umiejętność panowania nad ogniem.
-Jakie tam panowanie nad ogniem. To że umiem rozpalić ognisko, to wcale nie znaczy że...
-Samymi rękami?- przerwał jej.- Nie to wcale nie znaczy że masz jakieś moce.
Aragorn się zaśmiał. Była jedyną kobietą, jaką znał, która by umiała tak walczyć, tak mówić i którą by dopuszczono w krąg Strażników. Miała piękne, zielone oczy i ciemne brązowe włosy. Kłóciła się z Gandalfem, jakby był jej bratem, albo co najmniej jednym z jej żołnierzy. Nie można było zaprzeczyć, że go intrygowała.
W końcu zrezygnowała i sięgnęła ręką po miecz. Gandalf zatrzymał ją w połowie drogi i powiedział:
-Obiecałem że własnoręcznie ci go wręczę.
Spojrzała na niego zdziwiona, ale nic nie powiedziała. Wstała i klęknęła przed Gandalfem, ledwie mieszcząc się pomiędzy stołem, a siedzeniem. Ludzie w gospodzie przestali zajmować się tym, co dotychczas robili. Wszyscy spojrzeli na tę dziwną scenę, W pokoju nastała cisza. Gandalf wstał i uniósł miecz, mówiąc:
-Katherin, córko Talana, księżniczko Kreonu. Wręczam ci ten oto miecz, który jest spuścizną twoich przodków. Z nazywa się Lignismè, co w języku elfów oznacza „Żywy ogień”.
Uniosła ręce, a on podał jej ten miecz.
Kilka osób, zaklaskało, kilka wybuchło śmiechem, a inni nie zrobili nic, po prostu wracając do jedzenia i picia. Ludzie dalej szeptali między sobą, a od czasu do czasu ktoś krzyknął głośno: „Naprawdę” albo „Nie wierzę”. Czasem można też było wśród szeptów rozpoznać imiona strażników, albo czarodzieja. Było wiadome ze wzbudzili wielką sensację.
Kiedy Katherin dotknęła miecz, poczuła dziwne uczucie, jakby ciepło które z niego emanuje. Po całym ciele przeszedł ją dreszcz. Usiadła, i wyjęła go z pochwy. Był piękny, twarda stal błyszczała w blasku świec. Środek ostrza był ozdobiony, runami takimi jak na pochwie, oraz różnymi ornamentami roślinnymi. Delikatnie musnęła palcami powierzchnię i ostrze. Było ostre jak brzytwa. Schowała go i położyła z powrotem na stół.
Zajęła się kończeniem swojej zupy. Gandalf właśnie wygłaszał do niej swój monolog, którego w ogóle nie słuchała.
-...No czy ty mnie słuchasz w ogóle?
-Yhy....
-No, to mam nadzieję że zrozumiałaś, że masz go nikomu nie dawać.
-A to dlaczego?- powiedziała przełykając.
-Gdybyś słuchała, to byś wiedziała. Tylko członkowie twojej rodziny, mogą go dotykać. Mnie strasznie parzył, a trzymałem go tylko przez pokrowiec. No mam nadzieję że tym razem dotarło! No i mam dla Ciebie zadanie. Nie zadawaj pytań, bo na to teraz nie mam czasu. Pojedziesz do Rivendell i tam ci wszystko wyjaśnię, kiedy przybędę. Jedź najkrótszą drogą i uważaj na siebie.
-Tak, dobra... Idę spać. Dobranoc Aragornie.
-Dobranoc Katherin. Miłych snów.
Wyszła z sali, a kiedy wchodziła po schodach spotkała na nich Nob’a .
-Pierwszy pokój po lewej jest już przygotowany. Zaraz przyniosę ciepłej wody.
-Dobrze dziękuję.
Otwarła drzwi i weszła do pokoju. Na ścianie paliły się dwie świeczki, które bladym płomień oświetlały niewielki pokój. Naprzeciw drzwi było otwarte okno, które wpuszczało do pokoju świeże powietrze. Pod nim stało jedno lóżko, pościelone białym prześcieradłem, zdobionym w maki. Po prawej ręce Katherin, stał kominek, w którym tańczyły płomienie. Po lewej stał podłużny stół, z ciemnego drewna, a koło niego niska komoda, na której stała kolejna zapalona świeca, a nad nią wisiało lustro, troszkę okurzone, widocznie dawno nie używane. Cały pokój zdawał się już dawno nieużywany, ani nie wietrzony. Mimo otwartego okna, dalej było tu duszno, a kurz unosił się w powietrzu.
