sobota, 25 października 2008

Kate Tood i Biały Kruk cz.4



Rozdział trzeci
Kara i konsekwencje


Następnego ranka Kate wstała wcześnie. Kiedy spojrzała przez okno, przywitał ją piękny i ciepły wrześniowy poranek. Ubrała się i zeszła do Pokoju Wspólnego. Kilku Gryfonów wstało już i rozmawiało wesoło. Nad tłumem młodszych uczniów, zauważyła dwie rude czupryny. Podeszła do tłumu i zmieszała się z nim. Przecisnęła się do przodu i już chciała coś powiedzieć, kiedy koło niej przecisnęła się Hermiona.
-Rozejść się! Ale to już.- krzyknęła.
Przerażeni drugo i trzecioklasiści rozeszli się pośpiesznie. Kate stała koło Hermiony, chociaż ogólnie rzecz biorąc wolała stać gdzieś dalej.
-Przestańcie testować to świństwo na uczniach!- wrzasnęła.
-O co ci chodzi Hermiono?- powiedział jeden.
-Przecież my im za to płacimy.- dodał drugi.
-Jeśli chcecie, to testujcie to na sobie. Młodszych uczniów się nie tykajcie.
-A co dasz im szlaban?- wymknęło się Kate.
-Jak będę musiała, to dam! Nie rozumiem dlaczego ich bronisz, Kate?
-Bo ona, jest po prostu normalna.- powiedział Geroge, obejmując ją jedną ręką.
Kate zrzuciła jego rękę i uśmiechnęła się.
-To nie jest do końca tak. Ale Hermiona ma rację, testujcie to na sobie.- powiedziała, po czym odwróciła się, zarzucając włosami.
Weszła do dormitorium dziewczyn. Parvatil i Lavender były zajęte rozmową, a Ana właśnie kończyła się ubierać. Kate poczekała chwilkę i razem z Aną zeszły po schodach. Kiedy wychodziły, Kate spojrzała na George'a i uśmiechnęła się do niego, a ten odwzajemnił uśmiech.
-I co? Nie boczy się już na ciebie?- zapytała Ana.
-Widocznie nie.
-Właściwie to o co poszło?
Kate przeszła przez obraz i po drugiej stronie powiedziała:
-Nie wiem... Faceci są dziwni.
-Ah, a kobiety to nie?- odezwał się głos za nimi.
Odwróciły się i ujrzały Prawie Bezgłowego Nicka.
-Widzę że masz inne poglądy na ten temat, sir Nicolasie?- zagadała go brunetka.
-Tak, widzę że ty Kate miałaś złe przeżycia z mężczyznami.
Zaczęli się kierować w stronę Wielkiej Sali. Duch "płynął" w powietrzu między nimi.
-A z tego co ty mówisz, to ty z kobietami?
-Och, tak pewna dworka całkowicie nie zwracała na mnie uwagi... Cóż z tego że była już zamężna? -Ah, sir Nicolasie chyba już wiemy dlaczego prawie straciłeś głowę...- zażartowała Ana.
-Nie sądzę, żeby to było śmieszne.- powiedział ostentacyjnie, kiedy Kate i Ana, powstrzymały się od śmiechu.
Weszli do Wielkiej Sali, gdzie wielu uczniów już zajadało się śniadaniem. Prawie Bezgłowy Nick odleciał w inne miejsce, a one usiały przy stole. Kate zaczęła:
-Słuchaj myślałam wczoraj w nocy o tym facecie...
-Nie masz co robić w nocy? Radzę ci spać, od czasu do czasu.- przerwała jej Ana
-Tak, śpię wyobraź sobie. A do tego mam te dziwne sny.
-I znowu zaczynasz. Nie przesadzasz troszkę?
-A to niby dlaczego?
-Ciągle gadasz albo o tym facecie, albo o jakieś książce. A teraz jeszcze dodatkowo wyskakujesz z tymi snami.
Kate przez chwilkę była cicho. Miała minę jakby ktoś ją zdzielił czymś bardzo ciężkim po głowie. Pozbierała myśli i powiedziała;
-Czyli w ogóle cię nie obchodzi, to co ja czuje i co się ze mną dzieje?
-Obchodzi... Ale jak się słyszy, po raz setny jedno i to samo, to staje się to nudne.
-Wcale nie opowiadam ci tego po raz setny... Może dwudziesty, ale nie więcej.