Katehrin usiadła na łóżku i spojrzała za okno. Wychodziło one na zachód, więc w stronę ogrodów, ale noc była ciemna, więc i tak nic nie było widać. Zamknęła je i zasłoniła ciężkimi zasłonami. Uniósł się z nich duszący kurz. Odruchowo wstała i zasłoniła twarz rękami, kaszląc. Wtedy właśnie wszedł do stancji Nob, odstawił misę na komodę i drżącym głosem powiedział:
-Ja bardzo panią przepraszam, ale nie miałem czasu posprzątać. Tyle ludzi dzisiaj, a szef gania mnie w te i we w te. A to jest ostatni jedno osoby pokój wolny… Nich pani mu nie mówi.-mówiąc ostatnie zdanie prawie się rozpłakał.
Katherin coś ścisnęło w sercu, więc powiedziała:
-Nie martw się, nawet cię pochwalę, tylko zostaw mnie już samą. No i tak jest najlepsze posłanie w jakim spałam od tygodni.
-Naprawdę?- pociągnął nosem- Tak się cieszę.
-Dobra idź już.-warknęła lekko zirytowana.
-Tak, tak już idę.-wyskoczył za drzwi i zamknął je cichutko.
Katerin podeszła do misy, umyła sobie twarz i włosy. Zrzuciła z siebie kilka ubrań, po czym ułożyła je dbale na krześle które stało pod kominkiem. Jeszcze obmyła sobie ręce i nogi, a potem pogasiła wszystkie świecie, oprócz jednej, którą postawiła koło łóżka. Przez chwilkę wpatrywała się w dogasający w kominku płomień, myśląc o wszystkim o czym jej opowiedział dzisiaj Gandalf. Wtedy otwarły się drzwi jej pokoju. Usiadła na łóżku. Z sieni przez szparę wpadało światło, a na ścianie pojawił się cień.
-Czego?- zapytała.
Ktoś wszedł do pokoju zamknął drzwi. Podszedł do niej i kucnął, tak że zobaczyła jego twarz w świetle świecy. Był to Aragorn.
-Mogę ci zająć chwilkę?
Katherin mimo iż była zmęczona i najlepiej by się teraz położyła, wstała z łóżka. Zabrała z krzesła ubrania i rzuciła ze na łóżko. W tym czasie Aragorn, dorzucał drewna do ognia. Płomienie zahuczały wesoło i od razu zrobiło się jaśniej w całym pokoju. Zapalił też inne świecie.
-Usiądź.- powiedziała dostawiając jedno krzesło pod kominek.
Spoczął, i przez chwilkę patrzał w płomienie, kiedy ona patrzała na jego twarz. W końcu oderwał wzrok od ognia i spojrzał Kattherin w oczy.
-Posłuchaj, musisz mi doradzić. Nie ty jedna dostałaś zadanie od Gandalfa. Musisz mi pomóc, bo nie wiem jaka droga będzie najlepsza.
-Zależy dokąd Aragonie.
-Do Rivendell.
-Dlaczego nie pojedziesz gościńcem?
-Bo będę miał pieszych przy sobie, a do tego ci jeźdźcy. Wykluczają tę drogę.
-Nie rozumiem czemu mnie o to pytasz. Sądziłam że ty najlepiej znasz drogę do Rivendell. Wychowałeś się tam. Po co tak naprawdę przyszedłeś?
Zawahał się chwilkę, po czym powiedział:
-Chciałem poznać twoją historię.
-Moją? O czym chcesz słuchać? O tym jak wychowywali mnie wieśniacy, czy o tym jak dorastałam wśród złodziei?
-O wszystkim.
Katherin była chwile cicho. Patrzała na kominek i na palące się w środku drewna. W końcu wzięła głęboki oddech i powiedziała:
-Nie wszystko pamiętam. To było bardzo dawno temu. Ludzie, których dotąd nazywałam rodzicami, nimi nie byli. Moja przybrana matka, znalazła mnie jako czteroletnie dziecko, w koszyku, który spływał rzeką. Nie mam pojęcia, skąd tam się wzięłam. Ale moja matka zawsze mi opowiadała ten moment. Nie umiałam jej nic powiedzieć. Byłam na skraju wyczerpania. Wiedziałam tylko że mam na imię Katherin. Wzięła mnie ze sobą do domu. I wychowała, mimo iż miała ósemkę własnych dzieci. Traktowały mnie jak siostrę.-zaśmiała się- Pamiętam, że inne dzieci śmiały się ze mnie kiedy mówiłam, że jestem księżniczką. Właśnie dlatego nie wierzę w to co mówił mi Gandalf. Wydawało mi się, że to mi się tylko przyśniło, że to było brednie małego dziecka. Aż pewnego dnia nasza wioska spłonęła. Nikt poza mną nie ocalał z pożaru. Miałam wtedy może dziewięć lat. Byłam sama na świecie. Nie było nikogo kto by o mnie pomyślał. Błąkałam się po świecie jak żebraczka. Aż w końcu odnalazł mnie przywódca paczki złodziei. Zaopiekował się mną, może z poczucia współczucia, może pchnęło go ku temu jakieś inne uczucie. Tego nie wiem. Zawsze powtarzał mi że mam bardzo dostojne rysy twarzy, jak księżniczka. Nauczył mnie jak władać mieczem, jak jeździć konno. Do tego, okazało się że nie był tym za kogo go ludzie uważali. Może i kradł, czasem się zdarzało. Ale rozdawał to biednym. Pomagał mu duży oddział ludzi, pilnowali bezpieczeństwa wokół wioski której pilnowali. A ja dorastałam i pięłam się coraz wyżej w zasługach. W pewnym czasie dostałam mały oddział ludzi i patrolowałam okoliczne pola. Aż w końcu Asteriusz, zmarł. Znów poczułam się zagubiona i samotna. Wiele wtedy podróżowałam, oglądałam różne miejsca, ale nigdzie nie było mi tak jak tu. Powróciłam tu po kilku latach i przejęłam przywództwo. Wtedy też zaprzyjaźniłam się ze Strażnikami i efekty tej przyjaźni widać do dzisiaj.
Umilkła. Zaschło jej w gardle. Dawno nikomu tego nie opowiadała. Kilka łez spadło na jej kolana.
-Nie jesteś sama. Przecież masz rodziców. A jeśli oni naprawdę są twoimi rodzicami...-spojrzała na niego-…to ja także jestem twoją rodziną, co prawda dalszą, ale Kreończycy wywodzą się od krewnego Isildura. A dokładniej od jego siostry. Ożeniła się z zasłużonym wojownikiem o imieniu Kreon, stąd wasza nazwa.
Uśmiechnęła się i otarła łzy. Spojrzała w jego szare oczy i poczuła, że w końcu odnalazła coś co jeszcze ją cieszy na tym świecie.
-Dobrze wiedzieć, że mam kogoś, z kim wiążą mnie więzy krwi.
-Nie tylko. Ale i przyjaciela.- położył jej rękę na ramię- Mam nadzieję że się jeszcze spotkamy, a z tego co opowiadał mi Gandalf na pewno. Bywaj Katherin- wstał i wziął jedną świeczkę do ręki- miłych snów.
-Już odchodzisz?
-Wiedzę że jesteś zmęczona. Moją historię opowiem ci kiedy indziej, a będą ku temu okazje uwierz mi.- powiedział i wyszedł.
Katherin jeszcze przez chwilkę siedziała na swoim miejscu, ale w końcu wstała i zgasiła resztę świeczek. Położyła się i prawie natychmiast zasnęła. Była bardzo zmęczona, ale równocześnie podekscytowana. Kto by pomyślał, że ona i Aragorn mają jakieś powiązania. I do tego Isildur… Przewracała się całą noc na posłaniu, bo śniły jej się dawne dzieje, których tylko się domyślała z pieśni.
Rano wstała bardzo późno. Dzień był bardzo pogodny, a słońce było już bardzo wysoko. Ubrała się i zeszła na dół, aby zjeść porządne śniadanie i zabrać ze sobą zapasy na drogę. Kiedy jadła jajka sadzone, z bekonem, policzyła ile około dni będzie ją trwała podróż do Rivendell. „Jeśli nie będzie żadnych problemów, zdążę w niecały tydzień. Doliczę może ze dwa dni na opóźnienia. Osiem dni.”- liczyła w głowie. Popiła wszystko sowicie piwem, które było tu doskonałe i poszła złożyć zamówienie.
-Potrzebuję prowiant na osiem dni. Przyniosę zaraz panu torbę, w którą pan to zapakuje.
-Jak pani rozkaże.- powiedział Butterbur.
Udała się do stajni. Koń stał w zagrodzie, a kiedy ją zobaczył, zarżał i jakby chciał się wyrwać na zewnątrz.
-Spokojnie Ezamel.- powiedziała cicho.
Koń przestał wierzgać, a Katherin położyła mu rękę na łbie i przytuliła. Przed zagrodą leżało siodło i inne rzeczy, które nosił na sowim grzbiecie. Znalazła dużą skórzaną torbę i zaniosła ją do kuchni. Gospodarz zapakował jej troszkę chleba, ale nie mógł za wiele, bo i tak po kilku dniach by zbutwiał. Było też solone mięso, owoce, dużo wody i piwa oraz inne rzeczy. Kiedy skończył, podziękowała mu, zapięła pas na torbie i zapłaciła sowicie złotem.
Osiodłała swojego konia i wyprowadziła ze stajni. Pod drzwiami pożegnał ją Buttetbur i Nob, który nerwowo na nią spoglądał.
-Dziękuję bardzo za gościnę, jadło macie wspaniałe, a pokoje jeszcze lepsze.-spojrzała na Noba- Na pewno jeszcze kiedyś tutaj zawitam, w lepszych dniach.
-To będzie dla nas zaszczyt.
-Dowidzenia i oby wam interesy dobrze szły.
I rzeczywiście przez pewien czas ludzi było wiele w gospodzie.
Skierowała się powoli do bramy. Kiedy przez nią przejeżdżała, pomachała tylko ręką odźwiernemu i wyjechała na ganek. Puściła się pędem, szpecąc koniowi do ucha, słowa w języku elfów. Przez pierwsze cztery godziny galopowała, aby nadrobić stracony czas. Później zwolniła troszkę, jechała spokojnie. Po południu zatrzymała się na krótki popas, aby koń odpoczął. Ona sama tylko napiła się wody, i usiadła swoim zwyczajem, oparta plecami o drzewo. Obserwowała otoczenie, słuchała wszystkich odgłosów przyrody.
W końcu koń wyglądał już na wypoczętego i jakby sam rwał się do dalszej drogi. Znów usiadła w siodle i ruszyła dalej. Dzień był nadal pogodny, wiatr się obrócił i przynosił ze sobą ciepłe i suche powietrze. I takie już pozostało przez pierwsze dwa dni podróży. Katherin popasała rzadko wciągu dnia, ale noc całą spędzała ukryta między drzewami. Trzeciego dnia, pod wieczór ujrzała przed sobą Wichrowy Czub. Popędziła tam i zostawiając konia pod górą weszła na niego.
Były to ruiny starej wieży obronnej Amon Sul. Widać było stąd cała okolicę.
-Chyba troszkę pomyliłam się w obliczeniach. Zresztą i tak powinnam być tu wcześniej.- powiedziała sama do siebie, właściwie nawet o tym nie wiedząc że mówi to na głos. Dawno z nikim nie rozmawiała. Tylko od czasu do czasu wydawała jakieś polecenie swojemu koniu, ale to też zdarzało się rzadko. On jakby sam znał drogę, nawet nie musiała nim kierować.
Usiadła pod zburzonym murem i spojrzała w niebo. Pogoda się zmieniała, znowu zanosiło się na deszcz. Właśnie tego dnia, Frodo wyruszył ze swojej norki w Hobbitonie, aby rzekomo się przeprowadzić, a tak naprawdę, aby wykonać zadanie, które powierzył mu wuj, razem ze spadkiem.
Z daleka do uszu Katherin doleciały odgłosy jadącej konno grupy ludzi. Wstała i spojrzała na ganek. Z oddali zbliżało się bardzo szybko, pięciu może sześciu jeźdźców. Byli ubrani na czarno, ale nie były to zmory z Mordoru, bo konie były tutejsze, niskie i wytrzymałe. Na pewno byli to złodzieje, ale ona jedna sama nie dała by im rady. Zeszła na dół i dosiadła konia. Ale oni byli już blisko. Katherin odjechała troszkę dalej, wzdłuż gór. Była pewna że zmierzają na Wichrowy Czub. Nawet nie wiedziała w jakim była błędzie.
Zatrzymała się troszkę dalej, i usiadła na kamieniu. Wyciągnęła kawałek chleba i mięsa. Jadła to wszystko spokojnie, aż w końcu niepokój w niej wezbrał. Słyszała dalej tentem kopyt, ale nie tam gdzie się go spodziewała. Dochodził z drogi którą przybyła.
Nim zamknęła wszystkie torby i usadowiła się w siodle, zbóje już dopadli zakrętu. Ruszyła najszybciej jak mogła, ale oni ciągle się przybliżali. Jej koń był bardzo zmęczony. Jednak przyśpieszał jak tylko mógł. Zjechała ze ścieżki. Słyszała za sobą dzikie krzyki.
-Policzymy się za straty, które wywołał twój oddział, naszemu!- usłyszała.
-Tak połamiemy ci wszystkie kości!
-Niech umiera powoli i boleśnie!
Reszty krzyków już nie rozróżniała, bo zaczęło padać. Nie widziała na dalej niż dwie mile, bo deszcz spadł na rozgrzaną ziemię, więc zaraz podniosła się mgła. Jechała jak przez sen, myśląc tylko o tym żeby jej nie dopadli.
W pewnej chwili jeden z nich zrównał się z nią i zamachnął mieczem, ale ona uchyliła się i kopniakiem strąciła go z siodła. Z tyłu wszyscy wrzeszczeli i rzucili się z szałem na nią. Katherin wyciągnęła miecz, który dostała od Gandalfa. Z lewej strony podjechało do niej dwóch, a z prawej trzech. Przyśpieszyła troszkę, ale potem zrozumiała że bez walki się nie obędzie. Wyszeptała Ezamelowi kilak słów do ucha, ten w miejscu stanął dęba i obrócił się szarżując na bandę. Zdziwili się takim obrotem sprawy, więc zaczęli panikować i zatrzymywać swoje konie. Jeden spadł z siodła, pod kopyta konia przyjaciela, a jego koń uciekł w druga stronę. Reszta zatrzymała się szczęśliwie i ściskając miecze, ruszyli prosto na Katherin.
Pierwszy dojechał do niej mężczyzna o czarnych włosach i oczach. Zgrabnie uniknęła jego ataku, uchylając się przed mieczem i raniąc go w brzuch. Z następnym poszło bez problemowo. Nawet nie zdążył wyciągnąć broni, kiedy był już bez głowy. Wtedy pozostała dwójka troszkę się przeraziła, więc postanowili ratować swoje życie. Szybko zawrócili konie i ruszyli w przeciwną stronę, ale Katherin dopadła ich bardzo szybko, ścinając ich od tyłu. Wtedy się zatrzymała, uwolniła ich konie, a ich ciała zebrała w jedno miejsce i podpaliła.
-Niech wiatr rozniesie wasze prochy, nędzne ścierwa.
Pojechała dalej. Noc zapadła, deszcz trochę się uspokoił, a później ustał całkowicie. A ona dalej jechała. Zatrzymała się dopiero nad ranem. Weszła troszkę wyżej w góry, na tyle na ile mógł iść z nią koń. Znalazła dogodne miejsce, rozpaliła ogień i osuszyła się troszkę. Rzuciła mu resztę chleba, który jej został, a sama zadowoliła się owocami. W końcu położyła się i usnęła. Była zmęczona. Spała kilka godzin. Obudziło ją słońce, wychodzące zza chmur. Było już południe, więc siadła na konia i ruszyła dalej.
W górach roślinność nie dopisywała, ale tutaj już rosła troszkę gęściej. Można było spotkać krzaki i małe drzewa. Gdzie niegdzie, zakwitał jakiś kwiat. Z gór małymi strumykami spływała woda deszczowa. Od czasu do czasu, Katherin zobaczyła jakiegoś ptaka, królika, a nawet raz rudą wiewiórkę.
Teraz podróż przebiegała już z dawnym spokojem. Jednak teraz Katherin nie zatrzymywała się na noc, ale dopiero rano. W dzień nie robiła też kilku krótkich przerw, ale jedną długą przed wieczorem. Jadła wtedy kolację i odpoczywała chwilkę. Następny posiłek jadła dopiero rano, przed snem. W ten sposób oszczędzała jedzenie i czas. Ale widocznie nie potrzebnie. Po trzech dniach dojechała na Ostatni Most, nad rzeka Hoarwell. Przejechała przez niego pod osłoną nocy, więc na nim zatrzymała się i poszła spać. Rano wstała bardzo pokrzepiona i pojechała w stronę rzeki Bruinen w dolinie Rivendell. Dojechała tam wieczorem.