-Opowiedz mi, jak wymyślisz coś nowego.
-Właściwie do tego zmierzałam.
Chciała ciągnąć dalej, ale przerwała, bo podszedł do nich Chris. Poczekała, aż nałoży sobie jedzenia. Kiedy ponownie chciała zacząć podszedł do niej Gegorge.
-Cześć... Dzięki za rano. Hermiona odczepiła się od nas na chwilkę, to zdążyliśmy uciec.
-Nie ma za co...
-A... Masz to od dyrektora.
Wręczył jej zwitek pergaminu i odszedł powoli. Kate odwinęła go powoli i przeczytała tekst zapisany pochyłym pismem:
"Po śniadaniu, mam nadzieję że zobaczymy się w gabinecie Dyrektora. Ps. Gargulce lubią musy-świstusy.... "
Ana i Chris patrzeli jej przez ramię.
-Co? Gargulce lubią musy-świstusy?- powiedział Chris.
-To hasło, tępaku.- burknęła Ana.
Kate miała nadzieję że się nie pozabijają. Wstała i wzięła do ręki jedną grzankę i wyszła z Wielkiej Sali. Zjadła ją po drodze, a kiedy skończyła zastanawiała się czego może chcieć dyrektor. Stanęła przed wielkim gargulcem i powiedziała:
-Musy-świstusy.
Gargulec odsunął się, wpuszczając ją do środka. Przestraszyła się kiedy schody zaczęły się ruszać, same zanosząc ją na górę. Właściwie jeszcze nigdy tam nie była. Stanęła przed drzwiami i zapukała. Usłyszała głos zza drzwi:
-Proszę, wejdź.
Otwarła je i weszła do środka. Ściany pokrywały portrety byłych dyrektorów, którzy spoglądali ciekawie na Kate. Na szafkach było pełno srebrnych urządzeń, które wydawały dziwne dźwięki, trzęsły się albo podskakiwały. Nie bardzo wiedziała do czego one służą. Na przeciw drzwi stało biurko, za którym siedział Dumberdore, obok na złotej żerdzi siedział feniks Fawkes. Po drugiej stronie biurka stał średniego wzrostu mężczyzna, o włosach prawie identycznego koloru jak te u Kate. Miał małe, zielone i troszkę nie przytomne oczy, ale uśmiechał się serdecznie. To co jeszcze było podobne do Kate, to ta blada cera. Wszystko to wydawało się bardzo dziwne. Podeszła niepewnie w stronę biurka i przywitała się:
-Dzień dobry...
Dyrektor spojrzał na nią przez swoje okulary połówki, błękitne oczy wypełniał spokój, który zresztą prezentował sobą całym. Nie odpowiedział na powitanie, tylko zapytał:
-Podoba ci się mój gabinet?
Zdziwiło ją to pytanie. Odpowiedziała:
-No...tak ,panie dyrektorze.
-A mnie widzisz nie bardzo, za dużo mam tu rupieci.-powiedział i spojrzał na owe srebrne urządzenia, które zaciekawiły Kate.-Ale nie zaprosiłem tutaj ciebie, abyś oceniała mój gabinet.
-Bynajmniej...-odezwał się czarodziej.
Kate spojrzała na niego. Był dziwnie znajomy. Kiedy teraz przyjrzała mu się dokładniej, ujrzała że jego włosy, nie są całkiem takie jak jej. Wszystko przez to, że niektóre włosy były już siwe. Z bliska, jego oczy wydały jej się zmęczone, jak by ich właściciel wiele przeżył i wypłakał wiele łez. Twarz też tak wyglądała, miał wiele zmarszczek i lekko zapadnięte policzki.
-Wybacz Kate, pewnie mnie nie poznajesz, ale uwierz że ja znam ciebie bardzo dobrze. Nazywam się Ben Teodor Tood.- powiedział i podał jej rękę.
Ta uchwyciła ją nie pewnie i powiedziała:
-Tood? Na prawdę? Byłam pewna że ja nie mam żadnej rodziny.
-Musisz wybaczyć, ale to jest wina dorosłych. Wszystko co wiesz, zostało ci źle wyjaśnione. Twój wuj, przybył tutaj, żebyś mogła wszystko zrozumieć.- powiedział Dumbledore.