Ujrzała piękny las. W około było pełno zwierząt, roślin. Zsiadła z konia, kiedy podszedł do niej elf.
-Nazywam się Glorfindel, oczekiwałem ciebie. Chodź zaprowadzę cię do twojego pokoju.-powiedział we wspólnej mowie.
Nic nie mówiąc poszła dalej na nim, prowadząc swojego konia. W końcu stanęli przed wielkim białym pałacem.
-Możesz zostawić tutaj swojego konia. Zajmiemy się nim należycie.
Puściła lejce i powiedziała do niego w języku elfów:
-Spokojnie przyjacielu, za niedługo się spotkamy.
-Nie wiedziałem że znasz nasz język.- powiedział Glorfindel.
-Nie wiesz o mnie wielu rzeczy.
Uśmiechnęła się do niego, a on troszkę poczerwieniał na twarzy. Poprowadził ją prosto do jej pokoju, otwarł przed nią drzwi i puścił przodem. Weszła do środka i ujrzała przed sobą łóżko, ubrane w pościel białą, która wydawała się tak lekka, jakby miała zaraz unieść się w powietrze i odlecieć. Było tu też kilka mebli, niski stolik, a przy nim dwa fotele, kominek przy którym stały i wielki dywan na środku pokoju.
-W szafie masz rzeczy do przebrania. Te upierzemy. Przebierz się szybko, bo zaraz kolacja, a wielu ludzi chciało by się przy niej z tobą rozmówić.
Mówił do niej w swoim języku. Spoglądał na nią ukradkiem.
-Dobrze dziękuję, zaraz przybędę na wieczerzę. A i przepraszam że się nie przedstawiłam. Nazywam się Katherin.- mówiąc to ukłoniła się nisko.
Elf uśmiechnął się i powiedział:
-Teraz zostawię cię samą, ale przyjdę to za pół godziny. Zaprowadzę cię do stołu.
Wyszedł.
Katherin wyciągnęła z szafki białą suknię i zaraz się w nią przebrała, rzucając inne rzeczy na łóżko. Znalazła też wygodne elfickie buty, ubrała je i później poukładała swoje rzeczy w równy stosik, bo stwierdziła, że temu miejscu przystoi porządek. Ułożyła je na fotelu, a na stole położyła miecz i pas, oraz inne rzeczy wyciągnięte z kieszeni. Drobniejsze przedmioty zawiązała w białą chustę, resztę pozostawiła luzem. Usiadła na łóżku i stwierdziła ze nigdy wygodniejszego nie widziała. Nie było ani za twarde, ani za miękkie. Po prostu w sam raz. Ułożyła się na nim wygodnie i zasnęła by gdyby nie Glorfindel, który wszedł i oznajmił:
-Kolacja już gotowa. Czeka na ciebie miejsce wśród zacnych osób.
Wstała z lóżka i powędrowała za nim korytarzem. Weszli do ogromnej Sali, gdzie zebranych było mnóstwo elfów, ale wśród nich było także wielu innych gości. Rozpoznała wśród nich kilku krasnoludów, a także jednego hobbita. Kiedy jej przewodnik zobaczył że na niego spogląda powiedział do niej:
-Mogę cię przedstawić temu hobbitowi.
-Będę zaszczycona. A i możesz mnie przestawić w wspólnej mowie? Sądzę że on zna język elfów, ale w ten sposób będzie to bardziej stosowne.
Elf uśmiechnął się do niej i poprowadził ją do małego człowieka.
-Witaj Bilbo. Chciałem ci przedstawić ta oto damę. Przyjechała do nas z Bree i jest Strażnikiem Północy, więc myślę, że będziecie mieli wiele tematu do rozmowy.
-Nazywam się Katherin.- powiedziała i usiadła koło niego.
-A ja Bilbo, ale to już chyba słyszałaś.
Glorfindel usiadł koło niej i oboje wsłuchiwali się w opowieści do późna w nocy. Usłyszeli wiele pieśni i wierszy, a także różnych śmiesznych historyjek. Śmiali się i jedli wspaniałe jadło i popijali je winem.
Po uczcie w trójkę poszli do pokoju Katherin, bo ta uraczyła ich opowieścią o swoim mieczu. Pokazała im go, ale pamiętając przestrogę Gandalfa, nie pozwoliła im go dotknąć. Tu się rozstali i Katherin poszła spać. A nie spała snem tak spokojnym już od dawna.

wtorek, 3 lutego 2009

Pieśń o pani kreonu



Królowa państwa Kreonu


Nasza pani ukochana, a zaginiona
Przed laty okrutnie zatopiona
Z nienawiści ta zbrodnia zrodzona,
Niczym dziecię z matczynego łona.
Z tej samej gliny zrobiona,
Lecz o wiele okrutniejsza jest niż ona.

Lud jej wierny, ukochany
Szuka swej pani aż po lasy Loany*.
Kraje obiegła wieść niesłychana
Zagubiona jest potomkini Talana.
Kto tron posiądzie, jeśli nie ona?
Kraj zgubiony, matka zrozpaczona.

Kreonie wielki, w białej skale wykuty
Jesteś niczym, prochem marnym dopóty
Księżniczki wielki blask nie przyjdzie
I cie na wieki nie posiądzie.
Jeśli oblicze jej jasne, zaćmione
Nie spojrzy na państwo strapione.

Lata mijają, a pani nadal zagubiona
Wśród małych dzieci nie odnaleziona.
Król juz stary, królowa osępiała
Siostra pani się uradowała
Kiedy wieść tę dosłyszała,
Droga do korony wydaje się mała.

Zła to pani, złe jej rządy,
Lud nigdy nie dowie się prawdy,
Że ich dobrodziejka zaginiona
Wśród wiejskich ludzi była wychowana.
A wśród bandytów dorastała
I ich pomocniczką się stała.

Nieśmiertelne jej ciało
Przekłute było mieczem razy nie mało.
Lecz niczym feniks z popiołów
Odrodziła sie wśród nocnych łowów**.
Gwiazdy na niebie święcą jasno
Kiedy nasza pani raduje się mocno.

Na ramieniu znak ognień wyryty
Po tym poznać feniksa możesz i ty
A gdy odnajdziesz naszą panią
Za koniec świata biegnij za nią.
Powiadom jej ojca strapionego
Rozpromienieją się ostatnie dni jego.

*Lasy Loany- tak ludzie nazywają Mroczną Puszcze, ponieważ zamieszkują je elfy, a Loana jest przez nich uważana za ich królową, chociaż tak nie jest.

**Nocne łowy- tu sen.

Serce kryminalisty cz.1



Rozdział pierwszy

“Nie uchwytny jak wiatr”

Duże biuro. Kanapa, wielka biała tablica, przeszklona ściana wychodząca na korytarz zakryta żaluzjami. Na końcu pokoju stoi biurko, a na nim tabliczka z napisem “Kate McMiliam”. Tam zaciszny kąt znalazła brunetka pogrążona w śnie. Za nią stała wielka szafa, pełna książek, kartotek, akt i innych papierów, które zdążyły się nazbierać przez trzy lata, które tutaj spędziły już dwa zespoły. Ściany były białe, zresztą tak jak sufit, tak przygnębiające jak w sali szpitalnej. Okno wychodziły na wschód, a za jego zbrudzoną od deszczu szybą powoli wstawał poranek. Podłoga była wyłożona zielonym linoleum i był to jedyny weselszy akcent, na tle szarych mebli.
Głowa policjantki była złożona na aktach “Kolekcjonera”. Tak zawali go razem z zespołem. Nie umieli go znaleźć. Niestety nie pozostawił po sobie zbyt dużych śladów. A tak właściwie to żadnych. Nie mogli nic wymyślić, od tygodnia błądzili w ślepym kole nikłych poszlak, przepytali rodziny ofiar, nauczycieli, przyjaciół. Tak trudnej sprawy Kate dawno nie rozwiązywała, dawno już nie zostawała na noc z pracy. Jej znużone oczy zamknęły się około godziny czwartej rano, po kilkunastu godzinach bez owocnych poszukiwań. Szukała jakiśkolwiek powiązań, ale nie znalazła nic poza liceum, do którego chodziły dziewczyny i tym że wszystkie miały blond włosy...
Około godziny siódmej rano, jej partner Chris, wszedł na placach do biura. Wrzucił jej jakieś papiery koło głowy i wyszedł. Wrócił około godziny później z resztą “podopiecznych” i niestety nie tylko.
-Obudźmy ją....- powiedział cicho Peter.
-Może lepiej nie.
-Przestań Chris, dobrze wiesz że jest nam potrzebna.- powiedział Ben i położył kubek z kawą koło akt.
Zaczęli się cicho kłócić. Ale mówili już coraz głośniej, dzięki czemu ona sama się obudziła. Podniosła głowę i spojrzała na nich zaspanymi oczami. Twarz miała umazaną atramentem, a włosy w nieładzie. Nie bardzo wiedziała co się dzieje, dopiero później, kiedy troszkę doszła do siebie powiedziała:
-Czego tak wrzeszczycie?
Obrócili się i z troszkę przerażonymi minami spojrzeli w jej stronę. Na szczęście nie miała wyrazu twarzy, który by świadczył że ma ochotę ich wszystkich zabić, więc Peter pozwolił sobie na mały żart:
-Kupiliśmy pizzę dla całego oddziału na twój koszt i sprzeczamy się, kto dostanie tą z szynką.
-Że co?!
Tak szybko wstała, że przewróciła krzesło. Chłopcy cofnęli się o krok do tyłu, ale wzięła głęboki oddech i podniosła przewrócony mebel, po czym opadła na oparcie.
-Spokojnie, żartowałem. Dzisiaj ja stawiam-powiedział i wyszedł.
Skierował się do swojego biura. Było tak samo szare jak wszystkie inne. Był tu szefem i jednym z pierwszych przyjaciół Kate z pracy. Oboje pracowali tu już bardzo długo, przez pewien czas nawet w jednym zespole. Usiadł w masywnym fotelu. Oparł głowę na łokciach. Zamknął swoje błękitne oczy, a rękami gładził blond włosy. Na chwilkę odpłynął od rzeczywistości i problemów. Właściwie nie wiedział, co go tak do niej ciągnęło. Była wredna dla wszystkich, napadała na dziennikarzy, trzaskała jego drzwiami i drwiła z poczynań. Ale ona, zawsze taka była. Dlatego szybko awansowała i dostała własny zespół. Poza wielkimi zdolnościami znęcania się psychicznego nad pracownikami, umiała nawiązać z nimi pewną specyficzną więź. Nie była to może wzorowa przyjaźń, ale szacunek z którym oni się do niej odnosili, był niezwykły. Każdy facet w jej zespole najpierw mówił że nigdy nie da sie zdominować babie, a jednak byli ulegli jak baranki po pierwszym miesiącu. Wszystko do sprawiało że byli jednym z najlepszych zespołów w tym mieście. Rozwiązywali sprawy w mgnieniu oka. Oprócz tej jednej.
Kate oparła się o okno i napiła z kubka który miała z ręce. Od razu zwróciła większość napoju na bluzę Ben'a.
-Kawa? Ja nie cierpię kawy...Młody by wiedział, że ja pije tylko herbatę. A tak właściwie to gdzie on jest?
-Wyjechał na pogrzeb babci.- odpowiedział jej partner, który siedział do nich plecami.
-Świetnie... Jeszcze tego nam brakowało. Ben, idź się przebrać i przynieś mi herbaty.
Wybiegł na tyle szybko na ile mu pozwalały jego krótkie nóżki... Był niski, troszkę przy sobie, w ogóle nie wyglądał na śledczego,a raczej na drogowca, który zajada się pączkami, które zresztą lubił tak samo jak inne słodkości. Jednak miał jeden, a właściwie dwa talenty, który nazywały się spokój i opanowanie. Nie jeździł na akcje, to nie była praca dla niego. Siedział w budynku, gdzie zawsze było ciepło, szukał w komputerze różnych informacji. Łeb miał nie od parady. Umiał zapamiętać setki numerów telefonów, adresów, nazwiska i wiele innych rzeczy które akurat mogły się przydać. Przesłuchiwał świadków i robił to w tak zadziwiający sposób, że zawsze dowiedział się czego chciał. Miał wiele znajomości w całym mieście, jak i poza nim. Posiadał jeszcze jedną cechę charakteru, która pozwalała mu się jakoś trzymać. Był wytrzymały na ciągłe obelgi i złośliwe uwagi swojej szefowej. Tak ją zadziwiał, że nie mogła przestać wypróbowywać na nim nowych sztuczek i powiedzonek. Przyjmował je z uśmiechem na twarzy i czasem dodawał:”Może masz rację, chyba muszę troszkę schudnąć”. Był szczęśliwym ojcem dwójki dzieci i nic innego mu nie było potrzebne.
Kiedy wrócił, usadowił się wygodnie w kanapie na przeciwko mapy miasta, do której Chris przypinał różnokolorowe pinezki. Jego czarne włosy, błyszczały w przed południowym słońcu, które wdzierało się do środka. Kate usiadła koło Ben'a i delektowała się herbatą. Patrzała na mapę, ale jakoś nadal tylko przy szkole było pięć punktów. To było jedyne wspólne miejsce. Zapadła cisza, a cała trójka wpatrywała się w mapę. Zegarek tykał ociężale, każdy słyszał bicie swego serca. Myśli kłębiły się w głowie brunetki... Nic nie umiała wymyślić. Ciszę przerwał telefon. Dzwonił kilka sekund, zanim Kate otrząsnęła się z transu i podbiegła do biurka, na którym jej komórka lekko drżała. Uchwyciła ją w dłoń i odebrała....