-Tak, postaram się wytłumaczyć ci wszystko od nowa. Po kolei. A zaczniemy bardzo daleko, bo od twojej babki, a mojej kochanej siostry. Była ona matką twojego ojca. I tutaj się wszystko zaczyna.
Kate wyglądała na zdezorientowaną i jakby troszkę zbitą z tropu. Dlatego dyrektor zapytał:
-Kochana, jeśli czegoś nie rozumiesz, to zapytaj od razu. Nie chcemy, aby w twojej głowie powstały jakieś niejasności.
-Dlaczego teraz? Dlaczego...teraz dopiero mi to wszystko mówicie?
-Chodzi o ten atak na ciebie. Martwimy się o to, że on wróci. Chcemy żebyś była gotowa.- odpowiedział Ben.
-Ale jak on się tutaj dostał? On jest animagiem, ale jak?!- prawie wykrzyczała ostatnie słowa.
-Jak matka... Dosłownie. Do tego dojdziemy potem. Po kolei, bo się pogubimy.- spokojnie powiedział Ben.
-Sądzę, że można ją wyciągnąć, a ty Ben?- zapytał beztrosko Dumbledore, wstając.
Wujek Kate tylko przytaknął. Dyrektor wstał i podszedł do wielkiej szafy i otwarł ją. Wyciągnął z niej naczynie, które wyglądało jak wielka, kamienna miska. Na jej bokach, było coś napisane, w nieznanym Kate języku. Kiedy zajrzała do środka, ujrzała że pływa w niej coś. Wyglądało jak srebrne nici, niby to gaz, niby ciecz.
-To myślodsiewnia. Można w niej przechowywać i odczytywać myśli. Przenosi nas ona do środka wspomnienia, ale nie mamy żadnego wpływu na jego przebieg. Stajemy się biernymi obserwatorami.- powiedział Dumbeldore.
Ben wyjął różdżkę i przyłożył sobie do skroni. Wyciągnął ze swojej głowy, srebrne nici, po czym strzepnął je do misy.
-Zaczniemy od mojego wspomnienia. Jest już bardzo stare, ale stosunkowo ważne. Poznasz soją siostrę, Melindę Tood i naszą matkę Cecylię. Jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz też mojego tatę, co prawda nie brał udziału w tych wydarzeniach tylko siedział z boku, ale jednak tam był. Nazywał się Persybal.
Kate nachyliła się na misą, ujrzała zamazany obraz jakiegoś pokoju, kiedy nagle poczuła że wspomnienie wciąga ją do środka. Wiedziała że spada, wszędzie było czarno, aż poczuła że uderza nogami o posadzkę. Była to dębowa podłoga. Znajdowała się w bogato umeblowanym pokoju. W jego centrum stał kominek, nad którym wisiał herb Gryffindora. Obok stało kilka starych, ale za razem ekstrawaganckich foteli, niski stolik, na którym stała srebrna zastawa do herbaty. Po drugiej stronie pokoju, stało kilka meblościanek. Na środkowej były ustawione różne pamiątki rodzinne, medale, puchary pośród których Kate rozpoznała jeden za zwycięstwo w Quidditchu.
W oknie wisiały czerwono-złote firany, a pod oknem stał samotnie jeden fotel, w którym siedział czarodziej, o płowej czuprynie, twarz miał lekko zarośniętą, ale nie wyglądało to wcale źle, przeciwnie dodawało mu uroku, na nosie miał okulary. Czytał właśnie jakąś książkę, co chwilkę nerwowo spoglądając to na zegarek, to na drzwi. Dokładnie o godzinie dwunastej, do pokoju wkroczyła jakaś kobieta. Była bardzo wysoka, miała chudą twarz, a policzki zapadnięte jak u Bena. Jej brązowe włosy, były związane w zgrabny kok, a ubrana była z zwiewną zieloną suknię, na którą miała założony biały fartuszek.
-Gdzie oni są? Mieli być na dwunastą na herbatę.- powiedziała nerwowo.
Mężczyzna spojrzał na nią, znad książki, zdjął okulary i powiedział uspakajającym głosem:
-Nie martw się, Cecylio kochanie. Może zatrzymało ich coś na Pokątnej.
Zamknął książkę, położył ja na parapecie, a na niej okulary. Żona spojrzała na niego, jakby nie mogła uwierzyć, że jest on taki spokojny, kiedy ich dzieci spóźniają się na umówioną godzinę. Chwyciła różdżkę i stuknęła nią w srebrny zestaw do herbaty, aż coś zagwizdało, zabulgotało, pokrywka z dzbanka, podskoczyła i cały pokój wypełnił się zapachem herbaty. Później, wyszła z pokoju, a Kate śledziła ją wzrokiem. Dopiero teraz zauważyła, że w kącie pokoju stoi jej wujek i dyrektor. Podeszła do nich troszkę bliżej.
-Podoba ci się pokój?- zapytał Ben.
Nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy powiedział:
-Uważaj, teraz będzie ważny moment.
I rzeczywiście. W kominku zahuczał zielony ogień, a z niego wyszła najpierw niska kobieta, niesamowicie podobna do Kate i młodszy Ben. Nie miał jeszcze zapadniętych policzków, włosy były bardziej wyrazistego koloru i jakieś takie gęstsze. Twarz miał rozpromienioną, chociaż dalej tak samo bladą. Gdyby nie to, że Melinda była kobietą, to można by ją z Benem pomylić. Ta sama blada twarz, ten sam kolor włosów i ten sam uśmiech. Tylko rysy twarzy miała troszkę łagodniejsze od brata. Ułożyli pakunki które przynieśli ze sobą, koło kominka i poszli przywitać się z ojcem. Za ten czas do pokoju wróciła ich matka z różdżką uniesioną jak batuta, a za nią w powietrzu unosiły się talerze, pełne ciastek i innych słodkości.
-Spóźniliście się.- stwierdziła oschle.
-Zatrzymał nas na pokątnej mój znajomy ze szkoły.- powiedział Ben.
-Tak, przepraszamy mamo.- dodała jego siostra.
Cecylia spojrzała na nią tak jakoś z ukosa, po czym usiadła w fotelu i rozlała herbatę do filiżanek. Melinda spojrzała na półkę z nagrodami i pamiątkami, jakby czegoś szukała. Widocznie tego nie znalazła, bo troszkę zmarkotniała i jakoś tak sztucznie się uśmiechała. Ben tylko na nią spojrzał, ale nic nie powiedział, tylko usiadł koło niej. Atmosfera zrobiła się jakaś dziwna, długo nikt się nie odzywał, aż w końcu odezwała się matka Bena:
-Melinda, czy ty dalej masz zamiar wyjść za tego mugola?
Persybal, aż podskoczył na swoim fotelu, młody Ben syknął, a Melinda przestała się uśmiechać. Widocznie nie był to zbyt lubiany temat.
-Mamo przecież przerabialiśmy to wiele razy...- zaczął Ben.
-Tak, ale nadal nie dostałam odpowiedzi. Więc słucham?
-A dlaczego nie?- Melinda mówiła wpatrując się w podłogę.
-Już ci to tłumaczyłam. Nie pozwolę ci, twoja czysta krew nie jest warta jakiegoś mugola.
-Tak się chwalisz tą swoją czystą krwią... Dziwne. Dla Gryffindora się ona wcale nie liczyła! Zachowujesz się jak jakiś Ślizgon....- wybuchnęła.
-Może dla niego nie, ale dla mnie się liczy. Ja jestem twoją matką, a on już dawno nie żyje...
-Dobrze wiemy, że Gryffindor jest przodkiem taty, a nie twoim. Więc co ci do tego?!
-Uważaj na swój ton, panienko...
Ben zasłonił usta ręką. Jego matka wyciągnęła różdżkę i celowała nią we własną córkę. Ta spojrzała na nią, bliska płaczu. Była przerażona. Kate pierwszy raz widziała, aby ktoś podnosił rękę na własne dziecko.
-Wyjdę za niego i nic już tego nie zmieni, mamo. Noszę już jego dziecko...
Cecylia wyglądała jakby dostała zawału. Opadła na fotel i opuściła różdżkę.
-Wyjdź stąd...Nie jesteś już moim dzieckiem....
Melinda wstała i podbiegła do kominka, znikając w zielonych płomieniach. Młody Ben wstał i pobiegła za nią. Persybal uniósł się lekko i powiedział:
-I co zrobiłaś głupia? Teraz straciłaś ich oboje już na zawsze.
Na tym wspomnienie musiało się zakończyć, bo wszystko poczerniało, a Kate poczuła że unosi się i jej nogi uderzają o podłogę gabinetu dyrektora.

Brak komentarzy: